Czterdzieści jeden lat po ślubie, żona zaczęła gasić światło o dwudziestej pierwszej trzydzieści

Mam siedemdziesiąt dwa lata, nazywam się Zenon, mieszkam w Bydgoszczy od czasu, gdy zburzyli stary dworzec PKS przy Dworcowej. Moja żona, Jadwiga, ma siedemdziesiąt lat. Pobraliśmy się w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym, więc w tym roku minęło czterdzieści jeden lat. Kawalerkę na Wyżynach zamieniliśmy potem na trzy pokoje na Fordonie, dzieci wyfrunęły, zostały dwa fotele przed telewizorem i pies sąsiadów, który wyje na klatce, kiedy wynoszą śmieci po dwudziestej drugiej.

Zawsze byliśmy inni, jeśli chodzi o godziny. Ja jestem sową, Jadzia od zawsze wstawała z kurami. Ale przez te wszystkie lata jakoś się to zgrywało — ona czekała, ja się śpieszyłem, kładliśmy się razem, gadaliśmy o niczym, zasypialiśmy w tej samej minucie.

Coś się zaczęło zmieniać jakieś półtora roku temu. Najpierw kładła się o dwudziestej trzeciej. Potem o dwudziestej drugiej trzydzieści. Kilka razy zauważyłem, że gasi lampkę już o dwudziestej pierwszej trzydzieści, kiedy ja dopiero siadałem do wiadomości. Myślałem — no starzeje się człowiek, organizm swoje wie. Nie drążyłem.

Aż pewnego wieczoru poszedłem do sypialni po ładowarkę do telefonu i zastałem ją z otwartymi oczami, z książką opartą o kolana, lampka nocna świeci.

— Myślałem, że śpisz.

— Nie śpię.

Powiedziała to tak, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Odłożyłem ładowarkę, wyszedłem, ale coś we mnie zostało. Bo jeśli nie spała, to po co gasiła światło w salonie i znikała, zanim jeszcze skończył się program?

To się powtórzyło z tydzień później, potem znowu. W końcu, w niedzielę, kiedy akurat na dworze lał deszcz i nikt nie miał ochoty wychodzić, zapytałem ją wprost, dlaczego ucieka do sypialni, zanim jeszcze skończy się kolacja.

Jadwiga odłożyła widelec, otarła usta serwetką i powiedziała twardym głosem:

— Bo mam dosyć siedzenia co wieczór i patrzenia na to, co ty sobie wybierzesz w telewizorze.

Zdębiałem. Mamy przecież dwa telewizory — jeden w salonie, drugi w sypialni, kupiony jeszcze na wyprzedaży w Media Expert cztery lata temu.

— To idź sobie oglądać co innego, po co uciekać do łóżka?

— Bo potem jemy kolację i każde znika w swoim kącie. Ty do salonu, ja do kuchni z laptopem, albo od razu spać.

Rozmowa zrobiła się niewygodna, ale już jej nie zatrzymałem. Jadwiga tłumaczyła, że odkąd przeszedłem na emeryturę cztery lata temu, nasze życie skurczyło się do kilku stałych punktów: mecz Zawiszy albo reprezentacji, program publicystyczny o dwudziestej, czasem jakiś dokument o wojnie. Ona siadała obok, chociaż większość z tego jej nie interesowała. Powoli przestała się w ogóle odzywać. Po prostu brała książkę i szła do sypialni.

— Zenek, my od miesięcy nie rozmawiamy dłużej niż piętnaście minut z rzędu.

Zabrzmiało to przesadnie. Ale próbowałem sobie przypomnieć ostatnią naszą dłuższą rozmowę — taką, gdzie nie chodziło o to, czy zapłaciła rachunek za gaz albo kiedy syn dzwonił z Wrocławia. Nie potrafiłem. Mieszkaliśmy razem, jedliśmy razem, na zakupy do Biedronki chodziliśmy razem co czwartek. Ale przez większość czasu po prostu byliśmy w tym samym pomieszczeniu, nic więcej.

— Masz mnie dość? — zapytałem, bo coś ścisnęło mnie w gardle.

— Mam dość tego, jak żyjemy.

To nie było to samo pytanie i nie ta sama odpowiedź. Przez kilka dni chodziłem obrażony, nawet wściekły. To, co dla mnie było spokojem małżeńskim — wieczorny fotel, telewizor, cisza, w której nic nie trzeba tłumaczyć — dla niej okazało się nudą, z której uciekała pod kołdrę już przed dwudziestą drugą. Jadwiga też przyznała, że nie powinna była się wycofywać bez słowa przez tyle miesięcy, tylko gasić lampkę i milczeć.

Zaczęliśmy od małych rzeczy. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki, telewizor zostaje wyłączony zaraz po kolacji. Czasem gadamy, czasem gramy w tysiąca, raz nawet wyszliśmy na spacer bulwarem nad Brdą, mimo że było już ciemno i chłodno. Zostawiliśmy też rzeczy osobne — ja dalej oglądam mecze, ona zapisała się do klubu czytelniczego przy bibliotece na Fordonie, spotykają się w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Ciekawe, że zaczęliśmy sobie trochę brakować. To dziwne uczucie w naszym wieku, ale prawdziwe.

Wczoraj Jadwiga znowu poszła spać wcześnie, o dwudziestej pierwszej. Zapytałem, czy coś jest nie tak.

— Nie, dzisiaj naprawdę jestem śpiąca — odpowiedziała i zaśmiała się, zamykając drzwi.

Zostałem sam w salonie, wyłączyłem telewizor pilotem, chociaż program jeszcze się nie skończył. Za oknem sąsiad zszedł z workiem śmieci, trzasnęły drzwi klatki, a pies na dole zawył krótko i ucichł. Posiedziałem jeszcze chwilę w ciemnym pokoju, zanim poszedłem do sypialni, gdzie Jadwiga już spała, z książką odłożoną na nocnym stoliku, otwartą na tej samej stronie co wczoraj.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: