Pamiętam zapach kurzu na schodach i to, jak Zdzisław Baran, gdy zamykał drzwi klubu po raz ostatni, długo szukał w kieszeni odpowiedniego klucza — jakby nie chciał, żeby zamek w ogóle się domknął.
To było w listopadzie, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i pracowałam w bibliotece gminnej, dwa budynki dalej. Klub w Wielowsi, murowany, z czerwonej cegły, postawiony jeszcze za Gierka, był sercem wsi: w sobotę wieczorem sala pachniała politurą z podłogi i tanimi perfumami "Pani Walewska", które kupowało się w kiosku Ruchu za dwadzieścia złotych. Grała kapela z akordeonem i klarnetem, czasem ktoś przywoził magnetofon szpulowy z przebojami z radia. Dziewczyny stały pod ścianą w falbaniastych spódnicach, chłopcy podchodzili niepewnie, ktoś zawsze się poślizgnął na wywoskowanej podłodze i wszyscy się śmiali.
Ja poznałam tam swojego męża, Mariana. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat, pracował w PGR-ze przy traktorach, ręce miał zawsze trochę pachnące smarem, nawet gdy się umył. Zaprosił mnie do tańca dopiero przy trzeciej piosence — stał wcześniej pod ścianą i podobno się wahał, bo bał się, że powiem nie. Sąsiad, stary Franciszek, trzymał wtedy w budynku psa, kundla imieniem Reks, który wchodził do sieni klubu i kładł się przy drzwiach, czekając, aż impreza się skończy i ktoś go poczęstuje kanapką.
W klubie odbywały się dożynki, wesela, czasem projekcje filmowe z objazdowym kinem — biały ekran rozwieszony na scenie, a na ścianie migotały cienie od żarówki, która się zawsze przegrzewała. Pamiętam, jak podczas jednego seansu zgasło światło w całej wsi i ktoś krzyknął, żeby przynieść świece z zakrystii, bo ksiądz akurat miał zapas.
Potem przyszły lata dziewięćdziesiąte. Ludzie zaczęli wyjeżdżać — do Sandomierza, do Warszawy, później za granicę, do Niemiec i Holandii, szukać roboty, bo PGR zlikwidowano, a we wsi zostało może sto osób poniżej pięćdziesiątki. Gminna kasa nie miała pieniędzy na ogrzewanie budynku, dach zaczął przeciekać, a remont kosztowałby, jak mówili na zebraniu sołeckim, ponad sto tysięcy złotych — pieniędzy, których gmina nie miała i nie chciała szukać dla budynku, do którego przychodziło już tylko kilkanaście osób.
Zdzisław Baran, który przez dwadzieścia jeden lat był tam gospodarzem — sprzątał salę, pilnował sprzętu, wypożyczał krzesła na wesela do sąsiednich wsi — dostał wtedy wypowiedzenie. Miał pięćdziesiąt osiem lat. Pamiętam, jak stał na progu z pękiem kluczy w dłoni i mówił do mnie, że nie chodzi o pracę, tylko o to, że po nim nikt tych drzwi już nie otworzy tak, jak on je otwierał — codziennie, żeby wywietrzyć salę przed wieczorem.
Klub stał zamknięty przez prawie trzydzieści lat. Okna zabito dyktą, potem dykta spróchniała i ktoś powybijał szyby kamieniami, tak że teraz w środku gniazdują jaskółki. Przed wejściem wyrósł klon, który przebił chodnik korzeniami. Afisz z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, zapowiadający zabawę andrzejkową, wciąż wisiał na tablicy ogłoszeń jeszcze dziesięć lat temu — wyblakły do białości, nieczytelny, ale nikt go nie zdjął, bo nikt nie chciał być tym, kto to zrobi.
Marian zmarł cztery lata temu. Zawał, we śnie, miał sześćdziesiąt trzy lata. Po pogrzebie zaczęłam częściej chodzić na spacery koło starego klubu — nie wiem dlaczego, może dlatego, że to jedyne miejsce we wsi, które nie zmieniło się od czasu, kiedy byliśmy młodzi. Wszystko inne się zmieniło: sklep spożywczy zamienił się w market spod znaku sieci handlowej, drogę wyasfaltowano, na polu za kościołem stanęły panele fotowoltaiczne. Tylko klub stał taki sam, tylko coraz bardziej zniszczony.
We wrześniu tego roku, dwa tygodnie temu, do wsi przyjechała komisja z urzędu gminy w Sandomierzu — trzech urzędników w garniturach i pani inspektor budowlana z teczką pełną papierów. Okazało się, że budynek grozi zawaleniem i gmina planuje go rozebrać, bo utrzymywanie ruiny generuje tylko koszty, a działka po rozbiórce ma zostać sprzedana pod zabudowę jednorodzinną. Cena, jaką podano na zebraniu wiejskim, to sto dwadzieścia tysięcy złotych za działkę o powierzchni ośmiuset metrów.
Zebranie w remizie strażackiej trwało trzy godziny. Sołtys, pan Kazimierz Wróbel, próbował uspokoić ludzi, mówiąc, że to tylko ziemia, że budynek i tak jest niebezpieczny. Ale wtedy wstała Halina Kubik, która miała osiemdziesiąt jeden lat i chodziła o lasce, i powiedziała, że w tym klubie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku poznała męża i że jeśli gmina go zburzy, to niech chociaż zostawi kawałek muru, tablicę, cokolwiek. Sołtys milczał chwilę, a potem powiedział, że przekaże to do urzędu, ale nic nie obiecuje.
Ja wtedy wstałam i zaproponowałam coś innego: żeby mieszkańcy sami złożyli wniosek o wpisanie budynku na listę zabytków gminnych — nie całej Polski, bo na to nie było szans przy takim stanie technicznym, ale przynajmniej lokalnej ewidencji, która dałaby pół roku na znalezienie innego rozwiązania niż rozbiórka. Zebrałam trzydzieści siedem podpisów tego samego wieczoru, w zeszycie w kratkę, który przyniosła bibliotekarka z pracy.
Miesiąc później przyszła odpowiedź z urzędu: wniosek przyjęto, budynek wpisano do gminnej ewidencji zabytków, decyzję o rozbiórce wstrzymano na czas oceny konserwatorskiej. To nie oznacza, że klub odżyje jako sala taneczna — konserwator prawdopodobnie zaleci tylko zabezpieczenie dachu i murów, żeby budynek nie runął sam z siebie. Ale nie zniknie z krajobrazu, tak jak nie zniknęła stara szkoła w sąsiedniej wsi, którą w podobny sposób uratowano dziesięć lat temu i teraz mieści się tam świetlica.
W zeszłą sobotę poszłam tam z wnuczką, ma jedenaście lat. Pokazałam jej miejsce przy oknie, gdzie stała orkiestra, i powiedziałam, że tu poznałam jej dziadka. Ona spytała, czy mogłaby kiedyś zatańczyć w tej samej sali. Nie umiałam jej obiecać, że to się stanie. Powiedziałam tylko, że przynajmniej ściany zostaną — a to, co się w nich wydarzy dalej, to już nie jest coś, co da się z góry zaplanować, tylko coś, co się okaże.
