Nazywam się Bożena Kowalik, mam sklep spożywczy przy wjeździe na obwodnicę i od trzech lat patrzę codziennie na ten sam widok: betonową pętlę drogi, a w jej środku — dom. Sąsiedzi mówią na niego "wyspa Wacława". Ja mówię: najuparciejszy człowiek, jakiego znam.
Wacław Dudek mieszkał w tym domu z żoną Haliną od czterdziestu jeden lat. Drewniany parterowy budynek z czerwonym dachem, ganek od podwórza, jabłonka pod oknem kuchni — taki, jakich w Skierniewicach jeszcze sporo. Kiedy w 2021 roku ogłosili budowę nowej obwodnicy łączącej trasę na Łowicz z drogą do Rawy Mazowieckiej, geodeci przyszli właśnie do niego. Pamiętam, bo stali u mnie w sklepie i pili kawę z automatu, czekając na spotkanie.
Gmina zaproponowała mu wykup działki. Dziewięćset dwadzieścia tysięcy złotych plus mieszkanie zastępcze w nowym bloku przy ulicy Mszczonowskiej. Wacław powiedział nie. Stał wtedy oparty o płot, w tych swoich wełnianych szelkach, i mówił do urzędnika spokojnym, ale twardym głosem — pamiętam to, bo słyszałam przez otwarte okno sklepu: "Halina tu rodziła dzieci. Ja tu pochowałem ojca w ogrodzie pod gruszą, bo tak sobie życzył. Nie ma kwoty."
Urzędnicy próbowali jeszcze dwa razy. Za trzecim razem podnieśli ofertę do miliona stu tysięcy. Odmówił. Wtedy budowa już ruszyła po obu stronach, terminy się paliły, inwestor nie mógł czekać w nieskończoność — no i projektanci po prostu poprowadzili dwie jezdnie wokół działki Dudków, jak dwa ramiona, które się rozdzielają i spotykają z powrotem trzysta metrów dalej. Dom Wacława i Haliny został na środku, jak wyspa na rondzie, tylko że bez trawnika i flagi, tylko z płotem z siatki i psią budą.
Pierwsze miesiące ludzie przyjeżdżali robić zdjęcia. Ja im sprzedawałam wodę i batoniki, więc nie narzekam. Ale to, co przyjezdnym wydawało się ciekawostką, dla Haliny i Wacława było codziennym mieszkaniem w huku. Tiry jadące na Łowicz mijały ich sypialnię w odległości jakichś ośmiu metrów. Firanki w oknie od strony jezdni pożółkły od spalin, zanim minął rok. Halina zaczęła spać z zatyczkami do uszu, a i tak budziła się o czwartej nad ranem, kiedy pierwsze ciężarówki ruszały spod hurtowni warzyw.
Widziałam Wacława może z rok temu, przyszedł po chleb i papierosy. Stał przy kasie dłużej niż zwykle, jakby nie chciał wracać. Powiedział wtedy coś, czego nie zapomnę: że dom, w którym się urodziły jego dzieci, teraz brzmi jak warsztat samochodowy dwadzieścia cztery godziny na dobę, i że gdyby wiedział, jak to będzie wyglądało, wziąłby tamten milion sto tysięcy bez wahania. Nie było w tym żalu za starym życiem — był żal za błędną kalkulacją. Powiedział to beznamiętnie, jakby liczył słupki w zeszycie, nie serce.
Rok później Halina trafiła do szpitala na Sokołowskiej z nadciśnieniem, którego wcześniej nigdy nie miała. Lekarz zapytał wprost, czy w domu jest źródło ciągłego stresu. Wacław, kiedy mi to opowiadał, stał oparty o ladę i kręcił w palcach zapalniczkę, nie patrząc na mnie, tylko w bok, na regał z konserwami.
Decyzję podjęli oboje, dokładnie osiemnastego kwietnia tego roku, w kuchni przy tym samym stole, przy którym Wacław odmawiał urzędnikom cztery lata wcześniej. Halina wyjęła z szuflady teczkę z papierami od gminy — tę samą, którą kiedyś odłożyła bez podpisu — i powiedziała mężowi, że dłużej tak nie da rady, że wybiera zdrowie, a nie zasadę. Zadzwonili do wydziału inwestycji miejskich. Okazało się, że oferta sprzed lat już nie obowiązuje — trzeba było negocjować od nowa, tym razem z gorszej pozycji, bo dom stał już w pasie drogowym, otoczony asfaltem, a jego wartość rynkowa spadła niemal do zera. Ostatecznie gmina zapłaciła sześćset tysięcy złotych za działkę i budynek plus lokal komunalny na Rawce, o powierzchni mniejszej niż mieli teraz.
Przeprowadzka była w lipcu. Widziałam z okna sklepu, jak firma transportowa wynosiła meble, a Halina stała na ganku z pudełkiem, w którym miała zdjęcia i jakieś dokumenty, i patrzyła na jabłonkę, której nie dało się zabrać. Wacław podpisał akt notarialny na miejscu, w aucie geodety, bo nie chciał już czekać na kolejny termin w urzędzie. Kluczyki od starego domu oddał kierownikowi budowy tego samego dnia po południu — ten sam człowiek, który cztery lata wcześniej stał u mnie w sklepie z kawą z automatu.
Teraz na miejscu domu jest zatoczka techniczna i słup oświetleniowy. Jeżdżę tamtędy codziennie do hurtowni po towar. Czasem, kiedy staję na światłach dokładnie w tym miejscu, gdzie kiedyś była jego brama, myślę o tamtej jabłonce i o tym, że nikt jej nie przesadził — po prostu ścięli, razem z gruszą, pod którą leżał ojciec Wacława, zanim ekshumację załatwili w tym samym miesiącu co przeprowadzkę.
