Nazywam się Bożena Kural i od dwudziestu trzech lat prowadzę mały sklep spożywczy przy drodze wylotowej z Tarnobrzega w stronę Sandomierza. Widziałam tę historię tak, jak się widzi coś przez okno kasy — kawałkami, między jednym klientem a drugim, ale widziałam ją od początku do końca, bo dom pana Ryszarda Osucha stał niecałe sto metrów od mojego sklepu.
Pan Ryszard mieszkał w tym domu z żoną i synem, odkąd pamiętam. Dom nie był jakiś wielki — piętro, kawałek ogrodu, stara grusza pod płotem, która co roku obsypywała owocami cały chodnik. Kiedy w mieście ogłosili, że będzie budowana nowa obwodnica, żeby odciążyć ruch tirów jadących na przejście graniczne, wszyscy sąsiedzi zaczęli dostawać pisma od generalnej dyrekcji dróg. Też dostałam takie pismo, bo kawałek mojej działki miał wejść pod wjazd na rondo. Podpisałam, dostałam odszkodowanie, przeniosłam płot o cztery metry i tyle.
Pan Ryszard nie podpisał.
Zaproponowali mu — słyszałam to od jego żony, Krystyny, która przychodziła do mnie codziennie po chleb i gazetę — osiemset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych plus lokal zastępczy w bloku na osiedlu Serbinów. Dla niego to było za mało. Mówił, że dom budował jego ojciec własnymi rękami po wojnie, że grusza jest starsza od niego samego, że za taką sumę nie kupi już nigdzie kawałka ziemi z ogrodem, tylko klatkę schodową i sąsiadów zza ściany. Odmówił raz, potem drugi. Urzędnicy przychodzili, tłumaczyli, że projekt jest już zatwierdzony, że inwestycja rządowa nie czeka na jednego właściciela. On i tak nie podpisał.
I wtedy zaczęło się to, czego nikt się nie spodziewał — projektanci po prostu narysowali drogę wokół jego działki.
Pamiętam dzień, kiedy przyjechały koparki. Stanęłam w drzwiach sklepu z kubkiem kawy, bo akurat nie było klientów, i patrzyłam, jak jezdnia zakręca łukiem, omija ogrodzenie pana Ryszarda jakieś dwadzieścia metrów od domu, i po drugiej stronie znowu się prostuje. Dwa pasy z jednej strony, dwa z drugiej, most nad rzeczką Trześniówką kawałek dalej — a pośrodku tego wszystkiego, jak wyspa, stał dom z czerwonym dachem i tą gruszą.
Sąsiedzi śmiali się z tego z początku. Ktoś nawet zrobił zdjęcie z drona i wrzucił na lokalną grupę na Facebooku, podpisując: "Twierdza Osuchów". Ale śmiech szybko się skończył, bo ruch na tej obwodnicy okazał się większy, niż ktokolwiek przewidywał — po trzysta, czasem czterysta tirów dziennie, jadących w stronę przejścia w Korczowej.
Krystyna przestała u mnie kupować chleb codziennie. Zaczęła przychodzić rzadziej, coraz bardziej zmęczona. Mówiła, że w domu nie da się już otworzyć okna latem, bo kurz z drogi osiada na firankach w ciągu godziny. Że syn, który miał wtedy jakieś dwadzieścia sześć lat, zaczął nosić słuchawki nawet przy śniadaniu, bo warkot silników budził go o piątej rano. Że grusza obrodziła ostatni raz w tamtym roku, a potem zaczęła usychać od spalin — nikt nie wie, czy to naprawdę spaliny, ale tak to sobie tłumaczyli.
Raz przyszła do mnie z workiem po ziemniakach, żeby przynieść mi trochę cebuli z ogródka, i powiedziała coś, czego nie zapomnę. Że Ryszard w nocy nie śpi, tylko siedzi w kuchni i liczy coś na kartce. Nie pieniądze — bo pieniądze dawno przeliczył na wszystkie strony. Liczył lata. Ile lat jeszcze zostało, żeby to jeszcze miało sens.
Pytałam ją wprost, czy żałuje, że nie podpisali tamtej ugody. Popatrzyła na worek z cebulą, jakby to on miał jej odpowiedzieć, i powiedziała tylko: "Ryszard mówi, że nikt go nie zrozumiał. Ale ja myślę, że to on siebie źle policzył".
Rok temu — dokładnie w listopadzie, bo pamiętam, że akurat zaczynałam wystawiać choinki na sprzedaż przed sklepem — Krystyna umarła. Serce. Lekarz z pogotowia, który przyjechał tamtej nocy, musiał zostawić karetkę przy wjeździe na obwodnicę i iść pieszo przez wąski przesmyk między barierkami, bo żaden pojazd ratunkowy nie mieścił się na dojeździe do tego domu. Osiem minut dłużej niż zwykle. Nikt nie powiedział wprost, że to miało znaczenie. Ale wszyscy w Tarnobrzegu o tym gadali.
Po pogrzebie pan Ryszard przyszedł do mojego sklepu pierwszy raz od chyba dwóch lat. Kupił paczkę papierosów, chociaż rzucił palenie jeszcze za czasów Krystyny. Stał przy ladzie dłużej, niż trzeba było, i powiedział mi coś, czego nie prosiłam, żeby mówił. Że gdyby wtedy podpisał, mieszkaliby teraz w bloku na Serbinowie, może mniejsze mieszkanie, ale ciche, spokojne, z windą, blisko przychodni. Że Krystyna prosiła go dwa razy, żeby się zgodził, a on za każdym razem powiedział jej, że ona się na tym nie zna.
Syn, Marek, sprzedał dom osiem miesięcy później. Nie generalnej dyrekcji dróg — bo ci już dawno przestali być zainteresowani, obwodnica stała gotowa i działała — tylko prywatnej firmie, która chciała postawić tam stację paliw z myjnią dla tirów. Za dom otoczony z dwóch stron jezdnią zapłacili sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Marek przyszedł do mnie z aktem notarialnym w teczce, jeszcze zanim poszedł podpisać u notariusza w mieście, i zapytał, czy mogę mu przechować na chwilę pudło ze zdjęciami rodzinnymi, bo w nowym mieszkaniu nie ma jeszcze gdzie ich postawić.
Postawiłam to pudło na zapleczu, obok skrzynek z wodą mineralną. Stoi tam do dziś, bo Marek jeszcze po nie nie wrócił.
Pan Ryszard mieszka teraz sam, w wynajętej kawalerce na Wielowsi, dwa kilometry od dawnego domu. Czasem, kiedy jadę autobusem w stronę cmentarza, widzę przez okno tę wyspę pośrodku obwodnicy — starą gruszę, uschniętą do połowy, i fundamenty domu, który firma zaczęła już rozbierać pod stację benzynową. Nikt nie stawia tam pomnika ani tablicy. Zostanie po tym tylko zakręt drogi, trochę szerszy niż powinien być, i ludzie, którzy nie znając historii, będą się zastanawiać, po co komu taki łuk na prostej drodze do granicy.
