Gdy sąsiadka powiedziała, że w moim ogrodzie powinny rosnąć róże, a nie te chwasty, uśmiechnęłam się i zamknęłam furtkę. Nie zaprosiłam jej na herbatę. Nie tłumaczyłam, że nawłoć specjalnie zostawiłam dla pszczół, a pokrzywy suszę na opryski. Po co? Jej świat był prosty: ładne jest ładne, brzydkie jest brzydkie, a ja powinnam być wdzięczna za radę.

Mieszkam w Gliwicach, przy ulicy, gdzie każdy patrzy w cudze okna z większym zainteresowaniem niż we własne. Moja działka sąsiaduje z posesją pani Haliny — emerytowanej nauczycielki, która od czterdziestu lat hoduje równiutkie grządki i przekonanie, że wie lepiej. Kiedy trzy lata temu postawiłam szklarnię z poliwęglanu, przez tydzień komentowała pod sklepem, że to psuje estetykę całej ulicy. Pan Zdzisiek z naprzeciwka potem mi opowiadał, śmiejąc się, że Halina nawet narysowała mu plan, jak powinny wyglądać moje nasadzenia.

Ja jestem zootechniczką. Od piętnastu lat prowadzę małe gospodarstwo — kozy, kury zielononóżki, kilkanaście uli. Nie mam męża, nie mam dzieci, mam za to trzydzieści dwie kozy, z czego osiem w laktacji, i serowarnię wielkości garażu. Mój dzień zaczyna się o czwartej, kiedy Halina jeszcze śpi snem sprawiedliwej. Kończy się zwykle po dwudziestej drugiej, kiedy ja padam na kanapę, a Halina ogląda „Modę na sukces” z kotem na kolanach.

Pewnego czerwcowego ranka znalazłam na wycieraczce liścik: „Pani Anno, kozy beczą o świcie i zakłócają ciszę. Proszę coś z tym zrobić. Sąsiedzi też mają prawo do spokoju.” Bez podpisu, ale charakter pisma znałam do bólu — te same okrągłe literki co na kartce świątecznej sprzed dwóch lat, kiedy Halina życzyła mi, żebym „nareszcie się ustatkowała”.

Zgniotłam kartkę i wrzuciłam do pieca rozpalać pod kocioł na twaróg.

Wieczorem Halina przyszła do mnie. Stanęła w progu z taką miną, jakby to ona była tu gospodynią.

— Dzień dobry, pani Aniu. Musimy porozmawiać.

Wytarłam ręce w fartuch. Pachniało ode mnie mlekiem i dymem.

— Słucham.

— Moja córka ma alergię na pyłki. Lekarz powiedział, że te pani zioła kwitną i pogarszają jej stan. A te kozy, to wie pani, one zawsze ryją w moich krzewach.

Córka Haliny, Mariola, mieszka w Katowicach i przyjeżdża raz na kwartał. Alergię ma ponoć na orzechy, nie na pyłki, ale to szczegół.

— Pani Halino, kozy mają ogrodzenie. Elektryczne.

— No właśnie! Elektryczne! To jest niebezpieczne! Jak dziecko dotknie…

— Jakie dziecko? — zdziwiłam się. — Pani wnuki są w Krakowie.

— To nie zmienia faktu, że to niebezpieczne — odparła z godnością.

Stałyśmy tak chwilę. Ona w kapeluszu od słońca, chociaż słońce już zaszło. Ja bosa, z widłami w ręku.

— A wie pani, co ludzie mówią? — dodała ciszej. — Że te kozy to pani chyba na sprzedaż, że niby gospodarstwo ekologiczne, a tu żadnej kontroli nie ma. Ja nie wiem, ja tylko powtarzam.

Wróciłam do obory. Zostawiłam ją na podwórku z tym „ja tylko powtarzam” wiszącym w powietrzu jak woń obornika.

Tamtego lata zaczęła się wojna podjazdowa. Halina zgłaszała do gminy, że mój kogut pieje za głośno. Kogut, którego mam od siedmiu lat. Potem że w moim kompostowniku „gnieżdżą się szczury”. Sprawdziłam — w kompoście gnieździły się dżdżownice, i to tak zdrowe, że mogłabym je sprzedawać wędkarzom. Urzędnik przyjechał, popatrzył, wypił kawę, powiedział że kompostownik jest wzorowy. Halina się obraziła i nie odzywała do niego przez miesiąc.

Pewnego dnia zauważyłam, że mój pies, Wiksa, owczarek podhalański, leży pod płotem i skomle. W nogę miała wbity kawałek szkła. Ktoś rozrzucił butelki tuż przy siatce. Nie mam dowodu, że to Halina. Ale wiem, że to nie wiatr i nie sroka.

Wyjęłam szkło pęsetą, zdezynfekowałam, obandażowałam. Wiksa polizała mnie po ręku. Siedziałyśmy chwilę na ziemi, pies i ja, a potem zobaczyłam twarz Haliny w oknie na piętrze. Patrzyła. Nie schowała się. Po prostu patrzyła.

W październiku przyszło pismo. Urząd Marszałkowski rozpatruje skargę dotyczącą „uciążliwości zapachowej związanej z przetwarzaniem mleka w warunkach domowych”. Skarżący: Halina M.

Przeczytałam to pismo trzy razy, każdy akapit oddzielnie, jakbym uczyła się obcego języka.

Moja serowarnia. Mój twaróg, za który płacą mi w Krakowie i Warszawie, a raz zamówienie przyszło nawet z Berlina. Siedemnaście nagród na konkursach serowarskich. Uciążliwość zapachowa.

Następnego dnia ubrałam się porządnie, wzięłam teczkę z dokumentami i pojechałam do powiatowego lekarza weterynarii. Po drodze kupiłam Halinie paczkę keksów — nie wiem sama po co.

Sanepid przyjechał tydzień później. Dwie młode kobiety z próbkami, rękawiczkami i wagą elektroniczną. Halina stała za płotem i udawała, że grabi liście. Grabiła je w deszczu, w kaloszach, z miną kobiety, która właśnie wygrała los.

Kontrola trwała cztery godziny. Pobrały mleko, serwatkę, twaróg, oscypki. Wymazy z lad, z kadzi, z rąk. Pytanie o kwarantannę, o karty zwierząt, o paszporty bydła — to znaczy kóz. O nowe normy unijne, o termometr, o ciąg chłodniczy.

Wyszły zmęczone. Halina tkwiła przy płocie jak sęp.

Tydzień ciszy. Chodziłam po domu, nie mogąc usiedzieć. Wiksa leżała bliżej niż zwykle, czuła. Kozy dawały mleko, ja je przetwarzałam, bo co innego miałam robić.

W czwartek zadzwonił telefon. Powiatowy lekarz weterynarii, starszy mężczyzna, którego znałam jeszcze ze szkoleń.

— Anka, wynik dodatni.

Serce stanęło mi w gardle.

— Ktoś ci podrzucił coś do paszy? Bo wiesz, twoje parametry były zawsze…

— Jak to: dodatni? Jaki parametr?

— Milkacja. Zresztą nie przez telefon. Przyjedź.

Pojechałam. Trzęsłam się całą drogę, na światłach nie mogłam trafić kluczykiem w stacyjkę.

W gabinecie pachniało środkiem dezynfekującym i starą kawą. Lekarz rozłożył papiery.

— Anka, to nie twoja wina. Norma jest sto tysięcy komórek somatycznych na mililitr. Ty masz sto dwadzieścia. To jest stan zapalny, pewnie przez stres, przez zmianę paszy, cokolwiek. Ale norma przekroczona. Nakładam tydzień karencji i obowiązkowe badania kontrolne.

Wróciłam do domu. Usiadłam przy stole. Wzięłam długopis i kartkę.

Pół godziny pisałam. Skreślałam. Pisałam znowu. W końcu złożyłam kartkę na pół, włożyłam do koperty i zaniosłam Halinie.

Na kopercie napisałam: „Wycofuję skargę na hałas twojego psa. Nie mam psa. Podpisano: twój sąsiad z naprzeciwka”.

Halina wyszła, wzięła kopertę, otworzyła. Przeczytała. Zbladła.

— Co to ma znaczyć?

— To znaczy, że wracamy do normy. Pani skarży się na mnie, ja na panią. Będzie się z czego spowiadać.

Zatrzasnęła drzwi. Słyszałam jej krzyk przez drewno: „Ty wredna babo!”.

Nie odpowiedziałam. Poszłam do obory. Wycięłam motyką chwasty przy szklarni, takie zielone, świeże, soczyste. Nakarmiłam kozy. Mleko pachniało ziołami.

Trzy dni później Halina dostała zawału. Syn Marioli, ten z Krakowa, powiedział mi w sklepie, że matka „z nerwów się rozsypała”. Że przez moje szykany.

Kupiłam wtedy bułkę i masło. Nie poszłam do szpitala. Nie wysłałam kwiatów. Co miałam powiedzieć? Że mi przykro? Nie było mi przykro.

W styczniu, kiedy wygrałam sprawę przed Samorządowym Kolegium Odwoławczym — wszystkie zarzuty oddalone, serowarnia działa dalej, wilgotność, wentylacja, wszystko w normie — postawiłam przy płocie tabliczkę: „Uwaga, kozy. Wstęp tylko w gumowcach. Dotyczy również sąsiadów z dobrymi zamiarami.”

Halina wróciła ze szpitala w marcu. Chuda, powolna, z laską. Pierwszego dnia po powrocie jej wnuczka przyjechała z Katowic i grabiła liście na podwórku.

Podeszłam do płotu.

— Pani Halino, chciałam pani coś dać.

Nie odwróciła się.

Położyłam na naszym płocie słoik miodu. Mój miód, z mojej pasieki, z tuzina uli stojących tuż za stodołą, tam gdzie bzy kwitną w maju.

— Nie biorę nic od wariatki, co głodzi własne kozy — powiedziała przez ramię.

Nic nie powiedziałam. Słoik zostawiłam.

Wieczorem wiksa przyniosła mi w pysku pustą słoik, bez wieczka, wylizaną do czysta. Położyła mi ją na stopniu. Słoik pachniał miodem i śliną psa, i jeszcze czymś innym.

Weszłam do domu. Zapaliłam pod kuchnią. Na stole leżał list z Krakowa — zamówienie na czterdzieści kilo twarogu, płatność z góry. Obok paragon z kwiaciarni, który znalazłam rano na wycieraczce. Nikt się nie podpisał.

Otworzyłam okno. Pachniało gnojem, mokrą trawą i dymem z komina. Momentami — cudzymi perfumami zza płotu.

I nagle zrozumiałam, że nie muszę nic z tym robić. Mogę po prostu żyć. Tu, przy tym płocie, z tymi kozami, z Wiksą śniącą o słoiku miodu.

Napisałam do gminy wniosek o dotację na termomodernizację obory. Termin składania mijał za dwa dni. Dokument liczył siedemnaście stron. Złożyłam go osobiście, dwie godziny przed zamknięciem urzędu, z potwierdzeniem odbioru za czternaście złotych i notatką: „Sprawa nie dotyczy pani H.M.”.

Wracając, kupiłam sadzonki róż.

Nie dla Haliny. Dla pszczół.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: