Nazywam się Bartosz Kubik, mam czterdzieści jeden lat i od dziewięciu prowadzę gabinet weterynaryjny przy ulicy Kwiatowej w Radomiu, dwie przecznice od bazaru. Piszę o tym, co widziałem pewnego wtorku w marcu, bo od tamtej pory inaczej patrzę na ludzi, którzy przychodzą do mnie z bólem w oczach, a mówią, że "wszystko w porządku".
Tego dnia padał deszcz ze śniegiem, taki wilgotny chłód, który wchodzi pod kurtkę. W poczekalni pachniało mokrą wełną i środkiem dezynfekującym, na starym telewizorze w rogu leciały wiadomości bez dźwięku. Miałem zapisanych czterech pacjentów, a przyszła piąta – kobieta, której nie było w kalendarzu.
Weszła około szesnastej, w foliowej torbie niosła kartonowe pudełko, z którego dobiegało ciche miauczenie. Miała może sześćdziesiąt pięć lat, płaszcz przemoczony na ramionach, buty nie na tę pogodę – letnie mokasyny w marcowym błocie. Powiedziała, że nazywa się Wanda Sikora i że znalazła kota pod śmietnikiem przy bloku na Zbrowskiego.
– Nic mu nie jest, tylko trochę chudy – powtórzyła dwa razy, jakby sama chciała w to uwierzyć.
Kot ważył może półtora kilograma, choć z budowy powinien mieć ze trzy. Sierść zbita w kołtuny, jedno oko zaklejone. Zbadałem go: odwodnienie, pchły, prawdopodobnie wcześniej trzymany w zamknięciu bez wody. Powiedziałem to wprost, bez owijania. Pani Wanda usiadła na krześle dla pacjentów, mimo że nikt jej nie proponował, i zaczęła szukać czegoś w portfelu, długo, choć w środku było widać, że jest pusty.
– Ile będzie kosztować kroplówka i badania? – zapytała, nie podnosząc oczu znad portmonetki.
Powiedziałem cenę. Sto osiemdziesiąt złotych za pierwszy dzień, bez kolejnych wizyt. Jej ręce – popękane, z plastrem na kciuku – odłożyły portfel z powrotem do torby, powoli, bez pośpiechu, jakby chciała, żebym nie zauważył, że tam nic nie ma.
– Może w takim razie zostawię go tu, a wrócę jutro – powiedziała. – Muszę… muszę pójść do bankomatu.
Znam ten rodzaj zdania. Słyszę je od lat. To zdanie ludzi, którzy nie mają dokąd iść po pieniądze, bo ich po prostu nie ma. Zaproponowałem, że mogę rozłożyć płatność, że przyjmę część teraz, resztę później. Pokręciła głową, jakby to było gorsze niż brak pieniędzy w ogóle – być komuś winna.
Wtedy moja asystentka, Marysia, która stała przy kartotekach, zapytała:
– Pani Wando, a pani jadła dzisiaj?
Pani Wanda wygładzała palcami brzeg tektonowego pudełka, jakby to była najważniejsza czynność na świecie.
– Kotu bardziej potrzeba – powiedziała, nie odrywając wzroku od kartonu.
Okazało się później, siedząc już przy naszym biurku z kubkiem herbaty, który zrobiła jej Marysia, że pani Wanda mieszka sama od śmierci męża sześć lat temu, dostaje emeryturę tysiąc czterysta złotych, z czego siedemset idzie na czynsz w spółdzielni. Reszta – na leki na serce i na coś do jedzenia, jeśli starczy. Kota znalazła przypadkiem, wracając z apteki, i mimo że sama nie miała za co żyć, nie potrafiła przejść obok.
Zabrałem kota do pracowni na tyłach gabinetu. Postawiłem kroplówkę, cienką igłę wprowadziłem w łapkę tak wychudzoną, że żyła prawie się nie odnalazła. Przez pierwsze pół godziny kot leżał bez ruchu, tylko brzuch unosił się nierówno. Wyszedłem do poczekalni powiedzieć pani Wandzie, że musi zostać dłużej, że stan jest gorszy, niż wyglądał na pierwszy rzut oka – płyny podane za szybko mogłyby obciążyć serce, za wolno nie zdążą nawodnić organizmu na czas. Pani Wanda wstała z krzesła, sięgnęła po torbę.
– To ja może pójdę – powiedziała. – Nie chcę zawadzać. Wpadnę wieczorem.
Wiedziałem, że "wieczorem" znaczy "kiedy uzbieram odwagę, żeby zapytać, ile jestem winna". Powiedziałem, że lepiej, żeby zaczekała, bo w ciągu godziny będę wiedział, czy kot wytrzyma noc. Usiadła z powrotem, tym razem na samym skraju krzesła, torbę trzymając na kolanach jak coś, co w każdej chwili może jej zostać odebrane.
Po czterdziestu minutach kot zaczął drgać łapami, cicho zaskrzeczał. Podniosłem głowę od kroplówki i zobaczyłem, że pani Wanda już stoi w drzwiach pracowni, choć nikt jej nie wołał.
– Coś nie tak? – zapytała, a głos jej się łamał na drugim słowie.
Nie było nie tak. Tłumaczyłem to długo, bo słowa nie od razu do niej dochodziły – że drganie łapek to dobry znak, że organizm zaczyna reagować, że gorzej byłoby, gdyby leżał bez ruchu. Pani Wanda oparła się o framugę, jedną ręką przytrzymując drugą, jakby sama sobie musiała dać oparcie.
Nie wystawiłem rachunku. Powiedziałem, że to akcja dla zwierząt ze schroniska, że mamy taki program – to nieprawda, wymyśliłem to na miejscu, żeby nie musiała czuć się dłużniczką. Wiedziałem, że gdybym zaproponował to zbyt otwarcie, jako gest, odmówiłaby.
Pani Wanda przyszła po kota trzy dni później, w tych samych mokasynach, ale niebo się wypogodziło. Kot, którego nazwała Mruczek, siedział już wtedy w klatce, głośno się domagając wyjścia. Zapłaciła mi – dwadzieścia złotych, wszystko co miała przy sobie, monetami wysypanymi z małego woreczka na blat recepcji. Nie odmówiłem. Wiedziałem, że gdybym odmówił, poczułaby się jak żebraczka, a nie jak klientka.
Od tamtej pory pani Wanda przychodzi do mnie raz na dwa miesiące, czasem tylko po worek karmy, którą trzymam z tyłu specjalnie dla takich sytuacji – nie mówię głośno komu i dlaczego. Ostatnim razem, w sierpniu, przyniosła mi słoik dżemu z wiśni, własnoręcznie robionego, postawiła go na blacie recepcji między strzykawkami i receptami, i powiedziała, że Mruczek śpi teraz na jej poduszce, po jej stronie łóżka, tam gdzie kiedyś spał mąż.
Słoik stoi tam do dziś, prawie pusty, obok pojemnika z wacikami.
