Nie wrócił do nich

Rano w dniu wyjazdu pani Krystyna stała na balkonie z filiżanką wystygłej kawy i patrzyła w dół na podwórko. Niebo nad Wrocławiem było zaciągnięte chmurami, a z rynny kapało powoli, jakby i miasto miało ochotę trochę popłakać, a potem przestać.

Zobaczyła, jak Marek ładuje walizki do golfa z wrocławskimi tablicami, a Agnieszka dokłada ostatnią torbę do bagażnika. Pies, Reksio, rudawy kundelek z ogonem w ciągłym ruchu, kręcił się wokół, obwąchując koła. Nic nie rozumiał. Za każdym razem, gdy Marek otwierał klapę bagażnika, Reksio kładł na niej łapy, pewny, że w końcu go zabiorą.

– To nie bierzemy go do samochodu? – spytała Agnieszka, wsuwając torebkę na tylne siedzenie.

– Nie. Da sobie radę. Dwa tygodnie szybko miną – odpowiedział Marek, nie odwracając się.

Krystyna słyszała wszystko, bo podwórko odbijało głosy jak pudło rezonansowe. Zacisnęła palce na filiżance i odstawiła ją na parapet. Zeschnięta od tygodni pelargonia była jedynym milczącym świadkiem.

Samochód odjechał. Reksio dobiegł do bramy, potem zatrzymał się przy pojemnikach na makulaturę. Nie zaszczekał. Patrzył, jak brama się zamyka. Potem usiadł i tak został, z uszami opuszczonymi.

Krystyna zeszła na parter. Minęła piekarnię, która o wpół do ósmej miała już świeżą chałkę w witrynie, i poczuła zapach ciepłej mąki. Zatrzymała się i kupiła torebkę wczorajszych bułek dla psa. Tak czy inaczej robiła zakupy dla kotów z podwórka, bo od czasu do czasu nalewała wody do niebieskiej miski przy drzwiach do piwnicy. Tego ranka miska była pusta, a Reksio i tak ją wylizał.

– Zostawili ci i to – powiedziała Krystyna, schylając się. – Ale ty nigdzie nie odchodź. Zostań tutaj.

Sama nie wiedziała, po co to mówi. Może dlatego, że i ona rozmawiała sama ze sobą, odkąd syn wyjechał do Krakowa.

W kolejnych dniach Reksio przemieszczał się na odległość kilku metrów. W nocy spał pod daszkiem przy wejściu, osłonięty od deszczu. Rano o siódmej wracał na swoje miejsce przy bramie i patrzył w stronę ulicy. Krystyna przynosiła mu jeść dwa razy dziennie: garść suchej karmy i puszkę mokrej, trzysta pięćdziesiąt gramów. Pozwalał się do siebie zbliżyć. Kiedy odchodziła, znów wpatrywał się w przejeżdżające samochody.

Tydzień później Reksio zerwał się z miejsca. Usłyszał podobny silnik. Szary golf, może ten sam, może nie. Rzucił się między zaparkowane auta. Krystyna stała na balkonie i zobaczyła wszystko w jednej chwili: pysk psa, fiata chłopaka z dostawą z pobliskiej pizzerii, hamowanie, głuchy odgłos uderzenia.

– Reksio! – krzyknęła, i głos uwiązł jej w gardle.

Zbiegła po schodach, trzymając się ściany. Pies dyszał ciężko, tylna łapa wygięta w dziwny sposób. Chłopak wysiadł z auta, blady na twarzy: – Nie widziałem go, przysięgam… – Krystyna zdjęła płaszcz i rozłożyła go na chodniku. – Pomóż mi go przenieść. Jedziemy do weterynarza. Natychmiast.

Doktor Zieliński, który miał gabinet przy ulicy Krasińskiego, nie owijał w bawełnę: – Złamanie kości udowej, skomplikowane. Trzeba operować. To kosztuje, proszę pani. Cztery tysiące złotych, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Z rehabilitacją wyjdzie sześć.

Krystyna otworzyła portmonetkę. Były w niej dwa banknoty pięćdziesięciozłotowe i karta. – Proszę operować.

– Jest pani właścicielką?

– Nie – powiedziała Krystyna. – Ale ci, którzy go zostawili, wracają za dwa tygodnie, a i wtedy nic ich to nie będzie obchodzić.

Weterynarz spojrzał na nią, po czym podał jej formularz: – Proszę napisać, że zwierzę zostało porzucone i że przejmuje pani tymczasową opiekę. To potrzebne do założenia karty.

Krystyna wzięła długopis i podpisała. Od tej chwili Reksio miał w dokumentacji medycznej imię obok jej nazwiska.

Zapłaciła kartą. Sześć tysięcy złotych. Terminal wydał sygnał, potem pokazał saldo: 214 złotych i 60 groszy. Popatrzyła chwilę na ekran, potem schowała kartę do portfela.

Operacja się udała. Reksio został w klinice dziesięć dni. Krystyna odwiedzała go co popołudnie, przynosiła polarowy koc i opowiadała mu o wszystkim i o niczym. W niedzielę kupiła mu gumową kość w sklepie zoologicznym przy Świdnickiej.

Kiedy zabrała go do domu, Reksio ledwie kulał. Urządziła mu legowisko przy kaloryferze w salonie i postawiła miskę z wodą obok stołu. – Widzisz? Tutaj nie pada deszcz. I nie musisz na nikogo czekać.

Reksio chodził za nią po całym mieszkaniu. W nocy spał na dywaniku przed drzwiami sypialni. Rano o siódmej, gdy Krystyna schodziła po kawę i bułki, szedł obok niej ze smyczą w pysku.

Potem, we wtorek, wrócili. Krystyna zobaczyła ich z balkonu. Agnieszka miała ręce pełne toreb, Marek ciągnął walizki. Reksio był na smyczy obok Krystyny, pod daszkiem, bo na zewnątrz lał deszcz.

Agnieszka zatrzymała się. – Reksio? Żyjesz! – Upuściła torbę i pobiegła w jego stronę.

Reksio pomachał ogonem, zrobił dwa kroki. Potem odwrócił się w stronę Krystyny, która się nie ruszyła.

– Dziękujemy pani – powiedziała Agnieszka, schylając się. – Chodź, Reksio, do domu.

Pies nie podszedł. Usiadł przy nogach Krystyny, która trzymała nad nim otwarty parasol.

– Reksio! – nalegała Agnieszka. – No chodź.

Marek wystąpił do przodu: – Co jest? Proszę pani, to nasz pies.

Krystyna zacisnęła dłoń na rączce parasola. – Był waszym psem. Potem zostawiliście go na podwórku jak stary karton. Ja go zabrałam spod tego daszku. Potrącił go samochód. Przeszedł operację. Kosztowała mnie sześć tysięcy złotych.

– Nikt cię nie prosił, żebyś płaciła! – warknął Marek.

– Nikt też nie prosił was, żebyście zniknęli i pozwolili mu umrzeć – odpowiedziała Krystyna, nie podnosząc głosu. – Jeśli chcecie odebrać psa, zwróćcie mi pieniądze. Mam paragony.

Agnieszka spojrzała na Marka. Marek wzruszył ramionami: – Daj spokój. Nie zapłacimy złotówki za kundla. Chcesz go zatrzymać, zatrzymaj sobie.

Reksio zaskomlał cicho. Deszcz przybrał na sile. Krystyna przechyliła parasol, żeby lepiej osłonić psa. Potem powiedziała: – W takim razie sprawa załatwiona.

Wyjęła z kieszeni płaszcza złożoną kartkę. Podała ją Agnieszce. – To rachunek. Sześć tysięcy złotych. Jak zmienicie zdanie, znajdziecie mnie w skrzynce pocztowej numer 12.

Marek podarł kartkę. Kawałki spadły do rynsztoka.

Krystyna nie schyliła się, żeby je podnieść. Odwróciła się i powiedziała tylko: – Chodźmy, Reksio.

Pies wstał i poszedł za nią, nie oglądając się. Agnieszka została w deszczu, z reklamówkami, które robiły się coraz cięższe od wody. Marek kopnął w kałużę.

Następnego dnia Krystyna poszła do urzędu, żeby zarejestrować psa w bazie danych zwierząt z czipem. Zabrała zaświadczenie z kliniki, kartę Reksia i zdjęcie. Kazano jej wypełnić kolejny formularz. Zapłaciła osiemdziesiąt złotych opłaty.

– Teraz czip jest zarejestrowany na panią, pani Krystyno Nowak – powiedziała urzędniczka.

Krystyna spojrzała na wydruk. Widniało na nim: Reksio, kundel, sierść ruda, właściciel: Krystyna Nowak, ulica Traugutta 22, Wrocław.

Włożyła kartkę do torebki.

Tego wieczoru ktoś zapukał do drzwi. To był Marek, z kluczykami od golfa w ręku. – Przeze mnie cały dzień siedziałem na policji. Ale pies jest mój. ODDAJ MI GO.

Krystyna otworzyła drzwi tylko na łańcuchu. – Pies jest zarejestrowany na moje nazwisko od dzisiejszego rana. Czip i cała reszta. Jeśli chcesz się odwoływać, proszę bardzo. Rachunek nadal czeka.

Pokazała mu kserokopię dokumentu. Marek wpatrywał się w nią, potem odwrócił się gwałtownie. Krystyna usłyszała jego kroki na schodach, a potem płacz Agnieszki piętro niżej. Nie ruszyła się z miejsca.

Kilka dni później wyszło słońce. Reksio leżał na balkonie na macie, z pyskiem opartym o barierkę. Krystyna wyszła ze złożonym parasolem zawieszonym na ręku, z przyzwyczajenia. Poszli razem aż do Parku Szczytnickiego. Reksio zatrzymał się przy fontannie i się napił. Krystyna usiadła na ławce i patrzyła na psa. Nie widziała już, żeby biegł za samochodem.

Wieczorem, po powrocie, znaleźli pod drzwiami kopertę. W środku było czterysta złotych i karteczka: „Resztę oddamy pod koniec miesiąca." Agnieszka i Marek znów wyjechali. Krystyna wzięła kopertę, włożyła ją do szuflady szafki nocnej i zamknęła szufladę.

Reksio przycupnął obok niej, opierając pysk o jej kapeć. Krystyna podrapała go za uchem, potem wzięła ciastko z pudełka stojącego nad lodówką i mu je podała. Pies zjadł je w dwóch kęsach, oblizał jej palce i wrócił na swoje miejsce przy kaloryferze. Tej nocy spał z brzuchem do góry, nie śniąc już o bramach ani silnikach.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: