Ostrzyżone włosy Zosi z Bemowa

Nazywam się Karol Wieczorek, mam czterdzieści jeden lat i przez ostatnie trzy miesiące uczyłem się mieszkać w domu, w którym brakuje jednego głosu. Mój brat, Mikołaj, zmarł na białaczkę w czerwcu. Zostawił po sobie warsztat samochodowy przy Powstańców Śląskich, dwa nierozliczone kredyty i córkę, Zosię, która ma dwanaście lat i od tamtej pory mieszka ze mną, bo jej matka wyjechała do pracy do Niemiec, gdy Zosia miała pięć lat, i od tamtej pory odzywa się może raz na rok.

To nie jest moja historia o żałobie. To jest historia o telefonie, który odebrałem w środę rano, i o tym, co zobaczyłem w gabinecie dyrektora szkoły podstawowej numer 191 na Bemowie.

Zacznę od tego, czego nikt inny by nie zauważył. Zosia od śmierci ojca je tylko połowę kanapki, którą jej pakuję, i zawsze zostawia skórkę od pomidora na brzegu talerza, dokładnie tak, jak robił to Mikołaj. Nie mówię o tym nikomu, bo brzmi to głupio wypowiedziane na głos, ale codziennie rano, kiedy widzę tę skórkę, czuję, jakby brat siedział z nami przy stole jeszcze przez chwilę.

We wtorek wieczorem Zosia siedziała w łazience czterdzieści minut. Zwykle wychodzi po dziesięciu. Zapukałem.

— Zosiu, wszystko gra?

Cisza, a potem trzask zamka. Drzwi się otworzyły i zobaczyłem na kafelkach jasne pasma włosów, długie na czterdzieści centymetrów, leżące jak porzucone wstążki. Zosia stała przed lustrem z nożyczkami kuchennymi w ręce, a jej włosy, które sięgały do pasa, kończyły się teraz nierówno, tuż pod uchem. Jedna strona krótsza od drugiej o dobre trzy centymetry.

— Co ty zrobiłaś — powiedziałem, i to nie zabrzmiało jak pytanie, tylko jak coś, co po prostu ze mnie wyszło.

Odłożyła nożyczki na brzeg umywalki, obok kubka z jej różową szczoteczką do zębów.

— W mojej klasie jest dziewczynka, Milena. Ma raka. Dzisiaj wszyscy zobaczyli, że nie ma włosów, bo się jej peruka przekrzywiła na WF-ie. Chłopcy się śmiali. Płakała na przerwie w toalecie i nikt nie poszedł jej pocieszyć, więc ja poszłam, ale to nie wystarczyło.

Wzięła z umywalki gumkę recepturkę, którą owinęła odcięty pukiel, i podała mi go tak, jak podaje się coś kruchego.

— Czytałam, że z prawdziwych włosów robią peruki. Wiem, że moje same nie wystarczą, ale może dołożą do jakichś innych.

Mikołaj przed śmiercią przeszedł chemię i ogolił głowę sam, w naszej kuchni, żeby to zrobić na własnych warunkach, zanim wypadną kępkami. Zosia siedziała wtedy na taborecie i podawała mu maszynkę. Nie zapomniała tego ani na chwilę, chociaż nigdy o tym nie mówiła.

Usiadłem na brzegu wanny, bo nogi mi się ugięły, i przyciągnąłem ją do siebie tak mocno, że chyba trochę za mocno.

— Wujek Mikołaj byłby z ciebie dumny — powiedziałem jej do włosów, tych, które jeszcze zostały.

Nie spałem tej nocy. Rano znalazłem w internecie salon fryzjerski na Górczewskiej, który współpracuje z fundacją robiącą peruki dla dzieci onkologicznych, i pojechaliśmy tam od razu, zanim Zosia zdążyła się rozmyślić albo ja zdążyłem się rozkleić przy ladzie. Fryzjerka wyrównała jej włosy do równego karesu, spakowała odcięte pasmo w papierową kopertę i obiecała, że peruka będzie gotowa w ciągu dwóch tygodni.

Dwa tygodnie później Zosia sama pojechała autobusem do fundacji po odbiór — nie, kłamię, zawiozłem ją, ale pozwoliłem jej samej nieść pudełko do szkoły następnego dnia. Uśmiechała się tak, jak nie widziałem jej od pogrzebu.

O jedenastej zadzwonił mój telefon. Numer szkoły. Głos dyrektora, pana Zdzisława Kubiaka, drżał tak, że myślałem, że coś się stało z Zosią fizycznie.

— Panie Wieczorek, proszę natychmiast przyjechać do szkoły.

— Coś się stało Zosi?

— Proszę to zobaczyć na własne oczy. Proszę przyjechać TERAZ.

Zostawiłem klucze w stacyjce samochodu na parkingu warsztatu, wsiadłem w drugi, ten Mikołaja, bo bliżej stał, i jechałem przez most Grota-Roweckiego tak, że nawet nie pamiętam świateł. Dłonie miałem zimne na kierownicy, mimo że na zewnątrz było dwadzieścia dwa stopnie.

Pod szkołą stał dyrektor Kubiak przed drzwiami swojego gabinetu, blady, z krawatem przekrzywionym, jakby go ktoś ciągnął za rękaw przez cały korytarz.

— Proszę wejść — powiedział, otwierając drzwi.

W gabinecie, na dywanie w kolorze wyblakłej zieleni, siedziała w kręgu cała klasa Zosi, dwadzieścioro kilkoro dzieci, a pośrodku Milena, ta dziewczynka, bez peruki, z gołą głową, i obok niej Zosia, też bez peruki, z krótkimi, nierównymi jeszcze na końcach włosami. Trzymały się za ręce. Na biurku dyrektora leżała kartka, na której ktoś dziecięcym pismem napisał: „Jesteśmy razem łyse".

Okazało się, że rano, kiedy Milena weszła do klasy w peruce z włosów Zosi, wychowawczyni, pani Beata, zapytała, czy ktoś chce coś powiedzieć na forum. Zosia wstała, zdjęła własną nową perukę, którą nosiła od tygodnia, bo po ostrzyżeniu też czuła się niepewnie ze swoimi krótkimi włosami, i powiedziała klasie, że nie trzeba mieć raka, żeby czuć się inaczej, i że ona teraz też jest łysa z wyboru. Trzy inne dziewczynki po niej zdjęły chusty i czapki, które nosiły z solidarności, ale nikt wcześniej nie wiedział, że to zorganizowane — po prostu jedna po drugiej wstawały.

Dyrektor zadzwonił do mnie, bo nie wiedział, jak inaczej opisać przez telefon to, co zobaczył, kiedy wszedł do sali sprawdzić hałas.

Stałem w progu i patrzyłem na dwie dziewczynki bez włosów, trzymające się za ręce na dywanie gabinetu, i na resztę klasy dookoła, i nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. Milena podniosła głowę, zobaczyła mnie i powiedziała:

— To pan jest wujkiem Zosi? Ona dała mi swoje włosy.

Kucnąłem obok nich, na wysokość dywanu, tak jak Mikołaj kucał kiedyś przy warsztacie, kiedy tłumaczył klientom, co jest nie tak z silnikiem, i powiedziałem tylko:

— Wiem.

Tego popołudnia, zanim wróciliśmy do domu, poszedłem do sekretariatu i podpisałem zgodę, żeby fundacja z Górczewskiej mogła oficjalnie zarejestrować Zosię jako darczyńcę na swojej stronie, obok zdjęcia — nie dlatego, że chciałem rozgłosu, tylko dlatego, że w papierach fundacji trzeba było wpisać opiekuna prawnego, a to byłem już ja, od trzech miesięcy, czarno na białym w postanowieniu sądu rodzinnego. Podpisałem to nazwisko — Wieczorek — po raz pierwszy odkąd zostałem opiekunem, i pomyślałem, że to jest coś, co mogę teraz robić zamiast brata: podpisywać się pod tym, co ona robi dobrego.

W domu, wieczorem, Zosia zjadła całą kanapkę. Bez skórki od pomidora na talerzu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: