Zapach grzańca mieszał się ze skwierczącym smalcem. W piekarniku dochodził karp, na blacie stały cztery rodzaje ciasteczek, które piekłam do drugiej w nocy. Chciałam, żeby tegoroczna Wigilia była inna. Żeby Marek wreszcie oderwał wzrok od telefonu i zauważył, że jego żona to nie mebel, który pierze mu koszule i nie potrafi zajść w ciążę.
Osiem lat małżeństwa. Osiem lat jego matka przy każdych odwiedzinach powtarzała, że Robert z sąsiedniej klatki ma już trzecie dziecko. A ja wciąż nic.
Włożyłam czerwoną sukienkę, którą Marek kupił mi w Galerii Krakowskiej, kiedy się pobieraliśmy. Powiedział wtedy, że wyglądam w niej jak z filmu. Dziś by tego nie zauważył, nawet gdybym przyszła w kombinezonie roboczym.
Dzwonek. Poszłam otworzyć.
Na progu stał Marek. A obok niego dziewczyna. Dwadzieścia sześć lat, może mniej. Sztuczne rzęsy, tani perfum z Rossmanna i brzuch, którego nie dało się już ukryć nawet pod zimową kurtką. Ósmy miesiąc, może dziewiąty.
„Iwona, to jest Kinga" – powiedział Marek tonem, jakby przedstawiał mi nową koleżankę z księgowości. „Będzie tu mieszkać. Do porodu. Potem coś wymyślimy."
Stałam w przedpokoju z łyżką wazową w ręce. Kapał z niej sos z karpia prosto na panele, które kładliśmy razem trzy lata temu. Marek tymczasem zdjął buty i powiesił kurtkę na wieszaku. Jakby wracał z normalnej zmiany w pracy.
„Ty jesteś pewnie Iwona, tak?" uśmiechnęła się Kinga. „Marek mówił, że jesteś spoko. Że to zrozumiesz."
Zrozumiem. Że przyprowadził ciężarną kochankę do mieszkania, na które razem wzięliśmy kredyt w PKO. Że umieści ją w sypialni, do której trzy tygodnie temu kupiłam nową pościel w świąteczny wzór.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, za nimi rozległo się sapanie. Do drzwi wpychała się Krystyna, moja teściowa. W rękach ciągnęła dwie walizki i wielką reklamówkę z ubrankami dla dziecka.
„Iwonko, złociutka, pomóż mi z tym!" wysapała. „Kince nie może być ciężko. A na dole w samochodzie mam jeszcze wanienkę i przewijak. Marek, przynieś to, co? Kosztowało czterysta złotych w IKEA, ale dla mojego wnuczka oddałabym nawet nerkę."
Podała mi reklamówkę. Pełną niebieskich śpioszków. Niebieskich. Zauważyłam, że Krystyna nie mówi już „gdyby to było dziecko". Mówi „wnuczek". Wiedziała wcześniej ode mnie, że to moje ostatnie święta w tym mieszkaniu.
„Mamo, wyobraź sobie, ona się nawet nie uśmiechnie" – poskarżył się Marek. „Osiem lat czekam, aż wreszcie będziemy mieć rodzinę, a teraz, kiedy się wreszcie udało, robi ceregiele."
Krystyna zmierzyła mnie wzrokiem. „Iwonko, zrób nam herbaty. Kince niedobrze po drodze. I nakryj do stołu w salonie. O ósmej lecą Kevin sam w domu, trzeba obejrzeć."
Poszłam do kuchni jak automat. Z lodówki wyjęłam schłodzoną butelkę wina musującego, którą chciałam otworzyć, gdy z Markiem zostaniemy sami. Zdjęłam folię z karpia. Był złocisty, idealny. Osiem rodzajów ciasteczek błyszczało na paterze z motywem Wawelu.
W salonie Kinga usiadła na moim miejscu przy oknie. Zdjęła buty i położyła nogi na stoliku, który miesiąc temu dałam odnowić. Przy stole w kuchni siedziała Krystyna i coś stukała w telefonie. Rozległo się kliknięcie. Zostawiła komórkę na stole i mimowolnie zobaczyłam ekran.
„Będzie chłopiec. A mieszkanie na dobrej drodze. Wystarczy, że Iwona podpisze przeniesienie na Marka. Prawnik mówił, że pójdzie gładko, skoro tylko ona jest współwłaścicielem."
Marek wyłonił się z sypialni. „No i co, Iwona? Przyniesiesz nam coś do jedzenia? Kinga jest głodna. Ja zresztą też. I przestań się dąsać. Święta mają być spokojne."
Spokojne święta. W mieszkaniu, na które osiem lat zarabiałam. Z facetem, który zamiast oznajmić rozwód, przyprowadził ciężarną dziewczynę pod choinkę. Z teściową, która szykuje mi w kuchni prawnika.
„Zaraz coś przyniosę" – powiedziałam i otworzyłam szafkę nad blatem.
Wyjęłam segregator. Niebieski, w którym trzymałam wszystkie ważne papiery. Umowę o przeniesienie mieszkania, którą Marek podsunął mi do podpisu rok temu. Podobno ze względów podatkowych. Wtedy odłożyłam to na później, chciałam przeczytać w spokoju. Teraz przekartkowałam dokumenty i zobaczyłam, że to umowa darowizny.
Wyjęłam z szuflady nożyczki. Długie, ostre. Cięłam umowę na paski. Powoli, kartkę po kartce. Marek próbował coś powiedzieć, ale nie patrzyłam w jego stronę. Obserwowałam, jak białe paski opadają do zlewu.
„Co ty robisz?!" wrzasnął.
„Niszczę dokument, którego nigdy nie podpiszę."
„Przecież to nasze mieszkanie!"
„Nasze? Połowa jest moja. Ale skoro już jesteś tu z Kingą, nie będę przeszkadzać. Idę po swoje rzeczy."
Przeszłam do sypialni. Na łóżku leżał płaszcz Kingi. Zrzuciłam go na podłogę. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam walizkę. Wrzuciłam do niej kilka swetrów, laptopa, szkatułkę po babci. Nad łóżkiem wisiało zdjęcie ślubne. Marek uśmiechał się na nim, trzymał mnie za rękę i udawał, że nie może oderwać ode mnie oczu. Zdjęłam fotografię i położyłam ją na komodzie, awersem do blatu.
Kiedy wracałam do przedpokoju, Kinga śmiała się z jakiejś reklamy w telefonie. Krystyna stała przy zlewie i wskazywała łyżką na strzępki papieru.
„Pocięłaś to" – powiedziała cicho. „Wszystko pocięłaś."
„To nie wszystko" – odpowiedziałam.
W szafce pod zlewem trzymam pudełko z bezpiecznikami. Wyjęłam z niego mały wyłącznik. Niebieski, opisany mazakiem: „sypialnia, gniazdka, światło." Wsunęłam go do kieszeni kurtki.
„Światło wam nie zadziała" – powiedziałam spokojnie. „Prąd jest zapisany na mnie, bo to ja jestem właścicielką. Ale bezpiecznik odcina główny obwód w sypialni. Jak mi się zachce, będziecie świecić świeczkami."
Podeszłam do drzwi. Włożyłam buty, kurtkę, wzięłam walizkę. Marek stał w salonie i trzymał w ręku kieliszek wina musującego, które nalał sobie z mojej butelki.
„Dokąd niby idziesz?" zapytał.
Spojrzałam na niego. Pierwszy raz tego wieczoru mówiłam do niego zupełnie spokojnie.
„Na oglądanie. Do mieszkania po drugiej stronie ulicy. Mój agent dzwonił wczoraj, że zwolniło się trzypokojowe z tarasem. Idzie na licytację. A ja mam sto dwadzieścia tysięcy złotych w funduszu inwestycyjnym."
Marek zbladł. Może dlatego, że nigdy o tym funduszu nie wiedział. Nigdy się nie interesował.
„Ale to są nasze pieniądze!" wykrzyknął.
„Nie. To są moje pieniądze. Pięć lat ci o nich nie mówiłam, bo chciałam, żebyśmy mieli poduszkę bezpieczeństwa. Ale dziś wieczorem zmieniłam zdanie."
Otworzyłam drzwi. Na progu odwróciłam się ostatni raz.
„Za godzinę przyjdzie ślusarz, umówiony na ósmą. Wymieni zamek do drzwi piwnicy." Pokazałam klucze w dłoni. „Ty nigdy nie płaciłeś za tę piwnicę. Więc teraz będę ją wynajmować. Nie tobie."
Zamknęłam drzwi. Zbiegłam po schodach, wyszłam na ulicę. Śnieg skrzypiał pod butami, z okien okolicznych mieszkań świeciły świąteczne lampki. Ktoś puszczał Last Christmas. Była dziewiętnasta czterdzieści, tramwaj numer 8 miał przyjechać za cztery minuty.
Usiadłam na przystanku. Obok stał pan z plecakiem i mały chłopiec. Chłopiec patrzył na zaśnieżone tory i liczył latarnie. Sześć, siedem, osiem.
Kiedy tramwaj przyjechał, wsiadłam. Usiadłam przy oknie i zamknęłam oczy. Karp został w piekarniku. Niech sobie go odgrzeją. Niech sobie świecą telefonem. Niech Kinga sprawdzi, jak to jest mieszkać z facetem, który własną żonę traktuje jak sprzęt gospodarstwa domowego.
Miałam bezpiecznik. Miałam klucze. A do tego zupełnie nowy powód, żeby wstać rano godzinę wcześniej.
Za osiem dni miałam podpisać umowę kupna. Nie kredyt. Gotówka. To mieszkanie było wprawdzie mniejsze, ale całe moje.
A Marek? Dostał święta, na jakie zasłużył. Ciemność w sypialni, zimnego karpia i pytanie, którego nigdy mu nie zadam: dlaczego właściwie czekał osiem lat, żeby powiedzieć mi, że jestem dla niego tylko pustym garnkiem.
