Bożena Kacperska obudziła się w dniu swoich sześćdziesiątych urodzin z tym szczególnym uczuciem, jakie miewa się raz na dekadę – że dzień należy się jej z automatu, bez pytania kogokolwiek o zdanie. Za oknem w Wołowie mżyło, na sąsiednim balkonie ktoś wytrząsał pościel, a z telewizora w salonie leciała powtórka jakiegoś porannego programu, którego nikt nie oglądał, tylko puszczał dla tła. Bożena wstała, poprawiła włosy przed lustrem w łazience i uznała, że jak na sześćdziesiątkę wygląda całkiem nieźle.
Listę gości miała gotową od tygodni. Osiemnaście osób, obrus na krochmalu, zastawa po matce wyjęta z kredensu raz do roku. Wszystko zaplanowane co do minuty.
– Mamo, wszystkiego najlepszego! – Marek wszedł do kuchni pierwszy, w ręku niewielkie pudełko owinięte w szary papier. – To od nas, od Agaty i ode mnie.
Agata stała przy zlewie z kubkiem herbaty, w piżamie jeszcze, i tylko skinęła w stronę teściowej. Rano nigdy nie miała ochoty na rozmowy, a już najmniej na rozmowy z Bożeną w dzień, który zapowiadał się jako maraton.
– Marysiu, dziękuję – Bożena przyjęła pudełko z entuzjazmem, jakby to była niespodzianka, chociaż sama zamówiła sobie ten flakon perfum przez syna dwa tygodnie temu. – Jedliście już coś?
– Tak, mamo, w porządku – odpowiedział Marek, zerkając na żonę.
Agata odstawiła kubek do zlewu i poczuła, jak żołądek jej się ściska. Mieszkali z teściową w tym samym mieszkaniu przy ulicy Piaskowej od trzech lat – od kiedy Marek stracił pracę w tartaku i przenieśli się „na chwilę", żeby się pozbierać. Ta chwila trwała już trzeci rok. I przez te trzy lata Agata nauczyła się rozpoznawać ton głosu teściowej, zanim jeszcze ta zdążyła cokolwiek powiedzieć.
W dni świąteczne było gorzej. Bożena zdawała się wierzyć, że okazja daje jej prawo rozdawać polecenia z podwójną mocą.
– Agatko, kochana – zaczęła tym charakterystycznym tonem, w którym prośba brzmiała jak rozkaz z bantem na końcu.
Agata odwróciła się od zlewu, starając się nie zmienić wyrazu twarzy.
– Masz tu menu, przygotuj wszystko na piątą, nie będę przecież stać przy garach we własne urodziny – Bożena podała złożoną na pół kartkę, zapisaną jej równym, nauczycielskim pismem. Trzydzieści lat w podstawówce zostawiło ślad nawet w charakterze pisma.
Agata rozłożyła kartkę. Bigos, schab pieczony w całości, sałatka jarzynowa, pierogi z mięsem i ruskie – dwa rodzaje, bo „gościom trzeba dać wybór" – barszcz czerwony na zakwasie własnej roboty, sernik i makowiec. Osiemnaście osób. Sama.
– Mamo, może część zamówimy? – wtrącił się Marek, widząc minę żony. – W Wołowie jest ta nowa firma cateringowa, robią świetny bigos, sam próbowałem na imieninach u Kowalskich.
Bożena spojrzała na syna tak, jakby zaproponował podanie gościom mrożonej pizzy z Biedronki.
– Na mój jubileusz gości karmić kupnym jedzeniem? – powtórzyła, jakby smakowała każde słowo osobno. – Za kogo mnie masz, Marku. Trzydzieści lat gotowałam dla tej rodziny na każde święto, a teraz mam podawać gościom coś z pudełka?
– Chodziło mi tylko o to, żeby Agata się nie zamęczyła…
– Agata da radę, prawda, Agatko? – Bożena uśmiechnęła się do synowej, ale w oczach nie było w tym uśmiechu nic z ciepła. – Ty jesteś młoda, silna. To dla mnie, przecież nie codziennie masz sześćdziesiątkę.
Agata złożyła kartkę i schowała do kieszeni fartucha.
– Zrobię – powiedziała krótko.
Wyszła na balkon, żeby zapalić papierosa, którego nie paliła od dwóch lat, ale tego dnia poczuła, że musi przynajmniej postać sama przez chwilę. Sąsiadka z naprzeciwka trzepała dywanik, pies na dole szczekał na listonosza, a Agata patrzyła na to wszystko i liczyła w głowie, ile godzin ma do piątej. Osiem. Osiem godzin na ugotowanie obiadu dla osiemnastu osób w pojedynkę, w kuchni, w której nawet dwoje ludzi ledwo się mieściło.
Zaczęła o dziewiątej. Obierała ziemniaki, siekała kapustę na bigos, lepiła pierogi jeden po drugim, aż bolały ją nadgarstki. Marek zniknął gdzieś po jedenastej – „muszę odebrać ciotkę Halinę z dworca" – i wrócił dopiero po drugiej, pachnący piwem, tłumacząc, że wpadli z ciotką na kawę, bo miała czas przed przyjęciem.
Bożena krążyła po mieszkaniu w nowej sukience, próbowała różnych fryzur, dzwoniła do koleżanek, żeby przypomnieć o godzinie. Do kuchni zaglądała tylko po to, żeby powiedzieć, że barszcz jest za blady albo że pierogi powinny być mniejsze, bardziej eleganckie.
O wpół do piątej Agata stała przy piecu spocona, z poparzonym palcem po wyjmowaniu blachy z sernikiem, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Pierwsi goście.
Przez następne trzy godziny nosiła talerze, dolewała, sprzątała, uśmiechała się do ciotek i wujków, którzy chwalili jedzenie i pytali Bożenę, gdzie zamówiła taki wystawny stół.
– Sama wszystko przygotowałam – odpowiadała Bożena z dumą, unosząc kieliszek. – Jak zawsze. Nikomu nie ufam takich rzeczy.
Agata, stojąca akurat za jej plecami z pustym talerzem po sałatce jarzynowej, poczuła, jak coś w niej pęka – nie hałaśliwie, nie z krzykiem, tylko cicho, jak pęka nitka, która była naciągnięta zbyt długo. Postawiła talerz na stole i wyszła do kuchni. Marek poszedł za nią po chwili, z butelką wina w ręku, żeby dolać gościom.
– Wszystko gra? – spytał, nie patrząc na nią właściwie, zajęty szukaniem korkociągu.
– Marek, ja się stąd wyprowadzam – powiedziała Agata, opierając się o blat. – Nie z tobą. Ze mną wszystko w porządku. Ale z tego mieszkania wyprowadzam się ja i moje rzeczy, w ciągu tygodnia.
Marek odstawił butelkę.
– Co ty gadasz, dzisiaj urodziny mamy, nie możemy teraz…
– Właśnie teraz – przerwała mu. – Bo właśnie teraz zrozumiałam, że to się nigdy samo nie skończy. Trzy lata, Marek. Trzy lata gotowania, sprzątania, słuchania, że jestem młoda i silna, więc mam robić za darmo to, co inni płacą fachowcom. Mam odłożone dwadzieścia dwa tysiące złotych z pracy w biurze rachunkowym. Wynajmę kawalerkę na Kopernika, tę, którą oglądałam w marcu. Właściciel wciąż ją ma, dzwoniłam wczoraj rano, zanim zaczęłam gotować ten bigos.
– A ja?
– Ty decydujesz sam. Ale ja już zdecydowałam za siebie.
W tym momencie do kuchni weszła Bożena, z pustym kieliszkiem, szukając wina.
– Co tu się dzieje, dlaczego stoicie w kuchni, kiedy goście czekają na tort?
Agata spojrzała na nią – nie ze złością, raczej z takim spokojem, jaki przychodzi, kiedy człowiek już podjął decyzję i nie ma po co się kłócić.
– Tort podacie sami, pani Bożeno. Ja kończę na dzisiaj.
Zdjęła fartuch, powiesiła go na haczyku przy kuchence – tym samym, na którym wisiał od trzech lat – i wyszła z mieszkania w tym, w czym stała, zabierając tylko torebkę i telefon. Usiadła w samochodzie, zadzwoniła do właściciela kawalerki i umówiła się na obejrzenie mieszkania następnego dnia rano, mimo że widziała je już wcześniej – chciała po prostu usłyszeć własny głos, mówiący coś, co zależało tylko od niej.
Przez następny tydzień wyprowadziła się bez awantur, bez trzaskania drzwiami. Zabrała swoje ubrania, dokumenty, laptopa i zestaw noży kuchennych, który dostała od babci na ślub – jedyną rzecz z tamtej kuchni, która była naprawdę jej. Podpisała umowę najmu na Kopernika, wpłaciła kaucję w wysokości dwóch tysięcy siedmiuset złotych i zamknęła za sobą drzwi nowego mieszkania, w którym nikt nie zostawiał jej kartek z menu na kuchennym stole.
Marek dzwonił codziennie przez pierwszy miesiąc. Mówił, że matka pyta, kiedy Agata wróci ugotować niedzielny obiad, bo „przecież ktoś musi", że w domu jest teraz cicho i nieprzyjemnie, że on sam nie umie usmażyć nawet jajecznicy bez przypalenia patelni. Agata słuchała tego wszystkiego spokojnie, siedząc na swoim nowym balkonie, z widokiem na park, w którym sąsiedzi wyprowadzali psy, i odpowiadała za każdym razem to samo:
– Ja już nie gotuję na zawołanie, Marek. Jak chcesz, przyjeżdżaj do mnie na obiad, ugotuję dla dwojga. Ale do tamtej kuchni nie wrócę.
Marek nie przyjechał ani razu.
