Rachunek za cukiernię, którego siostra nie chciała otworzyć

Basia otworzyła kopertę dopiero przy trzeciej kawie, w kuchni nad Wartą, w Poznaniu, gdzie mieszkała od dwunastu lat. Za oknem stał wrzesień, chłodny i mokry, sąsiad z dołu suszył pranie na balkonie mimo deszczu — uparty człowiek. W telewizorze leciały wiadomości z paskiem o cenach gazu, ale ona go wyłączyła, bo nie miała siły na kolejny dzień złych wiadomości.

W kopercie był wyciąg z konta cukierni. Cukierni, którą prowadziły razem z młodszą siostrą, Martą, od ośmiu lat. Mała, przytulna, przy ulicy Święty Marcin, tam gdzie w grudniu wszyscy kupują rogale. Basia włożyła w nią spadek po matce — sto dwadzieścia tysięcy złotych — i swoje ręce, i swoje noce. Marta włożyła entuzjazm, uśmiech do klientów i, jak się okazało, coraz mniej pracy.

Na wyciągu było przelanych czterdzieści tysięcy złotych na konto firmy męża Marty, Tomasza. "Pożyczka wewnętrzna", napisane było w tytule przelewu. Basia nie podpisywała żadnej pożyczki.

Zadzwoniła do siostry od razu, palce jej się trochę trzęsły, kiedy wybierała numer.

— Marta, co to za przelew.

— Jaki przelew.

— Czterdzieści tysięcy do Tomka. Z konta cukierni.

Cisza w słuchawce trwała długo — może pięć sekund, może dziesięć.

— To było potrzebne. Tomek miał problem z dostawcą, musiał…

— Miał problem. A ja mam problem z tym, że to jest firma na pół, nie twój prywatny bankomat.

— Nie przesadzaj. Oddamy.

— Kiedy?

— No… jak się ułoży.

Nie ułożyło się. W październiku poszły kolejne dwa tysiące, w listopadzie tysiąc więcej — zawsze z tym samym tytułem, zawsze bez jej zgody. Razem czterdzieści trzy tysiące złotych wyprowadzone z konta, na którym powinny leżeć pieniądze na mąkę i masło. Basia piekła rogale sama, bo Marta "miała sprawy", odbierała telefony od dostawcy, który groził, że przestanie wozić towar, bo faktury nie są płacone na czas. A pieniądze, które powinny iść na te faktury, jeździły do firmy szwagra.

Na Wigilię pojechały obie do ojca, do Gniezna. Przy stole, między śledziem a barszczem z uszkami, ojciec zapytał, jak idzie w cukierni. Marta odpowiedziała pierwsza, wesoło, że świetnie, że mają nowego dostawcę czekolady, że planują otworzyć drugi lokal. Basia patrzyła w talerz i milczała.

Tomasz siedział obok, nalewał sobie wina, i dopiero kiedy ojciec zapytał wprost, czy to prawda, że firmie pomaga rodzina, odstawił kieliszek za mocno, aż zabrzęczał o talerz.

— To nie pomoc, to pożyczka. Oddamy z odsetkami, jak tylko stanę na nogi z dostawcą kakao. — Nie patrzył przy tym na Basię, tylko na obrus, na plamę od barszczu przy swoim talerzu.

— Z jakimi odsetkami, Tomek, skoro nawet umowy nie ma — powiedziała Basia.

— To sprawa moja i Marty. Ty się w to nie mieszaj.

Ojciec zmienił temat, zapytał o pierogi. Tomasz dolał sobie wina i do końca kolacji nie odezwał się już ani słowem.

Po kolacji, w kuchni, kiedy zmywały razem naczynia, Basia powiedziała cicho:

— Muszę ci coś powiedzieć. To się musi skończyć.

— Co się musi skończyć?

— Przelewy do Tomka. Albo je oddajecie w ciągu miesiąca, albo ja występuję ze spółki.

Marta odłożyła talerz na suszarkę, gwałtownie, aż brzęknął.

— Występujesz? Serio? Dla czterdziestu tysięcy chcesz rozwalić to, co budowałyśmy osiem lat?

— To nie ja to rozwalam.

Styczeń minął, luty też. Żadnego zwrotu. Za to przyszła kolejna faktura od dostawcy z żółtym ostrzeżeniem o odcięciu dostaw. Basia zadzwoniła do prawnika, z którym pracowała przy zakładaniu spółki — pan Wojciechowski, kancelaria na Głogowskiej. Umówiła się na dwudziestego lutego, w środę, o piętnastej.

Siedziała w jego gabinecie z segregatorem pełnym wyciągów bankowych, umowy spółki i tej pierwszej — jedynej podpisanej przez obie — decyzji o wspólnym rachunku. Wojciechowski przejrzał dokumenty, poprawił okulary.

— Ma pani prawo żądać zwrotu tych środków jako bezpodstawnie pobranych z majątku spółki. Łącznie to czterdzieści trzy tysiące — trzy przelewy, wszystkie bez pani zgody. I ma pani prawo wystąpić o rozwiązanie spółki, jeśli nie dojdziecie do porozumienia w sprawie podziału.

— Chcę wystąpić. Chcę wykupić jej udziały albo sprzedać swoje, ale nie chcę już z nią prowadzić wspólnego konta.

Dwudziestego siódmego lutego Basia przyszła do cukierni przed otwarciem, o szóstej rano, kiedy piekarnia jeszcze pachniała drożdżami z poprzedniego dnia. Zmieniła zamek w drzwiach — nowy, wstawiony przez ślusarza z ulicy Za Bramką dzień wcześniej. Na ladzie zostawiła kopertę: kopię pisma od prawnika o rozwiązaniu spółki, wyciąg z konta z zaznaczonymi na żółto trzema przelewami — czterdzieści tysięcy, dwa tysiące, tysiąc — i kartkę z numerem telefonu do notariusza, u którego miały się spotkać w sprawie wykupu udziałów.

Marta przyszła o ósmej, jak zwykle, z kubkiem kawy na wynos z Żabki. Nacisnęła klamkę — nie otworzyło się. Zapukała, potem zadzwoniła, potem zaczęła walić pięścią w szybę. Basia otworzyła jej drzwi, ale nie wpuściła do środka od razu — stanęła w progu.

— Co to ma znaczyć?

— To znaczy, że od dziś ja prowadzę lokal, a ty masz czas do piętnastego marca, żeby zdecydować: albo oddajesz czterdzieści trzy tysiące na konto firmy, albo sprzedajesz mi swoje udziały za cenę, którą wyceni rzeczoznawca.

— Nie możesz tak po prostu…

— Mogę. Przeczytaj pismo. Pan Wojciechowski wszystko wyjaśnił.

Marta stała na chodniku z kubkiem kawy, który już wystygł. Odklejała plastikową pokrywkę, potem przyklejała ją z powrotem, jakby to była jedyna rzecz, nad którą wciąż miała kontrolę. Nie weszła. Odwróciła się i poszła w stronę przystanku tramwajowego, telefon przyłożyła do ucha — pewnie dzwoniła do Tomasza.

Piętnastego marca do kancelarii notarialnej przyszła tylko Basia z pełnomocnikiem Marty — sama Marta przysłała usprawiedliwienie, że ma migrenę, choć wszyscy wiedzieli, że to nieprawda. Sprzedała swoje udziały za sześćdziesiąt osiem tysięcy złotych, pieniądze poszły bezpośrednio na spłatę długu wobec dostawcy mąki.

Cukiernia nadal stoi przy Świętym Marcinie. Basia zatrudniła nową pomoc do lady, dziewczynę ze studiów gastronomicznych, i codziennie rano sama otwiera drzwi swoim kluczem. W szufladzie pod kasą, obok drobnych na wydawanie reszty, wciąż leży drugi klucz — ten stary, sprzed zmiany zamka, który kiedyś należał do Marty. Basia go nie wyrzuciła.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: