Tak wygląda historia o kocie, który pisał dramaty. Tylko że to nie do końca ta historia.

Bo w mojej wersji wszystko zaczęło się inaczej. Nie od kota. Od piwnicy.

**Rudy kot z Gorlic i siedem cudzych dramatów**

Mam na imię Halina i od dwudziestu trzech lat pracuję jako introligatorka w drukarni w Gorlicach. Sklejam grzbiety, fastryguję, zszywam bloki. Moje palce są popękane od kleju, a lewa dłoń ma na stałe odcisk od noża introligatorskiego. Lubię zapach świeżego papieru. Nie lubię klientów, którzy przychodzą pięć minut przed zamknięciem i mówią: „Pani Halino, tylko sto stron, na pojutrze”.

Tamtego wtorku padał deszcz ze śniegiem. Właśnie skończyłam broszurować zamówienie dla kancelarii komorniczej — osiemdziesiąt egzemplarzy sprawozdania, które i tak nikt nie przeczyta. Zgasiłam górną lampę, narzuciłam stary płaszcz i wyszłam tylnym wejściem, przez podwórko.

Między kontenerami na makulaturę siedział człowiek. Siedział i dzielił kanapkę z kotem. To znaczy — nie dzielił. On dawał kotu szynkę, a sam zjadał chleb z margaryną, bo szynka to była mniej więcej jedna plasterka, która gdzieniegdzie prześwitywała. Kot był rudy. Chudy. Z jednym uchem naderwanym po jakiejś bójce. Człowiek mówił do niego cicho, jakby się tłumaczył:

— Czekaj, jutro będzie coś lepszego. Może pani z sekretariatu zostawi sernik. Ona zawsze zostawia po imieninach.

Podniosłam kołnierz. Przeszłam obok. Ale coś mnie zatrzymało. Może to, że sama od roku nie miałam do kogo odezwać się w domu. Może deszcz. Zatrzymałam się i powiedziałam:

— Ten kot ma pchły.

Człowiek nie drgnął.

— Wiem — odparł. — Ale pchły to nie powód, żeby umrzeć z głodu.

Nazywał się Norbert. Pracował w archiwum sądowym dwa przystanki dalej. Układał akta, przepisywał protokoły, nosił segregatory z jednej strony budynku na drugą. Pensję miał taką, że starczało na czynsz za kawalerkę w starej kamienicy przy ulicy Węgierskiej, chleb, pastę do zębów i karmę dla kota.

Kot się nazywał Gibon. Nie wiem czemu. Norbert twierdził, że kot wisi na firance jak gimnastyk i stąd. Może. Nie pytałam.

Zaczęliśmy rozmawiać. Codziennie po pracy wyglądałam na podwórko. Norbert tam był. Nie umawialiśmy się — tak jakoś wychodziło, że on kończył o szesnastej, ja o szesnastej trzydzieści. Miałam z drukarni niewykorzystane ścinki papieru, więc raz mu oddałam czysty brulion w twardej oprawie. Sama go zszyłam. Położyłam na parapecie, bo nie chciałam robić z tego sceny.

— To dla pana — powiedziałam. — Na notatki. Widzę, że pan lubi pisać.

Norbert wziął brulion, obrócił go w rękach, powąchał. Serio — powąchał.

— Dziękuję. Jest idealny.

Nie dodał do czego.

Przez następne tygodnie działy się dwie rzeczy.

Pierwsza: Gibon tył. To znaczy, przestawał być tak diabelnie chudy. Nadal dachy, kocie bójki, ale pod sierścią zaczęły mu się pojawiać żebra już nie tak widoczne. Norbert gotował dla niego rosół z łapką, której sam nie jadł, bo na dwa dni. Rozumiecie. To nie jest człowiek, który ma coś. To jest człowiek, który oddaje to, czego nie ma.

Druga: Norbert zaczął przynosić do drukarni kartki. Zwykłe, zapisane odręcznie, ciasnym charakterem. Pytał, czy zszyję mu to tak, żeby wyglądało, jakby to było naprawdę. „Bo to jest naprawdę” — mówił.

Zszywałam. Nie czytałam.

Dopiero pod koniec listopada, kiedy w drukarni padło ogrzewanie i siedziałyśmy w kurtkach, zgięłam się nad jego zszytym maszynopisem, żeby sprawdzić, czy nici dobrze się trzymają. Otworzyłam na stronie tytułowej.

„Hamlet — tragedia w pięciu aktach”.

Zamknęłam. Otworzyłam znowu.

Autor: Szekspir William.

Serce mi podskoczyło, choć nie byłam pewna, w którą stronę. Sprawdziłam datę. Anno Domini 1601. Wodny znak papieru, który sama mu dałam, pochodził z drukarni i miał rok produkcji wytłoczony na spodzie każdej ryzy. Norbert tego nie zauważył. Nikt by nie zauważył. Ja zauważyłam, bo sama ten papier zamawiałam.

Wieczorem podeszłam do niego na podwórku. Gibon siedział mu na torbie, moknąc z godnością.

— Norbert — zaczęłam. — Pan mnie podstawia.

Zesztywniał. Ale nie kłamał.

— Potrzebowałem tytułu — powiedział. — Bez nazwiska nikt tego nie wyda. Ja jestem nikim. Przepisywaczem z archiwum. A to są dobre dramaty. Coraz lepsze. Wie pani, kto mi dyktuje?

Spojrzał na kota. Kot spojrzał w ciemność.

— Gibon — dokończył cicho. — Siada nocą na oparciu krzesła i mruczy. Nie normalnie mruczy. On mi dyktuje. Fraza po frazie. Jakbym to wszystko wcześniej umiał, tylko skądś zapomniane wraca. Budzę się o trzeciej w nocy i ręka sama pisze. Pani Halino, ja się pytam pana Boga, co mam zrobić, a w odpowiedzi kot zaczyna kolejny akt.

Patrzyłam na niego. Mógł być chory. Mógł być pijany. Nie był ani jednym. Stał przemarznięty na deszczu, przygarniał do siebie swoją jedyną żywą istotę i wyglądał jak ktoś, kto boi się, że go osądzą, ale bardziej boi się nie powiedzieć prawdy.

— Więc niech pan tego nie podpisuje — powiedziałam w końcu. — Niech pan przyjdzie jutro. Zobaczymy, co z tym zrobić.

Zrobiliśmy tak: poszłam do wydawnictwa, bo drukarnia z nimi współpracuje od lat. Znam kierowniczkę działu literackiego, Beatę. Twarda kobieta, ale uczciwa. Przyniosłam maszynopis. Powiedziałam, że znalazłam u znajomego, że nazwisko na stronie tytułowej prawdopodobnie zmyślone, bo autor wstydzi się, że jest z małego miasta.

Beata przeczytała w trzy dni. Oddzwoniła w poniedziałek rano.

— Halina, jeśli przyjdziesz i powiesz, że to żart, pokłócimy się na zawsze. Kto to pisał?

— Kot — odparłam, bo czymś trzeba było rozładować nerwy.

— Spada. Przy mnie nie pij.

— Człowiek, z którym pracuję — poprawiłam. — Nazywa się Norbert. Chce wydać pod pseudonimem.

— Zrobię z tobą umowę — powiedziała Beata. — Ma coś jeszcze?

Odwiesiłam słuchawkę. Z kieszeni wyjęłam siedem spiętych notatek od Norberta. Siedem dramatów. „Makbet”, „Król Lear”, „Otello”, „Burza”, „Wieczór Trzech Króli”, „Juliusz Cezar”, „Kupiec wenecki”. Wszystkie podpisane jednym nazwiskiem, zmyślonym, brzmiącym jak obce.

Teraz najważniejsze. Bo od tego robi się zimno na plecach.

Kiedy weszłam do wydawnictwa podpisywać z Beatą propozycję umowy, z windy wyszedł mężczyzna w drogim płaszczu. Zatrzymał się przy biurku Beaty. Położył teczkę. Spojrzał na mnie przelotnie, bez zainteresowania, jak patrzy się na sprzątaczkę. Potem zobaczył maszynopis. Wziął pierwszą kartkę. Przeczytał. Zamrugał.

— Skąd to macie? — zapytał.

— Z drukarni — powiedziała Beata. — Autora reprezentuje Halina.

— Nikt tego nie reprezentuje — wtrąciłam.

Mężczyzna wyjął z teczki gruby plik. Położył go obok mojego. Ta sama czcionka. Ten sam tytuł po angielsku. Inna okładka. Londyn, wydanie trzecie, rok 1623.

— Jestem z antykwariatu w Krakowie — powiedział. — Kupiliśmy ten egzemplarz dwa tygodnie temu na aukcji. Ktoś go sprzedał, twierdząc, że to pierwsze wydanie. Papier się zgadza, woda z datą produkcji z tego okresu. Ale wiecie, co jest dziwne?

Nie odzywałyśmy się.

— Druk jest o trzysta lat starszy niż papier. Ktoś to wszystko bardzo sprytnie podrobił. Tyle że ta sama osoba zrobiła błąd w paginacji. Tu i tu. Karta trzy, cztery, potem siedem. Dwie strony zszyte nitką, jakiej używano w Egipcie, nie w Anglii. Kto by to robił? I po co?

Beata wolno obróciła się do mnie.

— Halina. Gdzie jest ten twój znajomy?

Pojechałam do Norberta natychmiast. To znaczy — najpierw na podwórko. Potem do bramy. Potem na górę, na trzecie piętro, po drewnianych schodach, które trzeszczą jak stara altana. Zapukałam. Cicho. Potem głośniej.

Otworzył. Za nim, na parapecie, siedział Gibon i patrzył na mnie, jakby czekał, aż coś powiem.

— Od kiedy — zapytałam — pan to robi? Nie pierwszy raz. Prawda?

Norbert cofnął się do środka. Usiadł na skrzynce, bo mebli prawie nie miał. Na stole leżał brulion, który mu dałam. Otwarty mniej więcej w połowie. I druga rzecz: plik banknotów. Gruby. Równy. Taki, jakiego się nie dorabia archiwizując akta.

— Od trzech lat — powiedział. — Pierwsza rzecz, którą mi Gibon podyktował, to był list. Nie dramat. List miłosny. Jakbym go odpisywał z powietrza. Zna pani to uczucie, kiedy pismo samo idzie? Za dobrze. Zaniepokoiłem się. Poszedłem z tym listem do antykwariusza. Powiedział, że to nieznany fragment korespondencji Sienkiewicza. Zapłacił mi czterysta złotych. Za jedną kartkę. A ja mam pensję dwa tysiące osiemset netto.

Wstał. Podszedł do okna. Za oknem, w deszczu, Gorlice wyglądały jak miasto, o którym ktoś zapomniał.

— Potem były inne listy. Inne rękopisy. Sprzedałem może z jedenaście. Niewielkie kwoty, ale to mnie uratowało. Czasem mi się wydaje, że kot wie, kto i kiedy umrze. Jakby mnie karmił informacją. A ja nie wiem, czy ją wymyślam, czy naprawdę słyszę.

— Ale te dramaty — szepnęłam. — To przecież…

— Wiem, do kogo należą — przerwał. — I wiem, że to nie moje. Ale Gibon mnie prowadzi. Każdej nocy. Fragment po fragmencie. Czort wie, może Szekspir był kimś takim jak ja. Urzędnikiem, który oddał życie za dach nad głową. I własnością okazał się tekst.

Spojrzał na kota. Kot przymknął oczy. I wtedy zrozumiałam jedno. Norbert wcale nie chciał sławy. Nie chciał pieniędzy. Nie chciał, żeby świat poznał jego nazwisko. Chciał tylko, żeby kot nie przestał mówić.

Załatwiłam sprawę do końca w ciągu jednej nocy.

To nie była łatwa noc. Kilka telefonów do wydawnictwa. Dwa do Krakowa. Rozmowa z prawnikiem Beaty. O trzeciej nad ranem, kiedy Gibon — zwykle milczący — zaczął nagle krążyć po pokoju, wiedziałam, co zrobię.

Podpisałam w imieniu Norberta umowę z antykwariatem. Ale nie na sprzedaż dramatów. Na zwrot.

Norbert, słysząc to przy kuchennym stole, położył ręce płasko na blacie, jakby się bał, że sam zrobi coś głupiego.

— Kupili panu te rękopisy — mówię spokojnie. — To nie ich wina, że mieli fałszywkę. Ale od dziś żadnego Sienkiewicza. Żadnego Szekspira. Nikt nie sprzeda więcej kartki podrobionej przez urzędnika z Gorlic.

Norbert długo milczał. Potem zapytał:

— A jeśli Gibon przestanie dyktować?

— To przestanie — powiedziałam. — Ale pan zostanie. I już panu nikt nie zarzuci, że jest pan nikim.

A potem zrobiłam coś, czego nie planowałam. Sięgnęłam po brulion, który mu dałam, ten w twardej oprawie, z fastrygą robioną moją ręką. Wyrwałam z niego jedną czystą kartkę. Położyłam przed Norbertem.

— Niech pan napisze coś swojego — powiedziałam. — Od pierwszego do ostatniego słowa. Gibon może siedzieć obok. Ale pierwsze zdanie jest pana.

Norbert wziął pióro. Nie takie drogie, zwykłe, wysłużone. Pisał długo. Ręka mu skakała, więc drugą przytrzymywał krawędź stołu. Gibon siedział na parapecie, odwrócony do okna, jakby nie chciał patrzeć.

Kartka wypełniła się po jednej stronie. Norbert spojrzał na nią, złożył na pół i podał mi bez słowa.

— Przeczytam rano — powiedziałam, choć widziałam, że u góry drżącą linią napisał tytuł.

Nazywa się „Drukarnia pod Trzema Kotami”. Pierwsze zdanie brzmi: „Mam na imię Halina i pracuję w miejscu, które pachnie klejem, ale pachnie też prawdą”.

Nie powiem, żebym się rozpłakała. Ale przyłożyłam kartkę do piersi. Papier miał jeszcze ciepło od jego ręki.

A kot Gibon, ten mały rudzielec z naderwanym uchem, zeskoczył z parapetu i otoczył mi nogi ogonem, jakby domykał coś, czego żaden dramat nie potrafił nazwać.

Nazajutrz w drukarni padał deszcz. Miałam zszyć dla Norberta dziesięć kopii jego sztuki. Numerowałam strony. Karta jeden, dwa, trzy, cztery. Bez błędu w paginacji.

Bo to już była jego własna historia.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: