Piątkowy wieczór w Poznaniu zaczął się od dzwonka domofonu, na który nikt nie czekał. Ada Krajewska, trzydziestodwuletnia księgowa z firmy transportowej przy Górczyńskiej, właśnie stawiała na kuchenny stół talerz z żurkiem, kiedy usłyszała trzy krótkie sygnały — tak dzwoniła tylko jej teściowa, Jadwiga.
Kot Filemon, rudy, siedemnastoletni weteran z blizną na uchu, zerwał się z parapetu i schował pod kanapę. Znał ten dzwonek lepiej niż Ada.
— Wpuść, bo stoję na deszczu — dobiegło z domofonu.
Ada westchnęła i nacisnęła guzik. Jadwiga wjechała do mieszkania z gracją generała inspekcji, a za nią, otrzepując parasolkę, wsunęła się jej siostra, ciotka Danuta. Za oknem, dziewięć pięter niżej, jakiś sąsiad wyprowadzał psa mimo ulewy — Ada zdążyła to zauważyć, zanim drzwi się zatrzasnęły.
— Znowu to zwierzę tu włazi po meblach — Jadwiga zmarszczyła nos, chociaż Filemona akurat nigdzie nie było widać.
— Dzień dobry, Jadwigo. Zaraz zaparzę herbatę — Ada mówiła równym tonem, choć w środku już coś się zacisnęło.
Mąż Ady, Bartek, siedział w fotelu z telefonem, przeglądając wyniki Lecha. Nie podniósł głowy, kiedy matka weszła.
Filemon, wygłodniały, wyszedł w końcu spod kanapy i powlókł się w stronę swojej miski przy lodówce — powoli, bo tylne łapy odmawiały mu już posłuszeństwa od pół roku. Przechodząc obok fotela Jadwigi, potrącił nogą jej kapcia.
Jadwiga kopnęła.
Nie mocno — ale wystarczająco, by kot odleciał w bok, uderzył biodrem o listwę przypodłogową i zapiszczał cienko, jak nigdy wcześniej.
— Jadwigo — głos Ady zmienił barwę, jakby ktoś przekręcił gałkę. — Chyba się przesłyszałam. Czy pani właśnie kopnęła mojego kota?
— Ten kudłaty śmierdziel wlazł mi pod nogi.
— On ma siedemnaście lat i ledwo widzi na jedno oko.
— Bartłomieju — Jadwiga zwróciła się do syna, ignorując synową całkowicie — powiedz jej, że mam prawo się bronić przed tym bydlęciem.
Ada podeszła, wzięła Filemona na ręce. Kot dygotał, ale po chwili, czując ciepło jej dłoni, zaczął mruczeć — cicho, urywanie, jakby sam siebie uspokajał.
— To jest pobicie zwierzęcia, Jadwigo. Wie pani, że za coś takiego można dostać mandat od straży miejskiej?
— Nie ośmielaj się mi grozić.
— Nie grożę. Informuję.
Ciotka Danuta, siedząca dotąd przy oknie z filiżanką w dłoni, odstawiła ją bez słowa na parapet. Znała Adę od ośmiu lat — zawsze grzeczna, zawsze pierwsza z uśmiechem, zawsze ta, która łagodzi. Teraz patrzyła na kobietę, której nie rozpoznawała.
Bartek wreszcie odłożył telefon.
— Mamo, może usiądziesz. Ado, zanieś kota do sypialni, porozmawiamy.
Ada zaniosła Filemona do sypialni, ułożyła go na starym swetrze dziadka, który trzymała specjalnie dla niego pod łóżkiem od lat, i pogłaskała go między uszami, aż przestał się trząść. Wróciła do salonu i usiadła na brzegu kanapy.
— Ado — Bartek wstał. — Musisz przeprosić moją matkę.
— Ja mam przeprosić?
— Nazwałaś jej zachowanie pobiciem zwierzęcia przy ciotce.
— Bo to nim było.
— To zwierzę, Ado. A ona jest moją matką.
Ada spojrzała na męża. Dziewięć lat małżeństwa. Dziewięć lat chowania Filemona przed każdą wizytą teściowej. Dziewięć lat słuchania o „kociej sierści na garniturze", której nigdy tam nie było, bo Ada wyczesywała ją codziennie specjalną szczotką kupioną w sklepie zoologicznym na Świętym Marcinie.
— Bartek — powiedziała powoli, dając mu ostatnią szansę. — Twoja matka kopnęła starego, chorego kota. Chcesz, żebym za to przeprosiła?
— Nazwałaś ją oprawcą zwierząt.
— Bo tak się zachowała.
— Przeproś moją matkę. Teraz.
— Nie.
— Ado, nie żartuję.
— Ja też nie, Bartek. Twoja matka skrzywdziła kogoś, kogo kocham. Może to ona powinna przeprosić pierwsza?
Jadwiga parsknęła śmiechem.
— Ja? Przed kotem? Zwariowałaś, dziecko?
— Przed kotem nie trzeba. Przede mną.
— Za co?
— Za skrzywdzenie członka mojej rodziny.
Jadwiga zaśmiała się głośniej, aż zakrztusiła się herbatą.
— Członka rodziny? Ten pchlarz to niby twoja rodzina?
— Tak. Od siedemnastu lat.
— Synu, słyszysz te bzdury?
Bartek spojrzał na żonę. Coś w jego twarzy się zmieniło. Kiedy kłócili się sami, umiał ustąpić, umiał znaleźć złoty środek. Ale teraz patrzyły na niego matka i ciotka — i to zmieniało wszystko.
— Ado — jego głos stwardniał. — Żądam, żebyś przeprosiła moją matkę.
— A ja żądam, żebyś choć raz spojrzał na to uczciwie.
— Widzę wszystko uczciwie. Masz przeprosić.
— Za prawdę?
— Za obrazę.
— To nie.
Bartek złapał ją za ramię — niezbyt mocno, ale poniżająco, jakby chciał ją posadzić z powrotem na kanapie siłą. Ada wyrwała się i, zanim sama zdążyła to przemyśleć, wymierzyła mu policzek. Dźwięk klasnął w ciszy salonu głośniej, niż powinien.
— Podobało się? — spytała.
— Ty… — Bartek złapał się za policzek.
— Właśnie tak bolało Filemona. Tylko on nie mógł oddać.
Ciotka Danuta poderwała się z fotela.
— Ado…
— Ciociu Danuto, to sprawa między mną a mężem.
— Uderzyłaś mnie przy mojej matce i ciotce — wycedził Bartek.
— A ty milczałeś, kiedy twoja matka kopnęła moje zwierzę. Przy mnie.
— To nie to samo!
— Zgadzam się. Mój cios był odrobinę silniejszy.
Cisza, która zapadła po tych słowach, trwała dłużej niż ktokolwiek się spodziewał. Jadwiga siedziała z otwartymi ustami, jakby dopiero teraz zrozumiała, że nikt tu nie zamierza jej przepraszać. Danuta wróciła na fotel, ale nie odezwała się już ani słowem — tylko obserwowała, jak z kubka na parapecie unosi się para, powoli gasnąc.
Ada wstała.
— Bartek, klęknij i przeproś swoją matkę — powtórzyłeś to zdanie, kiedy byłam ja miałam klęknąć. Teraz posłuchaj, jak brzmi z drugiej strony.
— Co ty wygadujesz?
— Kazałeś mi uklęknąć przed twoją matką za to, że powiedziałam prawdę. Nie zrobię tego. Ale zrobię coś innego.
Poszła do sypialni, wróciła po chwili z Filemonem owiniętym w koc i postawionym delikatnie na fotelu obok kominka — najdalej, jak się dało, od Jadwigi. Potem wyjęła z szuflady komody teczkę z dokumentami, którą trzymała tam od trzech tygodni, odkąd po raz pierwszy usłyszała od teściowej słowa „ten kot i tak niedługo zdechnie, to się pozbędziesz problemu".
— Co to jest? — spytał Bartek.
— Wypowiedzenie najmu tego mieszkania z mojej strony i wniosek o rozdzielność majątkową. Byłam u notariusza na Głogowskiej we wtorek. Mieszkanie jest zapisane na mnie, po babci, pamiętasz? Ty się tu tylko zameldowałeś.
— Ado, przesadzasz…
— Nie przesadzam. Trzydzieści dni wypowiedzenia, licząc od dzisiaj. Masz do szóstego października, żeby się wyprowadzić.
Jadwiga poderwała się z fotela.
— Ty wyrzucasz mojego syna z jego domu przez kota?!
— Nie przez kota, Jadwigo. Przez to, że pani go skrzywdziła, a on stanął po pani stronie zamiast po mojej. To nie jest jednorazowa sprawa. To jest wzór, który powtarzał się osiem razy w ciągu dziewięciu lat, tylko ja za każdym razem milczałam.
Bartek stał z papierami w ręku, czytał je jeszcze raz, jakby litery mogły ułożyć się inaczej.
— A jeśli się nie wyprowadzę?
— To zadzwonię do komornika i będzie to za ciebie robił ktoś inny. Ale wolę, żebyś zrobił to sam, jak dorosły człowiek.
Filemon, jakby wyczuwając, że najgorsze minęło, zeskoczył ostrożnie z fotela i podreptał w stronę swojej miski. Tym razem nikt nie stanął mu na drodze.
Jadwiga chwyciła torebkę i wyszła bez słowa, trzaskając drzwiami tak, że w przedpokoju zadrżał wieszak. Danuta zatrzymała się w progu, spojrzała na Adę, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć — i tylko skinęła głową, zanim wyszła za siostrą.
Bartek został sam pośrodku salonu, z teczką w rękach i czerwonym śladem na policzku, który wciąż piekł.
— Herbata już wystygła — powiedziała Ada, sprzątając ze stołu talerz z żurkiem, który tak i nie zdążyła zjeść. — Zrobię sobie nową. Tobie już nie zrobię.
