Karmię ptaki na balkonie od jedenastu lat, więc weterynarz z gabinetu przy Placu Grunwaldzkim we Wrocławiu zna mnie z imienia — ja od niego kupuję ziarno łuskane, on ode mnie kupuje nic, ale zawsze pyta, jak się miewa moja papuga faliste, Fistaszek. To on zresztą wysłał mnie tamtego wieczoru do pani Krystyny, bo akurat oddzwaniał do kogoś na temat kanarka, którego, jak mówił, "trzeba było ratować, i to szybko".
Mieszkam piętro niżej niż pani Krystyna, w tej samej klatce przy ulicy Kamiennej, odkąd zaczęłam pracować jako groomerka w salonie dla psów dwie przecznice dalej. Znam ją głównie z windy i z tego, że raz w tygodniu bierze od listonosza przesyłkę z karmą dla ptaków — markę pamiętam, bo sama kupuję to samo, tylko w mniejszym opakowaniu. Miała siedemdziesiąt trzy lata, męża pochowała jeszcze przed pandemią, a jej syn, Wiktor, przeprowadził się do niej rok temu, kiedy — jak mówiła sąsiadkom na klatce — "akurat był między pracami".
Tego wieczoru wracałam później niż zwykle, bo we wtorki mam ostatniego klienta o dziewiętnastej trzydzieści, wielkiego briarda, który nie znosi suszarki. Winda akurat stała na czwartym, więc szłam schodami i już na półpiętrze usłyszałam kanarka pani Krystyny — nie śpiew, tylko takie urywane, wysokie piski, jakby ptak uderzał się o pręty. Drzwi do jej mieszkania były uchylone, co u niej nigdy się nie zdarzało, bo zawsze mówiła, że w bloku "kręcą się różni".
Zajrzałam. Wiktor stał przy stole w kuchni z telefonem przy uchu, a pani Krystyna siedziała na krześle przy oknie, trzymając na kolanach klatkę tak, że osłaniała ją całym ciałem. Kanarek — miał na imię Kajtek, wiem, bo je wykrzyczała, kiedy Wiktor sięgnął po klatkę — rzucał się między prętami. Wiktor mówił do telefonu coś o "przepisaniu działki na Kamiennej", a potem, zasłaniając mikrofon dłonią, warknął do matki: "Sprzedaj tego ptaka, to będzie o jedną karmę mniej do kupienia, mamo, przecież ledwo starcza na leki".
Ona nie odpowiedziała jemu. Odpowiedziała klatce — pochyliła się nad nią i powiedziała cicho, jakby to Kajtek miał podjąć decyzję: "Nikomu cię nie oddam, słyszysz". Wtedy zobaczyła mnie w progu.
— Pani Klaudio — powiedziała, i głos jej się nie załamał, tylko jakby stwardniał — pan doktor od ptaków dzwonił, że pani przyjdzie.
Wiktor odłożył telefon na blat, spojrzał na mnie tak, jakbym była kolejnym punktem na liście spraw do załatwienia tego wieczoru, i wyszedł z kuchni bez słowa, trzaskając drzwiami do swojego pokoju.
Ja postawiłam torbę z sierścią po briardzie przy progu i wtedy pani Krystyna zaczęła mówić — nie do mnie, właściwie do nikogo, tak jak się mówi, kiedy człowiek musi to z siebie w końcu wyrzucić.
Powiedziała, że syn wrócił do niej rok temu, po rozwodzie, bez pracy i bez planu, i że początkowo się cieszyła — bo mieszkanie było za duże na jedną osobę, a wieczory za ciche. Ale po trzech miesiącach zaczął mówić o "uporządkowaniu spraw majątkowych, póki jeszcze jest czas", a ona wtedy nie rozumiała, o co mu chodzi, bo przecież nic się nie działo, była zdrowa, chodziła na spacery, karmiła kanarka. Potem zaczął przynosić dokumenty do podpisania — najpierw pełnomocnictwo do konta w banku, "żeby mógł jej pomóc płacić rachunki", potem coś związanego z działką po jej mężu w Sobótce, którą mieli od trzydziestu lat i na której stał domek letniskowy. Powiedziała, że nie umiała czytać drobnego druku bez okularów do bliży, a on zawsze przychodził z tymi papierami wieczorem, kiedy była zmęczona, i mówił, że to nic ważnego, "taka formalność".
Kajtka kupiła sobie sama, dwa lata temu, po śmierci męża, żeby w mieszkaniu było jakiekolwiek życie poza jej własnym oddechem. Wiktor od początku traktował ptaka jak zbędny wydatek — ziarno, klatka, wizyty u weterynarza, kiedy Kajtek miał problem z pazurkami. Tego wieczoru, jak zrozumiałam z urywków, poszło o dwadzieścia osiem złotych, bo tyle kosztowało opakowanie karmy, które pani Krystyna kupiła zamiast oddać mu pieniądze na coś, czego nawet nie umiała nazwać.
Zapytałam, czy mam zadzwonić po kogoś — po policję, po opiekę społeczną, sama nie wiedziałam, do kogo się dzwoni w takiej sprawie. Pani Krystyna pokręciła głową i powiedziała, że nie, że to nie jest coś, co się rozwiązuje telefonem tego samego wieczoru. Powiedziała to tak spokojnie, że aż mnie zmroziło, bo brzmiało to jak zdanie osoby, która już wcześniej to sobie przemyślała, tylko czekała na coś, co ją popchnie.
Zostałam z nią z pół godziny, dopóki nie usłyszałyśmy, że Wiktor wychodzi z mieszkania — trzasnęły drzwi wejściowe, potem winda. Kajtek uspokoił się dopiero, kiedy pani Krystyna nakryła klatkę ręcznikiem i postawiła ją na parapecie, dalej od stołu.
Zanim wyszłam, otworzyła szufladę kredensu i wyjęła stamtąd szarą kopertę, grubą, z odciśniętym na rogu pieczęcią notarialną — jak się później dowiedziałam, to było pełnomocnictwo, które Wiktor kazał jej podpisać cztery miesiące wcześniej, a którego kopię, "na wszelki wypadek", jej koleżanka z chóru parafialnego, była notariuszka, kazała jej zachować osobno. Powiedziała, że jutro rano idzie do kancelarii przy ulicy Piłsudskiego, żeby to pełnomocnictwo odwołać, i że umówiła się już telefonicznie na dziewiątą.
Nie widziałam, jak poszło następnego dnia, bo miałam od rana klientów — jamnika po strzyżeniu i kota na kąpiel, co zawsze zajmuje więcej czasu niż powinno. Ale późnym popołudniem, kiedy wracałam z pracy, zobaczyłam panią Krystynę na ławce przed blokiem, z Kajtkiem w klatce postawionej obok niej na oparciu, a nie w domu — pierwszy raz, odkąd ją znam, wyniosła ptaka na zewnątrz.
Miała przy sobie teczkę z dokumentami, tę samą szarą kopertę, tylko teraz z dopiskiem długopisem w rogu: "odwołane, 16 września". Powiedziała mi, że w kancelarii notariusz od razu przygotował odwołanie pełnomocnictwa i że zadzwoniła też do banku, żeby zablokowali dostęp do konta na czas, aż wszystko zostanie formalnie zamknięte. Do działki w Sobótce jeszcze nie doszła, bo to wymagało innych papierów, ale umówiła się na kolejny tydzień z tą samą kancelarią.
Zapytałam, co na to Wiktor. Powiedziała, że jeszcze nie wie, bo wrócił późno w nocy i wyszedł, zanim się obudziła, i że pewnie dowie się, kiedy pójdzie do bankomatu i karta mu nie zadziała.
Usiadłam obok niej na chwilę. Kajtek odzywał się w klatce, tym razem zwyczajnie, nie tymi urywanymi piskami z wczoraj. Pani Krystyna patrzyła przed siebie, na trzepak i piaskownicę, i powiedziała tylko, że rano po drodze do kancelarii kupiła nowe opakowanie ziarna — te dwadzieścia osiem złotych, o które poszło — i że nikomu nie będzie się tłumaczyć, na co wydaje własną emeryturę.
Wieczorem, kiedy szłam po swoją pocztę, zobaczyłam na klatce schodowej Wiktora — stał przy drzwiach mieszkania matki i naciskał dzwonek, ale nikt nie otwierał, chociaż słyszałam przez ścianę telewizor. Spojrzał na mnie, jakby chciał o coś zapytać, ale nie zapytał. Zeszłam do siebie i zamknęłam drzwi na klucz.
