Wiesław Kowalczyk osiemdziesiąt jeden lat całe życie czekał na wnuka. Nie chodziło o to, że nie kochał córek — Bożenę, Halinę, Elę, bliźniaczki Martę i Kingę, Renatę, Iwonę i najmłodszą Klarę. Kochał je, każdą inaczej, ale w środku żałoby po żonie tliła się jedna myśl, której nikomu nie powiedział: kto przejmie warsztat stolarski przy ulicy Kwiatowej w Sochaczewie.
Warsztat postawił własnymi rękami w sześćdziesiątym siódmym roku. Deski, hebel po ojcu, tokarka kupiona za pieniądze z trzech lat oszczędzania — wszystko to miało trafić w ręce syna. Syna nie było. Były córki, jedna po drugiej, aż sąsiad Zenon zza płotu, przechodząc kiedyś z wiadrem obornika, rzucił przez zęby: „Wiesiek, ty chyba fabrykę dziewczynek otworzyłeś, nie warsztat".
Żona Halszka umarła cicho, we śnie, dwanaście lat temu. Zasnęła po niedzielnym obiedzie i już się nie obudziła. Wiesław został sam w domu przy warsztacie, dwupiętrowym, z gankiem, na którym w wieczory siadał i patrzył na budynek, który sam postawił deska po desce.
Kiedy córki próbowały go zabrać do siebie — do Warszawy, do Łodzi, do Poznania — odmawiał. — Halszka tu leży, na cmentarzu za wsią. Warsztat tu stoi. Nigdzie się stąd nie ruszam.
Radził sobie sam, aż do siedemdziesiątego dziewiątego roku życia, kiedy złamał biodro, poślizgnąwszy się na oblodzonym ganku w lutym. Leżał na mrozie czterdzieści minut, zanim usłyszała go listonoszka. Od tamtej pory chodził o lasce, a klucze do warsztatu — te same, które nosił w kieszeni od czterdziestu ośmiu lat — coraz częściej gubił.
Rok temu, w październiku, pod dom przy Kwiatowej zajechała ciężarówka z przyczepą pełną desek i płyt OSB. Za nią dwa samochody osobowe. Wysiadły z nich wszystkie córki naraz — pierwszy raz od pogrzebu matki w komplecie. Z mężami, dziećmi, torbami roboczymi.
Wiesław wyszedł na ganek o lasce i patrzył, jak wyładowują materiały.
— Co wy znowu wymyśliłyście?
— Remontujemy warsztat, tato — powiedziała Bożena, najstarsza, dyrektorka liceum w Warszawie, siwa już, w okularach, głos jak dzwon. — I dom też.
— Jaki remont, o czym ty mówisz?
— Taki, jaki trzeba. Naradziłyśmy się. Dach cieknie od trzech lat, fundament się kruszy od spodu. Jeszcze parę sezonów wytrzyma, a potem co? Chcemy, żebyś żył tu długo. I bezpiecznie.
— A skąd wy niby wzięłyście na to pieniądze?
— Złożyłyśmy się — odezwała się Halina, główna pielęgniarka na oddziale w szpitalu wojewódzkim w Łodzi. — Każda coś odłożyła, jedna więcej, druga mniej. Na dom starczy. A mężowie pomogą przy robocie.
Wiesław patrzył po nich. Na Bożenę, dyrektorkę szkoły. Na Halinę w mundurku pielęgniarskim, którego nie zdjęła nawet w podróży. Na Elę, właścicielkę małego sklepu spożywczego w Skierniewicach. Na Martę i Kingę, obie pracujące w banku, w okularach, poważne, konkretne kobiety, które kiedyś biegały tu boso po podwórku. Na Renatę, która śmiała się dokładnie tak samo jak w dzieciństwie. Na Iwonę, opaloną, przyjechała prosto znad morza, gdzie pracowała w ośrodku wczasowym. I na Klarę, najmłodszą, trzydzieści siedem lat, w szpilkach i modnej kurtce — kiedyś biegała po tym samym podwórku bez butów.
Osiem córek. Ani jednego syna.
Nazajutrz rano zaczęła się robota. Wiesław myślał, że to potrwa dzień, dwa, a potem się poddadzą. Bo która kobieta zna się na stolarce? Która z jego córek trzymała kiedyś porządnie hebel w ręku?
Mylił się.
Mąż Marty, Tomasz, okazał się być z zawodu murarzem — pracował przy fundamencie razem z dwoma najętymi ludźmi, których Bożena opłaciła z własnej kieszeni. Mąż Kingi, Grzegorz, cieśla z dziada pradziada, przejął dach, i pod jego okiem sama Kinga, w rękawicach roboczych, podawała mu łaty i gwoździe, krzycząc z dołu, żeby uważał na krokiew po lewej. Klara, ta w szpilkach, po dwóch dniach przebrała się w robocze spodnie pożyczone od siostry i całymi dniami szlifowała starą framugę okienną, którą jeszcze jej dziadek, ojciec Wiesława, kiedyś osadzał.
Wiesław siedział na krześle wyniesionym na podwórko i patrzył. Nie mówił wiele. Czasem podpowiadał — którędy szedł kabel, gdzie jest stara studzienka, dlaczego jeden róg budynku zawsze był wilgotny.
Ósmego dnia robót, wieczorem, kiedy wszyscy siedli przy prowizorycznym stole na kozłach, jedząc bigos z jednego wielkiego gara, Renata zapytała:
— Tato, a pamiętasz, jak Bałwan powiedział ci, że warsztatu nie ma komu zostawić?
Chodziło o Zenona, sąsiada zza płotu, którego wszystkie córki od dziecka nazywały Bałwanem, bo miał okrągłą twarz i chodził w za dużym kożuchu.
— Pamiętam — odparł Wiesław krótko.
— To niech przyjdzie i zobaczy.
Zenon przyszedł sam, bez zaproszenia, trzeciego tygodnia prac, kiedy dach był już pokryty nową blachodachówką, a fundament wzmocniony i otynkowany na nowo. Stanął przy furtce, z rękami w kieszeniach starego kożucha, patrzył na rusztowanie, na kobiety noszące deski, na Kingę wybijającą gwóźdź młotkiem tak pewnie, jakby robiła to od zawsze.
— No, no — powiedział w końcu. — Kto by pomyślał.
— A co, Zenek, dziewczynki fabrykę zamknęły? — odpowiedziała Bożena, nie odrywając wzroku od listy zakupów, którą pisała na kolanie.
Zenon nic nie powiedział. Postał jeszcze chwilę, popatrzył na nowy dach, na warsztat, w którym po latach znowu pachniało trocinami i świeżym drewnem, i poszedł do siebie, nie czekając na herbatę.
Remont skończył się w listopadzie, tuż przed pierwszym śniegiem. Dom stał odnowiony — nowy dach, wzmocniony fundament, ocieplone ściany, w warsztacie nowa instalacja elektryczna, którą poprowadził mąż Eli, elektryk z zawodu. Na stole w kuchni leżała teczka — papiery na remont, faktury, umowa z ekipą budowlaną, a na wierzchu koperta.
— Co to jest? — zapytał Wiesław, kiedy Iwona podała mu tę kopertę ostatniego wieczora, zanim wszyscy zaczęli się rozjeżdżać.
W środku była kartka. Wszystkie osiem córek podpisały się pod jednym zdaniem, każda swoim charakterem pisma: „Dom i warsztat są twoje, tato, do końca życia. A potem — nasze, wszystkich razem, po równo. Nikt nikomu nic nie musi udowadniać".
Wiesław trzymał tę kartkę długo, dłużej niż trzeba było, żeby ją przeczytać. Potem złożył ją we czworo i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki, tam gdzie kiedyś nosił zdjęcie Halszki z dnia ślubu.
Kilka miesięcy później, w marcu, Wiesław poszedł do notariusza w Sochaczewie, na ulicę Piłsudskiego, sam, o lasce, ale sam, bez niczyjej pomocy. Spisał akt notarialny — dom i warsztat przechodzą na współwłasność ośmiu córek, w równych częściach, po jednej ósmej każda, z prawem dożywotniego zamieszkania dla niego. Zapłacił za to sto dwadzieścia złotych taksy notarialnej z własnej emerytury i wyszedł z kancelarii z kopią aktu w teczce pod pachą.
Tego samego popołudnia, wracając, minął Zenona przy sklepie spożywczym. Sąsiad, jak zawsze, próbował zagadać o pogodzie, o cenach węgla, o tym, że znowu podnieśli bilet na PKS.
— A ty dokąd, Wiesiek, z taką teczką?
— Od notariusza — odpowiedział Wiesław, nie zatrzymując się. — Dom zapisałem. Wszystkim ośmiu. Po równo.
Zenon otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Wiesław już szedł dalej, stukając laską o chodnik, w stronę domu, w którym w oknie warsztatu paliło się światło — Kinga została na weekend, żeby dokończyć framugi, i pracowała do zmroku, dokładnie tak, jak kiedyś jej dziadek.
