# Dwa lata po tamtej nocy w biurze

Wrocław, październik. Deszcz siekł w szyby tramwaju, a ja po raz setny sprawdzałam telefon, choć wiedziałam, że nikt nie napisze. Tak wyglądał mój wieczór, odkąd skończyłam trzydzieści dwa lata i zrozumiałam, że znowu jestem sama.

Nazywam się Marcelina. Pracuję w księgowości, wynajmuję kawalerkę na Ołbinie i od dwóch lat nie wchodzę w relacje z zajętymi mężczyznami. Wcześniej weszłam raz.

Miał na imię Krzysztof. Był moim przełożonym w firmie logistycznej pod Wrocławiem. Żona, dwójka dzieci, siedemnaście lat małżeństwa. Kiedy przyszłam tam do pracy, wiedziałam o tym od pierwszego dnia. I nie planowałam nic czuć.

Przez pierwsze trzy miesiące był dla mnie tylko surowym profesjonalistą, który trzyma dystans. Potem trafiliśmy do jednego projektu. Spotkania, dyskusje, kawa z automatu o ósmej rano. Zobaczyłam w nim człowieka: inteligentnego, uważnego, z suchym humorem i spokojnym sposobem rozwiązywania problemów. Zaczęło się niewinnie. Najpierw po prostu go lubiłam. Potem czekałam na nasze spotkania. Potem przyszły fantazje, których się wstydziłam.

Na jego biurku stała rodzinna fotografia. Żona, dwóch synów. Cały świat, do którego nie miałam wstępu. Próbowałam z tym walczyć: brałam inne zadania, unikałam zostawania z nim sam na sam, kierowałam rozmowy na sprawy służbowe. Nie działało.

Pewnego wieczoru zostaliśmy dłużej. Biuro było puste, świecił tylko monitor. Siedzieliśmy obok siebie, a każde przypadkowe dotknięcie przeszło jak prąd. Nagle on spojrzał na mnie uważnie.

— Nie mów tego — poprosiłam, bo czułam, że wszystko się zawali w tej samej sekundzie.

— Podobasz mi się. Za bardzo. I to jest złe.

Serce waliło tak mocno, że wydawało mi się, że słychać je w całym pomieszczeniu.

— Masz rodzinę — przypomniałam.

— Wiem. Dlatego między nami nie może nic być.

— Wiem — powtórzyłam.

Zamilkliśmy. Powietrze zgęstniało od rzeczy niewypowiedzianych. Po chwili wstał.

— Muszę iść. Inaczej zrobię coś, czego będę żałować.

Wyszedł. Zostałam w pustym biurze i rozpłakałam się, bo zrozumiałam, że on czuł to samo. I to bolało jeszcze bardziej.

Zaczęła się męka. Widywaliśmy się codziennie i udawaliśmy, że nic się nie stało. Zimno, bez kontaktu osobistego, czysto służbowo. W środku wszystko pękało: chciałam być blisko i wiedziałam, że nie mam do tego prawa.

Któregoś dnia w palarni usłyszałam, jak ktoś mówi o jego małżeństwie: „Razem od liceum, idealna para, nigdy się nie kłócą”. Te słowa cięły jak szkło. Jakie „my”? Żadnego „my” nie było.

Złożyłam wypowiedzenie. Przyniosłam je do kadr we wtorek rano, zanim zdążyłam się rozmyślić. Krzysztof dowiedział się i przyszedł do mnie.

— Dlaczego odchodzisz?

— Sprawy osobiste.

— To przeze mnie?

Milczałam. I tak było jasne.

— Nie odchodź. Dobrze pracujesz, lubisz tę robotę. To dobre miejsce.

— Nie mogę zostać. Nie mogę patrzeć na ciebie codziennie, wiedząc, że…

Nie dokończyłam. Usiadł naprzeciwko.

— Mi też jest ciężko. Ale wybrałem rodzinę dawno temu. Nie zniszczę jej dla uczucia, które… może przejdzie.

— „Może”? — powtórzyłam z goryczą.

— Nie jestem pewien. Ale mam dwóch synów, żonę, dom, który budowaliśmy latami. Nie zostawię tego.

Miał rację. Wiedziałam to. Ale wcale nie było mi lżej.

— Przepraszam — powiedziałam. — Nie chciałam, żeby tak wyszło. Po prostu się stało.

— Ja też przepraszam. Powinienem był trzymać dystans od początku.

Po dwóch tygodniach odeszłam. Znalazłam inną pracę, w biurze rachunkowym na Krzykach. Czas leczył powoli. Coraz rzadziej o nim myślałam, uczyłam się oddychać bez tego ciężaru w klatce piersiowej.

Minęły dwa lata. Poznałam wolnego mężczyznę. Zaczęliśmy się spotykać i pierwszy raz poczułam, jak wygląda związek bez tajemnic, bez ciągłego „nie wolno”, bez wstydu. Nareszcie proste rzeczy: niedzielny obiad, spacer nad Odrą, wspólne zakupy w Biedronce.

A potem, w pewien październikowy poniedziałek, wracałam tramwajem z pracy i zobaczyłam go przez szybę. Szedł z żoną i synami, śmiali się, trzymali za ręce. Szczęśliwa rodzina. Mój tramwaj stanął na światłach i patrzyłam na nich przez dłuższą chwilę. On mnie nie zauważył. I dobrze.

Tamta noc w biurze wróciła do mnie jak stary bilet: wyblakły, bezużyteczny. Żadnego żalu. Tylko spokojna pewność, że wtedy podjęłam właściwą decyzję.

Wysiadłam na swoim przystanku. W kieszeni płaszcza znalazłam paragon z piekarni — siedem złotych czterdzieści za kajzerki i drożdżówkę z serem. Schowałam go z powrotem. Drobiazg, ale mój własny. Tak samo jak cała reszta życia, które sobie poukładałam.

Zadzwonił telefon. Tomek.

— Kupiłem mleko. I ten twój jogurt z malinami.

— Dzięki. Będę za dziesięć minut.

Rozłączyłam się i ruszyłam w stronę domu. Wracałam do kogoś. To była najprostsza prawda, jaką w tamtym momencie miałam.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: