Pies sąsiadki i błąd, który kosztował mnie połowę zbioru porzeczek

Nazywam się Barbara Wilczek, mam sześćdziesiąt dwa lata i od jedenastu lat prowadzę bloga „Moje życie wśród zwierząt" z małej działki pod Kielcami. Tego październikowego popołudnia stałam przy krzewach z sekatorem w dłoni i patrzyłam na to, co zostało z całej rabatki porzeczek — połamane gałęzie, wyryta ziemia i ślady wielkich łap wszędzie, gdzie dzień wcześniej rosły jeszcze nietknięte krzewy.

Zaczęło się od tego, że pies Danuty, moja sąsiadki zza płotu, urwał się z łańcucha i przez pół godziny latał po mojej działce, zanim zdążyłam go złapać. Przebiegł prosto przez rząd czerwonych porzeczek, złamał dwie gałęzie białej i zdeptał świeżo skopaną ziemię pod krzakami. Danuta przyleciała zdyszana, przepraszała, obiecywała nowy płot — a ja, żeby jak najszybciej pozamiatać po tym najeździe, złapałam sekator i zaczęłam ciąć wszystko po kolei, byle prędzej, byle zamknąć temat. Nie miałam czasu myśleć, który krzew jest jaki. Cięłam jak trawnik.

Danuta, poczekawszy, aż złapię oddech, popatrzyła na to, co zrobiłam, i powiedziała tylko: „Basiu, ty tak wszystkie krzewy jednakowo tniesz?". Machnęłam ręką, że przecież porzeczka to porzeczka, i grunt, że pies już uwiązany. Pokręciła głową, powiedziała, że musi jeszcze naprawić ten przeklęty łańcuch, i poszła — a ja zostałam z pytaniem, na które nie miałam odpowiedzi, na całą zimę.

Wiosną okazało się, ile mnie to kosztowało. Czerwona porzeczka, przycięta w pośpiechu tak samo nisko jak czarna, dała góra kilogram owoców z krzewu, choć rok wcześniej zbierałam po cztery. Biała, ta po babci, złamana przez psa i jeszcze do tego okaleczona moim sekatorem, w ogóle nie zakwitła. Nie było z czego zrobić dżemu, który co roku stawiałam na półkę w piwnicy obok kompotów — mąż Ryszard zajrzał tam we wrześniu, zobaczył pusty rząd słoików i tylko westchnął, że w tym roku obejdzie się bez porzeczkowego do naleśników. Za to czarna, przycięta równie mocno, wybuchła nowymi pędami, jakby jej ten cios dobrze zrobił.

Wtedy dotarło do mnie, że tamtego dnia, w panice po ataku psa, potraktowałam trzy zupełnie różne rośliny jednym cięciem — i że ten sam sekator w tych samych rękach dał trzy różne wyroki, zależnie od tego, gdzie go przyłożyłam.

Poszłam do Danuty z kubkiem kawy i pretensją, że przez jej psa zostałam bez zbiorów. Ona sama porzeczek nie sadzi — ma jabłonie — ale poczuwając się do winy, od razu zadzwoniła do znajomego ogrodnika, pana Kazimierza, który prowadził niewielką szkółkę na obrzeżach Kielc. Umówiłyśmy się u niego na sobotę, obie, bo Danuta chciała mi to jakoś wynagrodzić.

Pan Kazimierz, mężczyzna po siedemdziesiątce w wytartej flanelowej koszuli, wziął mnie za rękaw i zaprowadził między rzędy krzewów, zamiast tłumaczyć na sucho. Wziął do ręki jedną gałąź, ciemną i spękaną, i drugą, jasną i giętką. „Ta czarna porzeczka to jak młody koń — im mocniej ją przyciąć, tym prędzej odrasta na nowo. Ale czerwona i biała owocują na starym drewnie, na takich właśnie gałęziach — pokazał tę ciemniejszą — więc jak je tniesz jak czarną, sama sobie obcinasz przyszłe zbiory". Pokazał mi na jednym krzewie, które pędy zostawić, a które wyciąć przy samej ziemi, i tyle mi wystarczyło.

Wróciłam do domu i przez dwa tygodnie, zamiast ciąć na oślep, chodziłam między krzewami z kredą do znaczenia gałęzi, sprawdzając na każdej korę i grubość, zanim tknęłam sekator. Ryszard śmiał się, że traktuję porzeczki jak dochodzenie policyjne. Może i tak, ale następnej jesieni przycięłam każdy krzew osobno, według tego, co pokazał mi pan Kazimierz, a nie według własnego pośpiechu.

Rok później czerwona dała pełne wiadro z krzewu, biała zakwitła gęsto po raz pierwszy od lat, a czarna, mimo mocnego cięcia, i tak obrodziła nowymi, silnymi pędami. Zawiozłam Danucie słoik dżemu z tegorocznych porzeczek — jej pies, teraz porządnie uwiązany, obszczekał mnie radośnie od furtki, jakby chciał przeprosić za tamten październik. Danuta odkręciła słoik, spróbowała łyżeczką prosto z niego i powiedziała tylko: „No widzisz". Odstawiła słoik na parapet, obok pelargonii, i wróciła do przycinania swoich jabłoni — a ja poszłam do domu po sekator, żeby jeszcze przed zmrokiem zdążyć z jesiennym cięciem, tym razem bez pośpiechu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: