Kiedy Zjazd po Latach Odnalazł To, Co Przegapiliśmy w Liceum w Radomiu

Nazywam się Marek, mam trzydzieści cztery lata i pracuję jako technik dentystyczny w Radomiu. Piszę to, bo moja żona twierdzi, że nigdy nie opowiedziałem tej historii tak, jak ją naprawdę pamiętam – zawsze z jej strony, zawsze o tym, jak ona mnie widziała. No to teraz moja wersja.

W liceum byłem w klasie 3B, ona w 3D. Nie znaliśmy się właściwie wcale – może dwa razy zamieniliśmy się kilkoma zdaniami na korytarzu, kiedy czekało się w kolejce do automatu z kawą przy sekretariacie. Nazywała się wtedy Kasia Wróblewska. Pamiętam ją głównie z odległości: siedziała zawsze w drugiej ławce od okna na apelach, miała ten swój zeszyt w kratkę obklejony naklejkami zespołu, którego już nikt dzisiaj nie pamięta.

Otoczony kumplami – tak to wyglądało z zewnątrz, przyznaję. Ale prawda jest taka, że tamta paczka to była głównie maska. Bałem się, że jak podejdę do dziewczyny, z którą nie mam żadnego wspólnego tematu, to się ośmieszę przy całej klasie. Więc wolałem trzymać się chłopaków od piłki nożnej i udawać, że mnie to wszystko nie interesuje.

Zmieniałem trasę na przerwach. To akurat prawda, którą przyznałem dopiero po latach. Sala 214, gdzie miała historię, była w zupełnie innej części budynku niż moja klasa – a ja i tak tam chodziłem, żeby "przypadkiem" ją minąć. Kilka razy nawet wymyśliłem sobie, że muszę oddać jakiś zeszyt koledze, którego tam w ogóle nie było.

Matura, rozjazd, koniec. Ja zostałem w Radomiu, poszedłem na studia techniczne, potem przebranżowiłem się na technika dentystycznego – dłuższa historia. Miałem dwie poważniejsze związki, jeden trwał prawie cztery lata. Życie się toczyło. O Kasi pomyślałem może raz na rok, przy okazji jakiegoś zdjęcia klasowego, które ktoś wrzucał na Facebooku.

Zjazd absolwentów zorganizowano w grudniu, w sali bankietowej hotelu przy ulicy Żeromskiego – tej samej, gdzie moja siostra miała wesele. Nie chciałem iść. Miałem akurat urwanie głowy w pracy, poza tym te spotkania zawsze wydawały mi się trochę żenujące – ludzie, którzy przez piętnaście lat się nie odzywali, nagle udają wielką zażyłość przy stole z zimnymi paluszkami i winem za dwadzieścia złotych butelka.

Poszedłem, bo kumpel z klasy zagroził, że przyjdzie po mnie osobiście. Stałem przy barze, rozmawiałem z jakimś chłopakiem od WF-u, kiedy zobaczyłem ją przy wejściu, w ciemnoniebieskiej sukience, rozglądającą się, jakby szukała znajomej twarzy. I coś mnie po prostu pociągnęło w jej stronę – bez zastanowienia, bez tej całej kalkulacji sprzed lat.

Powiedziałem jej imię, zanim zdążyła się przedstawić komukolwiek. Gadaliśmy chyba trzy godziny, siedząc na parapecie korytarza, bo w sali było za głośno od muzyki disco polo, którą ktoś puścił "dla nastroju". Zapytałem, gdzie zniknęła po maturze – i naprawdę tak to wtedy czułem, że po prostu przestała istnieć w moim polu widzenia, jakby ktoś ją wymazał.

Roześmiała się wtedy głośno, aż kelner się obejrzał. Nie rozumiałem, co jest tak śmieszne. Dopiero później wytłumaczyła mi, dlaczego to zabrzmiało absurdalnie z jej perspektywy.

Napisałem do niej następnego dnia rano, jeszcze przed pracą. Bałem się, że jeśli poczekam choć dzień, stchórzę i w ogóle nie napiszę. Odpisała po dwóch godzinach – pamiętam, bo sprawdzałem telefon między pacjentami jak jakiś nastolatek.

Miesiąc później byliśmy już parą. Wtedy, pewnego wieczoru u niej w mieszkaniu na Gołębiowie, przy herbacie, która już dawno wystygła, powiedziała mi, że podobałem jej się przez prawie całe liceum. Zacząłem się śmiać – nie z niej, tylko z absurdu sytuacji, bo dokładnie to samo, tylko w drugą stronę, siedziało we mnie od piętnastu lat.

Powiedziałem jej wtedy o sali 214. O zeszycie, którego nikt nie potrzebował. O tym, że wiedziałem, gdzie siada na apelach, bo szukałem jej wzrokiem, zanim jeszcze wiedziałem, że to szukanie. Ona pamiętała naklejki na moim plecaku, których już dawno nie mam, i to, że raz pożyczyłem jej długopis na sprawdzianie z chemii i przez tydzień nie chciała go oddać, bo "może jeszcze przyjdzie po niego osobiście". Nie przyszedłem. Byłem za tchórzliwy.

Trzy lata po tamtym zjeździe wzięliśmy ślub w kościele na Borkach, wesele było w tej samej sali bankietowej przy Żeromskiego, gdzie się odnaleźliśmy – to był jej pomysł, nie mój, ale spodobał mi się od razu. W tym roku mija pięć lat małżeństwa. Mamy dwuletnie bliźniaki, Antka i Zosię, które potrafią rozłożyć cały dom w dziesięć minut, a ja i tak nie umiem im niczego odmówić.

Sprzeczamy się czasem – żartobliwie – kto powinien pierwszy odezwać się w liceum. Ona twierdzi, że wyglądałem, jakbym miał zawsze milion ważniejszych spraw niż rozmowa z nią. Ja odpowiadam, że ona robiła taką minę, jakby każdy, kto się do niej zbliży, miał zaraz zepsuć jej dzień.

Miesiąc temu, sprzątając strych po teściach, którzy się przeprowadzili, natknęliśmy się na pudło ze starymi zdjęciami z matury. Na jednym stoimy oboje – każde po drugiej stronie sali gimnastycznej, każde otoczone swoją paczką, dzielą nas może dwadzieścia metrów płytek w kratkę i piętnaście lat, o których wtedy żadne z nas nie miało pojęcia. To zdjęcie teraz stoi w ramce na komodzie w przedpokoju, obok pudełka z dokumentami do przedszkola bliźniaków – bo w styczniu zaczynamy zapisy, a miejsc w tej okolicy jest jak na lekarstwo.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: