Wynajęta ekspertyza

Tamtego wtorku Krystyna weszła do kawiarni przy rondzie Mogilskim dwanaście minut przed czasem. Zamówiła espresso i wodę bez gazu, choć wiedziała, że i tak nie przełknie ani jednego łyka, dopóki nie załatwi sprawy. Siedziała przy oknie, za którym tramwaj linii 4 zgrzytał na zakręcie — ten dźwięk znała od dziecka, zawsze oznaczał, że jest w Krakowie, że wróciła.

Naprzeciwko położyła teczkę. Cienką, skóropodobną, kupioną lata temu w galerii na Kazimierzu. W środku dwa wydruki, paragon z ksera i jej własne notatki z ostatnich trzech nocy. Nie chciała wyglądać na osobę, która przyszła z pustymi rękami.

Adam spóźnił się siedem minut.

Wszedł w rozpiętej kurtce, mimo listopadowego chłodu, z telefonem przy uchu. Dokończył rozmowę, dopiero gdy już stał nad stolikiem. „Cześć, ciociu" — rzucił, jakby spotykali się na niedzielnym obiedzie. Pocałował ją w policzek. Pachniał czymś cytrusowym, pewnie wodą po goleniu, którą kupował w drogerii przy placu Nowym.

Krystyna nie odpowiedziała. Przesunęła w jego stronę serwetkę z logo kawiarni i zapisała na niej długopisem kwotę: 92 000 złotych.

Adam nawet nie mrugnął.

Miał trzydzieści cztery lata. Skończył zarządzanie na Uniwersytecie Ekonomicznym, ale od pięciu lat nie pracował w zawodzie. Mówił, że się „rozwija", że „inwestuje w siebie", że „rynek wymaga elastyczności". Krystyna tłumaczyła to sobie różnie: pokolenie, kredyt studencki, brak stabilności. Przez długi czas naprawdę wierzyła, że chłopak po prostu szuka swojej drogi.

Sfinansowała mu trzy kursy. Jeden z marketingu internetowego, jeden z analityki danych, jeden z czegoś, co nazywało się „strategie sprzedażowe w erze niepewności". Za każdym razem Adam dziękował, całował ją w policzek i znikał na pół roku. Potem wracał z nowym pomysłem.

Za czwartym razem odmówiła.

To było w maju, podczas rodzinnego grilla u jej siostry w Zabierzowie. Adam poprosił o dwadzieścia tysięcy na „projekt, który zwróci się w trzy miesiące". Krystyna zapytała, jaki to projekt. Adam uśmiechnął się szeroko, jakby czekał na to pytanie od tygodni: „Kupuję udziały w start-upie, który robi aplikację do zamawiania jedzenia z food trucków".

— Masz biznesplan? — zapytała.

— Ciociu, to nie lata dziewięćdziesiąte. Teraz liczy się timing, nie papierologia.

Odmówiła.

Dwa dni później jej siostra Grażyna zadzwoniła z pretensjami. Adam powiedział jej, że „ciocia Krysia go odrzuciła", że „traktuje go jak dziecko", że „nie wierzy w jego talent". Grażyna poprosiła, żeby Krystyna dała mu szansę, że to przecież rodzina, że młody człowiek musi się wybić. Krystyna odparła, że jej zdaniem młody człowiek powinien najpierw popracować choć rok na etacie, żeby zobaczyć, jak wygląda pensja minimalna.

— Jesteś zimna — powiedziała Grażyna i się rozłączyła.

Wtedy Krystyna zrobiła coś, czego do dziś nie potrafiła do końca wyjaśnić. Pojechała do Adama. Bez zapowiedzi. Do wynajmowanego mieszkania na Prądniku Czerwonym, które, jak się okazało, od siedmiu miesięcy opłacała ona.

Weszła, bo miała klucze. Adam zostawił je jej kiedyś na wypadek awarii. Na stole w kuchni leżały papiery: umowa najmu, rachunki za telefon, jakaś korespondencja z banku. Obok — druk z wyciągiem z konta.

Zajrzała, zanim zdążyła się powstrzymać.

Przez ostatnie osiemnaście miesięcy z jej konta schodziło automatycznie 1200 złotych miesięcznie na „pomoc dla Adama". Tak to nazwała, gdy zakładała zlecenie stałe. Pomoc dla Adama. Teraz zobaczyła, że pieniądze te nie szły na jedzenie ani rachunki. Szły na coś innego: spłaty kart kredytowych, zaliczki na apartamenty nad morzem, raty za motocykl, o którym nigdy nie wspominał, i co miesiąc — 300 złotych do bukmachera.

To było ponad dwadzieścia jeden tysięcy złotych w niecałe półtora roku. Doliczyła w pamięci trzy kursy po cztery-pięć tysięcy każdy, kilka „pożyczek na chwilę" po kilka tysięcy, spłatę jego zaległości za studia. Suma rosła z każdym wspomnieniem.

Krystyna usiadła na krześle, nie zdejmując płaszcza.

Poczuła, jak coś w niej gaśnie. Nie złość. Raczej mechanizm, który przez lata podtrzymywał cierpliwość, nagle się wyłącza.

Odcięła zlecenie stałe tego samego dnia.

Adam przyjechał wieczorem. Stał w progu jej mieszkania na Salwatorze, mokry od deszczu, i mówił podniesionym głosem, że „zrujnowała mu życie", że „to było jego wsparcie", że „nie ma prawa tak po prostu przestać". Potem krzyczał, że ona nic nie rozumie, bo nie ma dzieci, bo nie wie, jak to jest być młodym w dzisiejszych czasach.

Krystyna zamknęła mu drzwi przed nosem.

Tyle że to nie koniec, tylko początek.

Grażyna napisała do niej sms: „Nie odzywaj się do mnie, dopóki nie przeprosisz Adama". Potem zadzwonił jej siostrzeniec z żoną i poinformował, że „rodzina jest podzielona". Potem na portalu społecznościowym pojawił się post, w którym Grażyna opisała historię o „bezdusznej ciotce, która zostawiła młodego człowieka bez środków do życia".

Pod postem było 240 reakcji.

Krystyna przeczytała go w kolejce do apteki. Stała z koszykiem, w którym miała magnez i coś na zatoki, i zdała sobie sprawę, że od dwóch tygodni nie może spać dłużej niż cztery godziny. Że na myśl o telefonie zaczyna jej się pocić kark. Że przestała otwierać lodówkę, bo nie ma apetytu.

A przecież to ona miała rację.

Czy nie miała?

Tej samej nocy, przy lampce z Ikei i wystygłej herbacie, wyciągnęła wszystkie stare wyciągi z siedmiu lat, jakie udało jej się odnaleźć w segregatorach i skrzynce mailowej. Liczyła długo, kartka po kartce, sumując przelewy, opłacone kursy, spłacone zaległości, doładowania konta, o których dawno zapomniała. Wyszła jej kwota, która ją samą zaskoczyła: 92 000 złotych. Zapisała ją na osobnej karcie i podkreśliła dwa razy.

W kawiarni Adam wrzucił do kawy dwie kostki cukru i mieszał ją dłużej, niż to było konieczne. Patrzył przy tym na Krystynę z lekkim uśmiechem, jak człowiek, który wie, że czas pracuje na jego korzyść.

— Wiesz, ciociu, zastanawiałem się nad tym wszystkim — zaczął. — I chyba trochę przesadziłem. Byłem zestresowany, wiesz, jak to jest. Ale teraz mam plan. Chcę założyć firmę w Warszawie. Dystrybucja e-papierosów. Potrzebuję tylko kapitału startowego.

Pokiwała głową, jakby z namysłem.

Potem otworzyła teczkę. Wyjęła pierwszy wydruk: zestawienie wszystkich przelewów z ostatnich siedmiu lat, z zaznaczonymi na żółto pozycjami. Sumę 92 000 złotych obliczyła w nocy, kartka po kartce.

Drugi wydruk: umowa pożyczki, którą spisała własnoręcznie tydzień temu, z datą wsteczną sprzed sześciu lat, odkąd Adam skończył dwadzieścia osiem lat i zaczęła traktować swoje wpłaty jako coś więcej niż prezenty. Kwota główna: 92 000 złotych. Oprocentowanie: zmienne, ale nie niższe niż 2% w skali roku. Cel: „wsparcie rozwoju zawodowego". Zabezpieczenie: brak.

Adam przestał się uśmiechać.

— Co to jest?

— Dłużne papiery — powiedziała Krystyna. — Wszystko, co dostałeś ode mnie przez ostatnie siedem lat, chcę teraz nazwać po imieniu. Spisałam umowę. Masz ją przed sobą.

— Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

— Nie. Bo chciałam, żebyś się ustabilizował. Myślałam, że jak staniesz na nogi, to sam zaproponujesz zwrot. Nie zrobiłeś tego.

Adam odsunął od siebie papiery, jakby parzyły.

— Nie podpiszę.

— Nie musisz. Ale przelewy są na wyciągach, z tytułem „pomoc dla Adama". Pójdę z tym do prawnika. Zobaczymy, co da się z tego zrobić.

— Nie zrobisz tego.

— Zobaczymy.

— Ile masz teraz na koncie? — zapytała po chwili.

— Co?

— Pytam, ile pieniędzy zgromadziłeś od czasu, gdy przestałam płacić.

Adam milczał.

— Widziałam twoje wyciągi w maju. Wtedy miałeś 4200 złotych. Od tego czasu minęło sześć miesięcy. Idziesz do pracy?

— To nie twoja sprawa.

— W porządku. Zostawmy to prawnikowi.

Wstała. Zebrała papiery do teczki. Adam chwycił ją za nadgarstek.

— Ciociu, przecież ty tego nie zrobisz. To nielegalne. To… to jest wymuszenie.

— Nie. To rozmowa, która się skończyła.

Wyszła.

Na dworze, przed witryną księgarni, minęła dziewczynę z reklamówką, na której widniał napis: „Zakupy to nie wszystko". Dziewczyna stała przodem do szyby i poprawiała szalik. Krystyna pomyślała, że chciałaby jej powiedzieć: to prawda, zakupy to nie wszystko. Ale nie powiedziała nic. Minęła ją i poszła w stronę Smoleńska, czując, jak wraca jej do płuc zimne, gęste powietrze.

Grażyna zadzwoniła jeszcze tego wieczoru.

— Krystyna, co ty wyrabiasz? Adam mówi, że chcesz go podać do sądu. Za co? Przecież to twoja rodzina!

— Za 92 000 złotych. Siedem lat wsparcia, które policzyłam co do złotówki. Wszystko opisane.

— Ale to było w dobrej wierze! Ty mu to dawałaś! Nikt cię nie zmuszał!

— Właśnie. Dlatego zwracam się po swoje.

— Jesteś chora.

— Możliwe. Ale zdrowsza niż przez ostatnie pół roku.

Godzinę później przyszła wiadomość od Adama: „Nie wiem, co chcesz osiągnąć, ale zniszczysz relacje z całą rodziną".

Krystyna nie odpisała.

Następnego dnia zaniosła dokumenty do kancelarii adwokackiej na Brackiej. Prawnik nazywał się Maciej Socha. Był młodszy od niej o dobre dziesięć lat, nosił okulary w cienkich oprawkach i zapisywał wszystko na tablecie. Krystyna wyjęła papiery i rozłożyła je na stole.

Socha przeglądał je długo, w milczeniu. W końcu zdjął okulary i przetarł je o rękaw marynarki.

— Muszę być z panią szczera… szczery — powiedział. — Ta umowa, którą pani spisała teraz, z datą wsteczną, to problem. Sąd może to zauważyć i uznać całość za próbę obejścia prawa. A same przelewy z tytułem „pomoc dla Adama"? Prawnik z drugiej strony powie, że to darowizny. Że dawała pani dobrowolnie, bez żądania zwrotu przez lata. To będzie ciężka sprawa.

— Więc nie mam żadnych szans?

— Mam inny pomysł. Zamiast pożyczki — bezpodstawne wzbogacenie i naruszenie zasad współżycia społecznego, jeśli uda się wykazać, że część środków wyłudził pod nieprawdziwym pretekstem, na przykład na kursy, które nigdy się nie odbyły, albo że ukrywał przed panią prawdziwe przeznaczenie pieniędzy. To słabsza podstawa niż jasny dług, ale silniejsza niż umowa spisana po fakcie. Mogę spróbować. Nie obiecuję wygranej. Mogę obiecać, że będziemy walczyć uczciwie.

— To zaczynajmy.

Podpisała pełnomocnictwo tej samej godziny.

Wezwanie do zapłaty dotarło do Adama w środę rano, listem poleconym. Socha napisał je ostrożnie, powołując się na bezpodstawne wzbogacenie i wprowadzenie w błąd co do przeznaczenia środków: kwota 92 000 złotych, termin 14 dni na ustosunkowanie się.

Krystyna napisała też osobno do Grażyny: „Nie proszę o wybaczenie. Nie musisz się odzywać. Robię to tylko po to, żeby odzyskać to, co moje. Przez siedem lat dawałam zamiast pytać, na co idą pieniądze. Teraz pytam. Krystyna".

Nie dostała odpowiedzi.

Przez kolejne dni chodziła do pracy, do laboratorium przy szpitalu uniwersyteckim, gdzie robiła analizy mikrobiologiczne. To nie była praca ani z ludźmi, ani z wielkimi pieniędzmi — to była praca z próbkami, z podłożami, z ciszą laboratoryjną, która pozwalała jej myśleć. Wkładała rękawiczki, odkażała blat, podpisywała szalki. Robiła notatki długopisem, który zawsze nosiła w kieszeni fartucha. Wieczorami wracała do mieszkania na Salwatorze, piła herbatę z imbirem, czytała stare listy od matki, których nie potrafiła wyrzucić. I czekała.

Adam przyszedł pod jej dom w piątek wieczorem.

Stał na chodniku przed kamienicą, w kurtce, którą dostał od niej dwa lata temu, z kapturem naciągniętym na czoło. Było po dwudziestej drugiej, latarnie rzucały mokre światło na chodnik. Krystyna wróciła z nocnej zmiany i zobaczyła go, zanim wyciągnęła klucze.

— Czego chcesz? — zapytała.

— Porozmawiać. Jak człowiek z człowiekiem.

— Mamy o czym?

— O tym, żebyś to cofnęła.

— Nie cofnę.

— To zrujnuje mi kredyt. Nie będę mógł nic kupić. Ani mieszkania, ani nawet telefonu.

— To działa w dwie strony, Adam. Też nie mogłam nic kupić przez siedem lat, tylko że ja o tym nie mówiłam głośno.

Stał z rękami w kieszeniach, przestępował z nogi na nogę. Krystyna patrzyła mu prosto w twarz. Widziała, jak szuka słowa, które mogłoby ją zatrzymać. Znała go od dnia narodzin. Wiozła go w wózku po Plantach, gdy miał sześć miesięcy. Kupowała mu lizaki, gdy miał cztery lata. Pomagała mu w nauce do matury z matematyki, gdy miał dziewiętnaście. Kochała go. Ale pieniądze, które mu dawała, nie były miłością. Były kapitulacją.

— Bo ty mnie nienawidzisz — powiedział w końcu. — Nienawidzisz mnie, bo nie dość szybko ułożyłem sobie życie. O to chodzi, prawda? O to, że nie jestem taki, jak chciałaś.

— Nie. O to chodzi, że przez siedem lat płaciłam za twoją wolność. A ty nawet nie powiedziałeś mi, że masz motocykl.

Zamilkł.

— Skąd wiesz?

— Widziałam wyciągi. W maju. Gdy weszłam do twojego mieszkania.

— Włamałaś się.

— Miałam klucze. A poza tym to było mieszkanie, za które płaciłam. Więc nie nazywaj tego włamaniem.

Adam cofnął się o krok, jakby ta informacja odebrała mu grunt pod nogami. Przez chwilę patrzył w chodnik. Potem podniósł głowę.

— Daj mi czas. Pięć lat. Spłacę wszystko.

— Nie wiem jeszcze, czy w ogóle będziesz musiał cokolwiek spłacić. To rozstrzygnie sąd. Ale ty mi teraz powiesz prawdę: na co poszły te pieniądze z kursów, które miałeś skończyć.

— Skończyłem je.

— Sprawdziłam. Marketing internetowy — nie ukończony, brak certyfikatu. Analityka danych — te same dane.

Odwróciła się. Wtedy Adam chwycił ją za ramię. Mocno. Poczuła jego palce przez rękaw kurtki, twarde, zimne. Zamarła. Przez głowę przebiegła jej myśl, żeby krzyknąć, ale gardło ją zawiodło.

— Zostaw — powiedziała najniższym, najspokojniejszym głosem, na jaki ją było stać.

— Nie, dopóki nie obiecasz, że to cofniesz.

— Zostaw moje ramię, Adam.

— Najpierw powiedz, że nie pójdziesz do sądu.

Nie odpowiedziała. Wtedy usłyszała kroki.

Po drugiej stronie ulicy szedł sąsiad z pierwszego piętra, pan Zbigniew, z border collie na smyczy. Zatrzymał się, zerknął na nią i Adama, po czym zapytał:

— Wszystko w porządku, pani Krystyno?

Adam puścił jej ramię, niechętnie, jakby zdejmował z siebie cudzą rękę.

— W porządku — powiedziała Krystyna. — Dziękuję, panie Zbigniewie.

Sąsiad postał jeszcze moment, potem przeszedł na swoją stronę, nie oglądając się. Pies pociągnął go do bramy.

— Jeszcze się zobaczymy — powiedział Adam cicho. — I pożałujesz, że się na mnie uwzięłaś.

— Na pewno się zobaczymy. U prawnika.

Poszli w przeciwne strony.

Krystyna weszła do klatki, zamknęła za sobą drzwi i dopiero wtedy oparła się o ścianę. Czuła łomotanie serca, tak mocne, że musiała przycisnąć dłoń do mostka. Z kieszeni kurtki wyciągnęła telefon. Otworzyła aplikację bankową. Zlecenie stałe: nieaktywne. Karta kredytowa: spłacona. Kredyt na mieszkanie: ostatnia rata zeszła w październiku.

Po raz pierwszy od siedmiu lat nie miała na koncie cudzych zobowiązań.

Zadzwoniła do Sochy następnego ranka.

— On mnie wczoraj złapał za rękę i groził — powiedziała. — Chcę to mieć w aktach, na wypadek gdyby to się przydało.

— Proszę spisać wszystko, co się stało, godzina po godzinie. To może się przydać, jeśli sprawa się zaostrzy.

— A jeśli chodzi o samą sprawę — jakie mamy szanse?

— Zebrałem trochę materiału. Znalazłem certyfikat kursu marketingowego — nigdy nie wystawiony, bo nie ukończył. To dobry trop. Jeśli uda się wykazać, że pieniądze na kursy pobrał, twierdząc, że je kończy, a nie kończył, mamy podstawę do żądania zwrotu tej części z tytułu wprowadzenia w błąd. Reszta, te przelewy „pomoc dla Adama" — tu będzie trudniej. Ale spróbujemy.

Odpowiedziała, że rozumie, że nie oczekuje cudu, tylko uczciwej walki.

Następnego ranka pan Zbigniew, wracając z psem z rannego spaceru, przyniósł jej paczkę, którą ktoś zostawił przed jej drzwiami. Był w niej jej własny szalik, ten, który kiedyś podarowała Adamowi na Gwiazdkę. Do szalika przypięta kartka: „Odbieraj po swojemu. To jedyne, co ode mnie dostaniesz".

Krystyna schowała szalik do szuflady na dnie szafy. Oddała go potem do schroniska Brata Alberta. Razem z kurtką Adama, którą zostawił u niej zimą.

Sprawa o kurs marketingowy — jedyna część roszczenia, którą udało się dobrze udokumentować — trafiła do sądu po trzech tygodniach. Sąd wydał nakaz zapłaty na kwotę 5400 złotych, tyle, ile kosztował niedokończony kurs. Reszta roszczenia, oparta na przelewach z tytułem „pomoc dla Adama", została skierowana do zwykłego postępowania — Socha uprzedzał, że to może potrwać rok albo dłużej i wcale nie musi się skończyć po jej myśli.

Adam się odwołał od nakazu za kurs.

Wtedy Grażyna przyjechała do Krystyny bez zapowiedzi.

Weszła do kuchni, zdjęła kurtkę, powiesiła ją na oparciu krzesła, jakby mieszkała tu od zawsze. Zapaliła papierosa. Robiła tak od trzydziestu lat, zawsze na początku awantury.

— Zatkało cię — powiedziała.

— Masz coś do powiedzenia?

— Musisz to odwołać. On nie ma już z czego żyć.

— To niech pracuje.

— On pracuje! Tylko… ma inne podejście do życia. Nie wszyscy muszą zapieprzać jak ty.

— W takim razie jego inne podejście samo go nakarmi.

Grażyna usiadła przy stole, z papierosem w dłoni. Zdmuchnęła popiół na podłogę, tak żeby Krystyna widziała.

— Przez ciebie rodzina się rozpadła — powiedziała powoli, jakby smakowała każde słowo. — Ojciec się nami nie interesuje, teraz ty odcinasz Adama. Zostaniesz sama. Z tym twoim mikroskopem i czystym kontem.

Krystyna podeszła do kuchenki, zdjęła z palnika czajnik, nalała wody do kubka. Powoli, zanim odpowiedziała, wsypała herbatę, zalała, dodała łyżeczkę miodu z zeszłorocznego słoika.

— To, że zostanę sama, to twoja prognoza — powiedziała. — A nie wyrok.

— To groźba.

— Nie. To koniec rozmowy.

Grażyna zgasiła papierosa w zlewie, zostawiając pet na brzegu. Wyszła, szarpiąc za klamkę, trzasnęła drzwiami, aż w korytarzu zadrżała lampa.

Krystyna wypiła herbatę. Była gorąca, ale słodka. Potem poszła do sypialni, wyjęła z dna szafy segregator, w którym trzymała wszystkie stare listy od Adama — te sprzed lat, z podziękowaniami za pierwszy kurs, pisane jeszcze odręcznie. Przeczytała jeden, drugi. Potem schowała segregator z powrotem, pogłaskawszy dłonią okładkę, jak starą znajomą.

Na korytarzu zapaliła się i zgasła lampa, dogasając z cichym syknięciem.

Nazajutrz Adam przelał na jej konto 5400 złotych, dokładnie tyle, ile zasądzono za kurs. W tytule napisał: „na poczet długu".

Krystyna otworzyła aplikację bankową w tramwaju, w drodze do laboratorium. Patrzyła na ekran przez dłuższą chwilę. Potem przeszła do zlecenia stałego, które odcięła osiem miesięcy temu, i sprawdziła, czy na pewno jest nieaktywne. Było.

Wysiadła przystanek wcześniej i poszła pieszo.

Weszła do piekarni na rogu Batorego. Kupiła dwa pączki, jednego zjadła od razu, nadzienie z różą pachniało drożdżami i przeszłością. Pomyślała, że mama zawsze powtarzała: „Jak nie masz apetytu, kup pączka. Tłuszcz otula nerwy".

Uśmiechnęła się.

Ktoś wtedy zadzwonił. Adam.

— Zauważyłaś przelew? — zapytał bez powitania.

— Tak.

— To za kurs. Ale reszty ci nie oddam. Prawnik mi powiedział, że te przelewy to były darowizny. Że nic mi nie musisz — że nic ja tobie nie muszę.

— Może. Sąd to rozstrzygnie. Ale przynajmniej teraz wiesz, że będę pytać, na co idą pieniądze, które dostajesz. To już coś.

— Nieprawda, że to coś. To nic.

— Dla mnie to wystarczająco dużo.

W słuchawce zapadło milczenie. Potem Adam powiedział coś, czego nie dokończył, bo nadjechał tramwaj, a w tle ktoś kichnął.

— Chcę tylko, żebyś wiedziała — dodał w końcu — że nie daruję ci tego do końca życia.

— W porządku — odpowiedziała Krystyna. — Bylebyś oddał, ile się da.

Rozłączyła się.

Przeszła przez ulicę na zielonym. W witrynie banku na rogu zobaczyła swoje odbicie: kobieta w rozpiętym płaszczu, z reklamówką z piekarni, z twarzą, która nie była ani smutna, ani wesoła.

A potem zrobiła coś, czego nie planowała: wstąpiła do oddziału banku. Podpisała tam dyspozycję przeniesienia 5400 złotych, tego, co odzyskała, na lokatę terminową.

Doradca, młody mężczyzna w okularach, zapytał, czy chce założyć lokatę roczną czy dwuletnią.

— Trzydzieści sześć miesięcy — odpowiedziała. — Nie chcę mieć do nich dostępu przez jakiś czas.

— A jeśli będzie pani potrzebowała?

— To znaczy, że coś poszło nie tak, i wtedy pomyślę.

Wyszła z oddziału.

Na przystanku przy ulicy Piłsudskiego stała kobieta pogrążona we własnym świecie, ze słuchawkami w uszach, chłopak z deskorolką i starszy pan z laską. Nikt na nią nie patrzył.

A mimo to Krystyna czuła, jak coś się w niej układa, cegła po cegle, komórka po komórce, tak cicho, że słyszała tylko własny oddech.

Wróciła do mieszkania. Z kieszeni płaszcza wyjęła paragon z banku i położyła go na kuchennym stole, obok starej teczki, tej skóropodobnej, z której już nic nie wystawało.

Potem umyła ręce. Długo, w ciepłej wodzie, patrząc, jak mydło spływa po dłoniach.

Usiadła przy stole i zaczęła pisać do Grażyny: „Twojemu synowi nie brakowało…" — urwała, przekreśliła zdanie, zmięła kartkę i wrzuciła ją do kosza pod zlewem.

Wstała, otworzyła okno.

Na zewnątrz pachniało dymem z komina i ostatnią jesienią. Z dołu, z ulicy, dobiegał tupot psa pana Zbigniewa i daleki klakson, a potem — przeciągły, cienki gwizd tramwaju na zakręcie.

Krystyna zostawiła okno uchylone, wróciła do stołu i położyła obok paragonu z banku czystą kartkę — na jutro, na nowy list, który jeszcze nie był gotowy.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: