Barbara Wilczek karmiła psy o szóstej rano, kiedy nad jeziorem Drwęckim jeszcze leżała mgła gęsta jak kisiel. Miała sześćdziesiąt jeden lat, emeryturę po szkole podstawowej w Samborowie, gdzie uczyła biologii przez trzydzieści dwa lata, i osiemnaście kundli na czterech hektarach za stodołą. Karmę kupowała workami w hurtowni w Ostródzie, dwadzieścia pięć kilo za sto dziewięćdziesiąt złotych, i zawsze brakowało jej dwóch worków do końca miesiąca.
Syn Marek przyjeżdżał w niedziele. Przywoził wnuczkę, Zosię, dziewięcioletnią dziewczynkę z aparatem na zębach, która biegała między budami i każdemu psu nadawała imię na nowo, bo uważała, że stare jej się nie podobają.
– Mamo, ty naprawdę musisz to ograniczyć – mówił Marek, siadając przy kuchennym stole, na którym stała miska z niedojedzoną owsianką sprzed dwóch dni. – Masz sześćdziesiąt jeden lat. Kto się tym zajmie, jak coś ci się stanie?
– Ograniczyć co? Miłość?
– Osiemnaście psów to nie miłość, mamo, to choroba.
Barbara nie odpowiadała. Wstawała, szła do zlewu, myła miskę. Za oknem Rudy, największy z kundli, gonił kurę sąsiada, pana Zdzisława, który od trzech lat groził, że zgłosi ją do sanepidu.
Zaczęło się jedenaście lat temu, kiedy zmarł jej mąż, Henryk. Pierwszy pies, suczka o imieniu Łata, przyszła sama, wychudzona, spod płotu cmentarza w Samborowie, dzień po pogrzebie. Barbara nie miała siły jej przegonić. Nakarmiła resztkami z konsolacji – schabowym, kapustą – i tak zostało.
Potem był drugi pies. Potem trzeci. Ludzie z całej gminy zaczęli wiedzieć, że pani Wilczek z Samborowa nie odmówi. Podrzucali szczeniaki w kartonach pod bramę, zostawiali dorosłe psy przywiązane do drzewa przy drodze, czasem nawet dzwonili z numeru zastrzeżonego: "Pani Basiu, tu przy stacji w Ostródzie leży pies, nikt się nim nie zajmie".
Weterynarz, doktor Kowalczyk, przyjeżdżał raz w miesiącu za darmo, bo znał ją jeszcze z czasów, gdy uczyła jego córkę. Ale szczepionki, odrobaczanie, kastracje – to kosztowało. Emerytura Barbary wynosiła tysiąc osiemset złotych. Na psy szło z tego prawie tysiąc dwieście.
– Sprzedaj chociaż tę ziemię za stodołą – powiedział kiedyś Marek. – Deweloper z Ostródy dawał sto dwadzieścia tysięcy. Postawiłabyś se coś porządnego, pojechała na Mazury odpocząć, zamiast tu siedzieć po kolana w błocie.
– A psy gdzie mają być?
– Mamo. Psy to psy.
Barbara odłożyła widelec przy talerzu, cicho, bez słowa, i wyszła na podwórko sprawdzić, czy Rudy nie wykopał znowu dziury pod płotem. Marek dojadał obiad sam.
Rok wcześniej sprawy przybrały gorszy obrót. Pan Zdzisław w końcu zadzwonił, gdzie trzeba było, i do Barbary przyjechała kontrola z powiatowego inspektoratu weterynarii w Ostródzie. Inspektorka, młoda kobieta o nazwisku Duda, chodziła między budami z notatnikiem, mierzyła miski, sprawdzała, czy psy mają wodę, czy budy są ocieplone na zimę.
– Pani Wilczek, ja rozumiem intencje, ale to jest przekroczona liczba zwierząt dopuszczalna bez rejestracji jako schronisko. Będzie pani musiała albo zarejestrować to formalnie, albo ograniczyć liczbę psów do dziesięciu.
– A jak nie zarejestruję?
– To dostanie pani nakaz redukcji. W skrajnym wypadku psy zostaną odebrane.
Barbara tej nocy nie spała. Siedziała przy stole, na którym leżały papiery z inspekcji, i wpatrywała się przez okno w rząd bud wzdłuż płotu, jakby to był jakiś dziwny osiedlowy szereg domków. W radiu, które zawsze zostawiała włączone cicho w kuchni, leciała jakaś stara piosenka o miłości, której nikt nie słuchał.
Rejestracja schroniska kosztowała – opłaty, dostosowanie budynków do przepisów sanitarnych, ubezpieczenie – łącznie prawie czterdzieści tysięcy złotych, których Barbara oczywiście nie miała. Marek, kiedy się o tym dowiedział, przyjechał w środku tygodnia, co nigdy mu się nie zdarzało.
– Mamo, ja to załatwię. Pożyczę. Ale musisz mi obiecać, że przestaniesz przyjmować nowe.
– Obiecam.
Nie dotrzymała słowa nawet dwóch tygodni. We wrześniu, kiedy liście klonu przy drodze do Samborowa zaczęły żółknąć, ktoś zostawił pod jej bramą kartonowe pudło. W środku leżały trzy szczeniaki, ledwie odsadzone od matki, i kartka napisana byle jak: "Proszę się zaopiekować, nie mamy jak".
Barbara zaniosła je do kuchni, ogrzała przy piecu, nakarmiła mlekiem rozcieńczonym wodą, bo mleko w proszku dla szczeniaków kosztowało w Ostródzie sześćdziesiąt złotych za opakowanie, a miała już tylko trzydzieści złotych do pierwszego. Zadzwoniła do Marka dopiero rano.
– Znowu, mamo? Naprawdę?
– One by zdechły przy drodze, Marku. Co miałam zrobić?
– Ja nie mam już z czego pożyczać dla ciebie na kolejne psy! Ja mam swoją rodzinę, mamo, kredyt na mieszkanie, Zosię trzeba na basen wozić, a ty tu zamieniasz gospodarstwo w jakąś… jakąś fabrykę psów bezdomnych!
Po tamtej stronie zapadła długa przerwa, słychać było tylko oddech, a potem Barbara powiedziała cicho, że rozumie, i odłożyła słuchawkę. Nie zadzwoniła do niego przez trzy tygodnie.
W tym czasie inspektorka Duda wróciła z drugą kontrolą, tym razem z komendantem straży miejskiej z Ostródy. Liczba psów urosła do dwudziestu jeden. Dokumenty do rejestracji schroniska leżały niedokończone, bo Barbara nie miała pieniędzy na ostatnią opłatę – dziewięć tysięcy złotych za dostosowanie ogrodzenia do normy.
– Pani Wilczek, to jest ostateczne wezwanie. Ma pani czternaście dni. Albo dopełni pani formalności, albo zwierzęta zostaną przekazane do schroniska w Iławie, a część, niestety, może zostać uśpiona ze względu na wiek i stan zdrowia.
Barbara stała wtedy na środku podwórka, otoczona psami, które łasiły się do jej nóg, nieświadome, że ktoś właśnie odczytał na głos wyrok. Rudy oparł łeb o jej kolano. Łata, najstarsza, już siwa na pysku, siedziała przy budzie i patrzyła w stronę drogi, jakby czekała na kogoś, kto nigdy nie wróci.
Tego samego wieczoru zadzwonił telefon. Nie był to Marek.
– Pani Wilczek? Nazywam się Grażyna Sowa, jestem prezeską fundacji "Psi Azyl" w Olsztynie. Dowiedzieliśmy się o pani sytuacji od doktora Kowalczyka.
Barbara nie wiedziała, co powiedzieć. Grażyna mówiła dalej, szybko, konkretnie – że fundacja może pomóc z częścią kosztów rejestracji, że mają wolontariuszy, że mogą przejąć część zwierząt do adopcji, jeśli Barbara się zgodzi, żeby psy trafiły do dobrych domów zamiast siedzieć w stłoczeniu na jej działce.
– Ale ja je kocham wszystkie – powiedziała Barbara, a głos ugiął jej się w połowie zdania.
– Wiem. Dlatego dzwonię. W czwartek przyjedzie do pani ekipa – dwóch wolontariuszy i lekarz weterynarii na kastracje. Fundacja pokryje ogrodzenie, resztę rozliczymy z powiatem.
Dwa tygodnie później na podwórku Barbary stał harmonogram wypisany na kartce przypiętej do drzwi stodoły: które psy zostają, które trafiają do adopcji przez fundację, które potrzebują pilnej kastracji przed przekazaniem. Dziewięciu psów – w tym trzy szczeniaki z kartonu i dwa najstarsze, których nikt już nie chciał – zostało u Barbary jako oficjalnie zarejestrowane, dziesięcioosobowe (z nią) minischronisko domowe, z pieczątką powiatowego inspektoratu i ubezpieczeniem opłaconym w połowie przez fundację, w połowie przez Marka, który mimo wszystko podpisał przelew na cztery tysiące pięćset złotych, nie mówiąc słowa więcej o sprzedaży ziemi.
Reszta psów, dziewięć sztuk, w tym Rudy, pojechała do rodzin zweryfikowanych przez fundację – w tym jedna rodzina z Olsztyna wzięła go razem z synem, który akurat skończył dwanaście lat i marzył o psie takim właśnie, rudym i za dużym na mieszkanie, ale za to wiernym jak nikt.
Barbara stała przy furtce, kiedy odjeżdżał samochód z Rudym na tylnym siedzeniu, łeb wystawiony przez uchyloną szybę, uszy na wietrze. Zosia, która przyjechała tego dnia z ojcem, złapała ją za rękę.
– Babciu, to smutne.
Barbara pochyliła się i poprawiła jej kurtkę, zapinając zamek pod samą szyję.
– Zapnij się, bo zmarzniesz. Chodź, ugotuję ci kakao, zanim tata zabierze cię do domu.
Wieczorem, kiedy Marek już wyjechał, a Zosia machała przez tylną szybę, Barbara usiadła przy stole z papierami rejestracyjnymi schroniska – teraz podpisanymi, ostemplowanymi, w porządku – i z listą dziewięciu adresów, gdzie trafiły jej psy. Obok leżał telefon z otwartą aplikacją bankową: saldo tysiąc sto złotych, z czego osiemset przeznaczone już na karmę i wizytę u doktora Kowalczyka w przyszłym tygodniu.
Nalała sobie herbaty, popatrzyła na dziewięć kartek z adresami i schowała je do koperty, którą podpisała: "Moje psy – tam, gdzie są kochane". Łata przyszła i położyła łeb na jej kolanach. Barbara podrapała ją za uchem, tam gdzie sierść była najcieplejsza, a w radiu skończyła się stara piosenka i zaczęły się wiadomości o pogodzie na jutro.
