Nazywam się Ireneusz Baran, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez trzydzieści lat prowadziłem warsztat wulkanizacyjny na obrzeżach Bydgoszczy, przy drodze na Fordon. Teraz jestem na emeryturze, a moim jedynym zajęciem — jak mawia sąsiadka z dołu — jest "hodowanie psów, których nikt nie chce".
Ta suka, o której chcę opowiedzieć, trafiła do mnie w listopadzie, kiedy w schronisku przy ulicy Grunwaldzkiej kończył się jej termin. Nazywali ją Cyganka. Ktoś przywiązał ją do bramy schroniska na sznurku od bielizny, bez kartki, bez niczego. Miała złamane żebro, które źle się zrosło, i tak wystraszone oczy, że wolontariuszka, pokazując mi ją na zdjęciu, od razu uprzedziła: "Panie Ireneuszu, ona nikogo nie chce znać, gryzie, jak się do niej podejść od tyłu".
Wziąłem ją mimo to. Miesiąc później moja córka Kasia, która mieszka w Poznaniu i dzwoni raz w tygodniu, żeby zapytać, czy biorę leki na ciśnienie, powiedziała mi wprost: "Tato, ty się zamieniasz w tego dziadka z filmu, co zbiera bezdomne zwierzęta, bo nie ma z kim rozmawiać". Może miała rację. Od śmierci mojej żony Danuty trzy lata temu w mieszkaniu robi się cicho po dziewiętnastej, telewizor gada sam do siebie, a ja siedzę przy kuchennym stole i słucham, jak sąsiad z góry przesuwa krzesła.
Cygankę przechrzciłem na Belę — bo tak nazywała się suczka, którą miałem jako dzieciak, jeszcze w Chojnicach, skąd pochodzę. Pierwsze dwa tygodnie Bela spała pod łóżkiem i wychodziła tylko nocą, żeby zjeść. Bałem się, że coś z nią zrobiono, o czym wolontariuszka nie wiedziała albo nie powiedziała. Zabrałem ją do weterynarza przy Alejach Jana Pawła, doktor Wietrzykowski obejrzał to źle zrosłe żebro i tylko pokiwał głową: "Ktoś ją kopnął, panie Ireneuszu, i to nie raz".
W grudniu, w Wigilię, kiedy zostałem sam, bo Kasia z rodziną pojechała do teściów pod Wrocław, Bela pierwszy raz wyszła spod łóżka o własnej woli i położyła łeb na moim kolanie, kiedy jadłem karpia przy telewizorze. Nie skomlała, nic. Po prostu oparła pysk o moje udo i tak zostałyśmy — ona i ja — do północy.
Historia mogłaby się na tym skończyć, gdyby nie telefon, który dostałem w lutym od pewnej kobiety, Grażyny Dudek, hodowczyni z Osielska. Twierdziła, że Bela to jej suka, że "uciekła jej dwa lata temu z posesji" i że ma nawet zdjęcia szczeniąt, które ta suka rzekomo urodziła u niej na podwórku. Chciała ją odzyskać — nie za darmo, tylko za "zwrot kosztów utrzymania i weterynarza", jak to ujęła, sumę tysiąca ośmiuset złotych. Zagroziła, że jak nie oddam psa dobrowolnie, to pójdzie na policję i zgłosi, że przetrzymuję cudze zwierzę.
Nie spałem tamtej nocy. Siedziałem przy stole z dokumentami ze schroniska — kartą przyjęcia, opisem obrażeń, zaświadczeniem od doktora Wietrzykowskiego o starym złamaniu żebra — i patrzyłem na Belę, która spała skulona przy kaloryferze, z nosem wciśniętym w róg swojego koca w łaty, tego samego, na którym leżała pierwszej nocy. Pomyślałem sobie: jeśli ta kobieta rzeczywiście trzymała ją na podwórku i kopała, to jest ostatnia osoba na świecie, której oddałbym ten pysk z powrotem, nawet gdyby przyszła z całą komendą.
Zadzwoniłem do schroniska rano. Pani Ewelina, ta sama wolontariuszka, powiedziała mi coś, czego się nie spodziewałem: numer czipa Beli był w bazie od dwóch lat, zarejestrowany na "właściciela nieustalonego", bo suka trafiła do nich już wcześniej, w 2024 roku, z tej samej okolicy co teraz — i już wtedy miała złamane żebro. Ktoś ją oddał wtedy anonimowo w nocy, w kartonie po telewizorze, a schronisko, nie mając zgłoszenia właściciela, po sześciu miesiącach oddało ją do adopcji tymczasowej, skąd znowu uciekła albo została wyrzucona — nikt tego nie wyjaśnił. To znaczyło jedno: Grażyna Dudek nie miała żadnego prawa do tego zwierzęcia, bo formalnie suka od dwóch lat była własnością gminy, reprezentowanej przez schronisko.
Poszedłem z tym do adwokatki, pani mecenas Basi Struzik, którą znałem jeszcze z czasów, gdy naprawiałem jej mężowi oponę na obwodnicy w deszczu i nie wziąłem za to grosza. Basia spojrzała na papiery, na zdjęcie czipa, na zaświadczenie i powiedziała krótko: "Panie Ireneuszu, ta pani nie ma czego szukać. Ale niech pan się przygotuje, bo ludzie tego pokroju czasem przychodzą pod dom".
Przyszła. Dziesiątego marca, w czwartek, koło osiemnastej, kiedy wracałem z Belą ze spaceru wzdłuż Brdy. Grażyna Dudek stała przy furtce z mężczyzną, którego przedstawiła jako "swojego brata", i od razu, bez powitania, zaczęła krzyczeć, że to jej pies, że mam oddać, że inaczej wezwie policję na miejscu. Bela, która zwykle chowała się za moją nogą na widok obcych, tym razem zaczęła warczeć — nisko, z gardła — i cofnęła się w stronę furtki, jakby rozpoznała coś, czego ja nie widziałem.
Powiedziałem jej spokojnie, że numer czipa jest w rejestrze od dwóch lat na "właściciela nieustalonego", że mam to na piśmie od schroniska, i że jeśli chce, może to sprawdzić razem ze mną, tu i teraz, przez aplikację bazy zwierząt na moim telefonie. Pokazałem jej ekran. Data rejestracji, historia zgłoszeń, zdjęcie starego złamania żebra z 2024 roku — dokładnie w tym samym miejscu, co teraz. Twarz jej się zmieniła. Brat pociągnął ją za rękaw i powiedział cicho: "Chodź, to nie ten pies, mówiłem ci". Odwrócili się i poszli w stronę przystanku, nie żegnając się.
Tydzień później dostałem telefon od pani Eweliny ze schroniska — sąsiad Grażyny Dudek zgłosił do gminy podejrzenie znęcania się nad zwierzętami na jej posesji w Osielsku, po tym jak ktoś zobaczył u niej innego psa przywiązanego bez wody przy garażu. Sprawa trafiła do inspektora ds. ochrony zwierząt, ale to już nie była moja historia.
Moja skończyła się inaczej. W kwietniu poszedłem z Kasią do notariusza przy placu Wolności i podpisałem papier, o którym myślałem od Wigilii — przekazanie Beli na stałe pod moje pełne prawa właściciela, z formalnym zamknięciem sprawy w rejestrze gminnym, żeby nikt więcej, nigdy, nie mógł zadzwonić i zażądać za nią tysiąca ośmiuset złotych. Zapłaciłem sto dwadzieścia złotych opłaty i wyszedłem z teczką, w której leżał dowód rejestracyjny czipa na moje nazwisko.
Bela czekała w samochodzie, na tylnym siedzeniu, z pyskiem opartym o szybę. Kiedy otworzyłem drzwi, wyskoczyła, otrzepała się i pierwszy raz, odkąd ją mam, sama wskoczyła mi na kolana, choć waży prawie dwadzieścia kilo i ledwo się mieści. Kasia zrobiła nam zdjęcie przed budynkiem notariusza — ja z teczką pod pachą, Bela z łapami na moim ramieniu — i wysłała je do rodzinnej grupy na komunikatorze z podpisem: "Tata ma wreszcie kogoś do rozmowy".
W domu, tego samego wieczoru, powiesiłem kopię zaświadczenia z gminy na lodówce, obok zdjęcia Danuty. Bela ułożyła się na swoim kocu w łaty, tym starym, znoszonym już do dziur, którego mimo próśb Kasi nie chciałem wymienić na nowy. Nalałem sobie herbaty, usiadłem przy stole i patrzyłem, jak jej boki unoszą się miarowo we śnie, żebro po żebrze, tam gdzie kiedyś było złamane.
