Pies, który nauczył mnie czytać po polsku

Nazywam się Bartek Wolarski, mam czterdzieści dwa lata i od dwunastu prowadzę schronisko dla zwierząt pod Krosnem. To nie jest historia o gwieździe Hollywood. To historia o Amerykaninie, którego nikt tu nie znał, a który przyjechał robić coś, czego nikt się po nim nie spodziewał.

Nazywał się Dan Wexler, miał chyba pięćdziesiąt kilka lat, siwą brodę i akcent, przez który przez pierwsze dwa tygodnie rozumiałem może jedno słowo na trzy. Pracował kiedyś jako producent filmowy w Los Angeles — sam mi to powiedział dopiero po miesiącu, jakby się tego wstydził. Przyjechał do nas przez fundację, która organizowała pobyty terapeutyczne dla dzieci uchodźców z Ukrainy. U mnie w schronisku, bo mamy konie, kilka kucyków i sfory psów, które nadają się do zajęć z dziećmi po traumie.

Pamiętam, jak wysiadł z taksówki na parkingu przy stacji Orlen w Miejscu Piastowym — w dresie, z jednym plecakiem, bez żadnej świty. Zapytał mnie po polsku, łamanym, ale zrozumiałym: „Gdzie są konie?". Powiedziałem mu, że jest wcześnie, że dzieci przyjadą dopiero po południu. Odpowiedział, że chce najpierw poznać zwierzęta, bo dzieci wyczują, jeśli będzie się bał.

Uczył się polskiego przez rok. Sam mi to powiedział, kiedy siedzieliśmy wieczorem w biurze i piliśmy herbatę z termosu, bo czajnik akurat się zepsuł. Nagrywał sobie fiszki, ćwiczył z nauczycielką przez Skype'a dwa razy w tygodniu, czytał bajki dla dzieci na głos, żeby oswoić się z wymową. Nie chciał tłumacza. Mówił, że dziecko, które straciło dom, nie powinno musieć czekać, aż ktoś przetłumaczy mu, że jest bezpieczne.

Miałem wtedy pod opieką trzynaścioro dzieci z ośrodka w Rymanowie — większość z obwodu charkowskiego, kilkoro spod Bachmutu. Jedna dziewczynka, Kateryna, miała osiem lat i od trzech miesięcy nie odezwała się do nikogo poza matką. Psycholożka, pani Ewa, która przyjeżdżała z Rzeszowa co wtorek i czwartek, mówiła, że to selektywny mutyzm pourazowy, że trzeba czasu.

Dan nie wiedział nic o terapii. Wiedział za to, jak pracować z końmi. Trzeciego dnia posadził Katerynę na starą klacz, Basię, i po prostu prowadził ją stępa po wybiegu, nic nie mówiąc — bo, jak sam przyznał, brakowało mu jeszcze słów. Basia miała siedemnaście lat, ślepa na jedno oko, łagodna jak flaki z olejem. Po dwudziestu minutach Kateryna pochyliła się i coś szepnęła koniowi do ucha. Pierwsze słowo od trzech miesięcy — a usłyszała je klacz, nie człowiek.

Zostawiam sobie tę scenę na złe dni.

Dan przyjeżdżał do nas przez sześć tygodni, za każdym razem na kilka dni, bo między pobytami leciał jeszcze do dwóch innych ośrodków — jeden pod Przemyślem, drugi gdzieś koło Jarosławia. Płacił za paliwo z własnej kieszeni, nocował w pokoju gościnnym nad stajnią, choć proponowałem mu hotel w mieście. Powiedział, że chce słyszeć konie nocą, że to go uspokaja.

Nie afiszował się tym, kim był. Dopiero jedna z wolontariuszek, studentka z Rzeszowa, rozpoznała go z jakiegoś zdjęcia sprzed lat i przy kolacji spytała wprost, czy to prawda, że grał w filmach. Zaczerwienił się, odłożył widelec i powiedział krótko, że to było w innym życiu, a teraz jest tylko facetem, który uczy się polskiego i boi się koni, choć akurat tego wieczoru nie było już tego widać.

Miał swoje powody, żeby tu przyjechać, ale nigdy mi ich do końca nie wyjaśnił. Wiem tylko, że jego dziadkowie pochodzili gdzieś z okolic dzisiejszej granicy, z terenów, które kiedyś należały do Galicji, i że przeżyli wojnę dzięki ludziom, którzy zaryzykowali dla nich życie. Powiedział to jednym zdaniem, przy ognisku, i już do tego nie wrócił. Nie musiał nic więcej tłumaczyć.

Ostatniego dnia, zanim wyjechał, przyszedł do mnie z kopertą. W środku było dziesięć tysięcy złotych — na karmę dla koni na zimę i na remont dachu w stajni, który od dwóch lat odkładałem, bo nie było z czego. Nie chciał podziękowań, nie chciał zdjęcia do prasy. Powiedział tylko, żebym kupił Basi coś dobrego, bo ona zrobiła tu więcej niż on.

Kateryna po tamtym lecie zaczęła mówić — najpierw do zwierząt, potem do wolontariuszy, w końcu do matki o tym, co pamiętała z piwnicy, w której siedziały przez jedenaście dni. Basia zdechła dwa lata później, miała dziewiętnaście lat, pochowaliśmy ją za stajnią, pod starą jabłonią. Dan przysłał wtedy mejl — krótki, po polsku, z dwoma błędami ortograficznymi, które specjalnie zostawiłem, kiedy go wydrukowałem i przypiąłem do tablicy w biurze.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś przyjedzie. Ale koperta z resztą pieniędzy, które zostały po remoncie dachu, leży w sejfie w moim biurze — odłożona na następną zimę, następne dziecko, następnego konia, który jeszcze nie wie, że będzie musiał kogoś nauczyć mówić.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: