Marta miała dziesięć lat, gdy dziadek posadził ją na taborecie w oborze i powiedział, że pies, który tam skomlał w kącie, nazywa się Kostek i od dziś jest jej.
— Będzie ci wierny, jak nikt na świecie — powiedział dziadek, ocierając ręce o spodnie. — Ale musisz o niego dbać. Pies nie wybiera, komu ufa. Wybiera raz i już.
Kostek był kundlem znalezionym przy drodze do Mrągowa, chudym jak deska, z jednym uchem postawionym i drugim zwisającym. Marta karmiła go z ręki, spała przy nim w stodole, gdy babcia nie patrzyła, i przysięgała sobie, że nigdy go nie zostawi.
Minęło trzynaście lat. Gospodarstwo dziadków przejął stryj Zenon, człowiek, który uważał, że sentymenty nie karmią krów. Dziadek zmarł dwa lata wcześniej po długiej chorobie serca — Marta pamiętała, jak trzymała go za rękę na korytarzu szpitala w Kętrzynie, jak jego palce zesztywniały, zanim zdążyła powiedzieć wszystko, co chciała. Babcia odeszła pół roku później, we śnie, i Marta znalazła ją rano, gdy przyjechała na weekend — z filiżanką wystygłej herbaty na stoliku, jakby babcia tylko wyszła na chwilę do sadu. Marta wyprowadziła się wtedy do Olsztyna, gdzie pracowała w biurze rachunkowym i wracała do rodzinnej wsi tylko na święta, bo dom bez dziadków był jak pokój, w którym ktoś zgasił światło.
Zadzwoniła do niej sąsiadka, pani Halina, w środę wieczorem.
— Marta, przyjeżdżaj szybko. Zenon chce oddać Kostka do schroniska. Mówi, że pies jest za stary, za dużo je, a on chce postawić na tym miejscu nowy kurnik.
Kostek miał już dwadzieścia lat, wiek, w którym pies powinien dawno odejść, a jednak wciąż tu był, jakby czekał. Ledwo chodził, ślepł na jedno oko, sierść miał wyleniałą przy karku, ale gdy usłyszał przez telefon głos Marty, którym pani Halina przyłożyła słuchawkę do jego ucha, machnął ogonem raz, potem drugi.
Pojechała tej samej nocy, trzy godziny drogi krajówką, z sercem walącym jak młot. Zastała stryja już z klatką transportową załadowaną na przyczepę.
— Nie oddasz go — powiedziała, stając między nim a przyczepą.
— To mój teren, Marta. Dziadek nie zostawił żadnego testamentu w sprawie psa. Kostek je, zajmuje miejsce, a ja mam plany.
— To ja go zabieram. Teraz.
Zenon roześmiał się krótko, bez cienia wesołości.
— Do bloku? Ten pies zdechnie w twoim mieszkaniu w tydzień. Tu ma przynajmniej powietrze.
— Powietrze, które go zabija, bo śpi na betonie w oborze, bo nikt mu nie daje leków na stawy, które przepisał weterynarz. Widziałam receptę u ciebie na kuchennym stole, nieodebraną od miesiąca.
Stryj popatrzył na nią dłużej niż zwykle, jakby dopiero teraz zobaczył, że dziewczynka z taboretu wyrosła na kogoś, kto się nie cofnie.
— Zabieraj go więc. Ale nie licz, że jeszcze kiedyś staniesz na tej ziemi jako gość mile widziany.
Marta otworzyła klatkę, wyjęła Kostka, owinęła go w koc z bagażnika i posadziła na tylnym siedzeniu samochodu. Pies położył pysk na jej ramieniu, gdy ruszała, i tak jechali całą drogę do Olsztyna — ona z oczami utkwionymi w pasach na jezdni, on z cichym sapaniem, które brzmiało jak westchnienie ulgi.
Weterynarz w Olsztynie powiedział jej wprost: Kostek ma może pół roku, rok, jeśli będzie miał spokój i odpowiednie leczenie. Marta zrobiła mu legowisko przy kaloryferze, kupiła maty antypoślizgowe na podłogę, nauczyła się robić zastrzyki z witaminami.
Przez kolejnych osiem miesięcy Kostek budził ją co rano, skrobiąc łapą w drzwi sypialni, dokładnie tak jak robił to w oborze trzynaście lat wcześniej. Zmarł we śnie, w swoim legowisku, pewnego lutowego poranka, gdy za oknem sypał śnieg.
Marta pochowała go pod jabłonią na działce znajomej, bo w bloku nie było gdzie. Wykopała dół sama, łopatą pożyczoną od sąsiada, mimo że ziemia była na wpół zmarznięta i szło jej to wolno, centymetr po centymetrze. Postawiła kamień z wyrytym imieniem i datą.
Rok później, w lutym, przyjechała tam znowu. Śnieg leżał na kamieniu grubą warstwą, więc uklękła i zgarnęła go rękami, aż odsłoniła napis. Postawiła obok małą świeczkę w słoiku, taką, jakie stawia się na grobach na Wszystkich Świętych, i zapaliła ją zapałką, osłaniając płomień dłonią od wiatru, dopóki nie złapał się knota na dobre.
