Świece na torcie jeszcze się paliły, kiedy ojciec stuknął łyżeczką w kieliszek.
— Kochani. Sześćdziesiąt pięć lat to wiek, żeby podsumować. I ja postanowiłem: firmę przekazuję Kamilowi.
Ktoś się zakrztusił winem. Ktoś się roześmiał, myśląc, że to żart z okazji urodzin. Agata siedziała z widelcem w ręce i patrzyła na ojca przez stół, przez te głupie gałązki eukaliptusa, które sama rano wpinała w serwetki w sali bankietowej przy ulicy Piotrkowskiej.
— Tato — powiedziała. — O czym ty teraz mówisz?
— O szkółce, Agusiu. O „Floranie". Twój brat pięć lat siedział w takim miejscu, że nie daj Boże. Słaby jest, rozumiesz. A ty jesteś silna. Ty to udźwigniesz.
Kamil siedział dwa krzesła dalej i patrzył w talerz. Chudy, w nowej koszuli, którą najwyraźniej kupiła mu matka. Trzydzieści dziewięć lat, a ręce złożone jak u pierwszoklasisty na akademii.
— Ja pięć lat — zaczęła Agata i urwała.
— Co pięć lat?
— Nic, tato. Gratuluję.
Wstała i poszła do toalety. Nie płakać. Liczyć.
Pięć lat temu przyszła do ojca z dyplomem ogrodnictwa i powiedziała: biorę to na siebie. Miał wtedy jeden stragan na targu przy Rokicińskiej i szklarnię po dziadku, całą w dziurach w folii. Teraz — dziewięć punktów sprzedaży w Łodzi i okolicach, kontrakty z trzema sieciami marketów budowlanych, hurtownia w Zgierzu i sklep internetowy, który uruchomiła dwa lata temu. Obrót za zeszły rok — prawie dwadzieścia dwa miliony złotych. Znała każdą liczbę, bo sama je liczyła co miesiąc do trzeciej w nocy.
W toalecie pachniało jaśminowym odświeżaczem. Agata spojrzała w lustro — tusz nie spłynął, chwała Bogu. Trzydzieści dwa lata, kok, kolczyki od Bartka na rocznicę. Bartek zresztą siedział przy stole i uśmiechał się do jej ojca jak do własnego.
Wróciła.
*
— Agusiu, ty zrozum — ojciec dogonił ją przy samochodzie, kiedy goście się rozjeżdżali. — To nie na zawsze. Kamil dojdzie do siebie, wprowadzę go w interes, a ty przy nim zostaniesz. Jako zastępca. Może za rok, dwa, wydzielimy ci udziały.
— Tato. Ty mu już akt podpisałeś?
— Jutro u notariusza. No a jak inaczej. Słowo się rzekło.
— Sto procent?
— Agusiu, no. — Ojciec spuścił wzrok. — Sto.
— A mnie?
— A tobie pensja. Tobie i tak sześć osiem wychodzi, sprawdzałem. Inne florystki tyle nie mają.
— Ja nie jestem florystką, tato. Jestem dyrektorem rozwoju.
— No widzisz, jakie stanowisko. — Zaśmiał się niezręcznie, jakby sam czuł, że plecie bzdury. — Córeczko, nie dąsaj się. Idź, powiedz Bartkowi, żeby cię odwiózł. Blada jesteś.
Bartek wiózł ją w milczeniu. Skręcił w Aleję Włókniarzy, potem w stronę Retkini. Ich mieszkanie na siódmym piętrze, dwa pokoje, było zapisane na spółkę „Florana". Ojciec tak robił ze wszystkimi kluczowymi pracownikami — mieszkanie służbowe. Taniej niż dobijać pensją.
— Bartek.
— Mhm.
— Słyszałeś, co powiedział?
— Słyszałem.
Zaparkował. Wyłączył silnik. I wtedy Agata pierwszy raz tego wieczoru poczuła, że zaraz zrobi się nieprzyjemnie.
— Aga. Ja od dawna chciałem pogadać. No, nie od dawna. Dziś dopiero zrozumiałem.
— Co zrozumiałeś?
— Że nie podpisywałem się na takie życie.
— Na jakie?
— Na takie, gdzie moja żona ma pensję florystki, a jej braciszek dziewięć sklepów. Ja, między innymi, jestem lekarzem. Anestezjolog w szpitalu im. Kopernika. Zarabiam siedem tysięcy. Myślałem, że my z tobą budujemy. A okazuje się, że ty budowałaś, a tobie napluto w twarz.
— Bartek, nie teraz.
— A kiedy? Auto mam — bo twój tata kredyt spłacił, wiem o tym. Mieszkanie — bo twój tata. Wszystko — bo twój tata. A okazuje się, twój tata to nie mój tata. To tata Kamila.
— Bartek.
— Ja nie jestem zły. Ja trzeźwo patrzę.
Wysiadła z samochodu i poszła do klatki. Nie poszedł za nią. Odwróciła się — siedział i patrzył w kierownicę.
*
Rano Bartka nie było. Nie było jego torby ze sportowej szafki, nie było maszynki do golenia ani ładowarki. Na kuchennym stole leżał kluczyk od samochodu — jej samochodu, tej właśnie hondy, którą kupili za jej premię trzy lata temu, ale zarejestrowali czemuś na niego.
I kartka.
„Aga. Auto zabieram, bo formalnie jest moje. Składam pozew o rozwód. Nie dzwoń, pogadamy przez adwokata. Przepraszam."
Agata przeczytała trzy razy. Potem umyła twarz zimną wodą, umalowała się i pojechała do pracy tramwajem. Do szklarni w Zgierzu było czterdzieści minut z jedną przesiadką.
W biurze czekał ojciec. Z Kamilem.
— Córeczko, słuchaj. Kamil od poniedziałku będzie wchodził w temat. Ty mu wszystko pokaż. Umowy, dostawców, no sama wiesz.
— Dobrze.
— I jeszcze jedno. — Ojciec przestąpił z nogi na nogę. — Mieszkanko twoje. Przecież na firmie jest. Kamil nie ma gdzie mieszkać, u matki dwa pokoje, ciasnota. Wyprowadzisz się na razie?
— Dokąd?
— No wynajmiesz coś. Dorzucę na pierwszy miesiąc.
Kamil milczał. Patrzył w podłogę.
— Kamil — powiedziała Agata. — Ty w ogóle się na to wszystko zgadzasz?
Podniósł oczy. Zmęczone, jak u człowieka, który pięć lat nie spał porządnie.
— Aga. Ja nie prosiłem. Ojciec sam.
— Ale nie odmawiasz?
— A gdzie się podzieję. Po wyjściu nikt mnie nigdzie nie weźmie. A tu gotowe.
— Kamil, ty się na kwiatach znasz?
— Nic a nic.
— No i widzisz.
Ojciec chrząknął:
— Agusiu, nie naciskaj na brata.
— Tato. On ma trzydzieści dziewięć lat. Nie odróżni hortensji od hibiskusa.
— Nauczy się. Ty się przecież nauczyłaś.
Agata popatrzyła na ojca. Na marynarkę, którą sama mu kupiła na sześćdziesiąte piąte urodziny. Na krawat, który zawiązywała wczoraj o siódmej trzydzieści rano, bo ręce mu drżą od nadciśnienia i węzłów sam nie wiąże już od trzech lat. Na siwe skronie.
— Tato. Ja się zwalniam.
— Nie wygłupiaj się.
— Zwalniam się. Dziś napiszę wypowiedzenie.
— Agusiu. — Ojciec przemówił nagle cicho i groźnie. — Dokąd pójdziesz? Masz trzydzieści dwa lata, w papierach jeden wpis — moja „Florana". Nikt cię nigdzie nie weźmie. A ja cię z powrotem nie przyjmę, jak fortel wywiniesz. Pomyśl.
Agata się nie zatrzymała, żeby myśleć. Wyjęła telefon, otworzyła notatnik — ten sam, w którym pięć lat prowadziła wszystkie umowy — i wysłała jedną wiadomość. Do Renaty Kowalik, prawniczki, z którą negocjowała każdy kontrakt z sieciami marketów, i która nieraz powtarzała: Agata, ty tu jesteś firmą, nie twój ojciec, kiedyś to sobie zapamiętaj.
Wypowiedzenie napisała odręcznie, tam, przy biurku, na kartce z bloku do zamówień. Podała ojcu. Nie czekała, aż przeczyta.
Do wieczora wiedziała już, co ma zrobić.
Bo pięć lat temu, kiedy zakładała stronę internetową „Florany", zrobiła to nie jako pracownica, tylko jako współwłaścicielka jednoosobowej działalności, którą sama zarejestrowała na siebie — „AgroKwiat Agata Wolska" — bo ojciec nie chciał zawracać sobie głowy stroną, hurtownią w Zgierzu ani logistyką z Bukowca. Powiedział wtedy: rób se, córcia, jak chcesz, mi to bez różnicy, ważne żeby działało. I podpisał umowę o współpracy między „Floraną" a jej firmą — na piśmie, u notariusza, bo wtedy chciał, żeby wszystko było czysto na kontraktach z sieciami.
Hurtownia w Zgierzu, sklep internetowy, kontrakty z trzema sieciami marketów budowlanych — wszystko to od pięciu lat szło przez „AgroKwiat", nie przez „Floranę". Ojciec nigdy nie czytał drobnego druku. Podpisywał, co mu podsunęła, bo ufał.
Trzy dni później Agata usiadła w kancelarii Renaty z segregatorem umów i wyciągnęła kalkulator. Sto dziewięć procent obrotu firmy ojca szło przez jej działalność. „Florana" bez „AgroKwiatu" miała jeden zdezelowany magazyn i dwanaście punktów sprzedaży bez dostawców, bez strony, bez umów z sieciami.
Zadzwoniła do ojca sama, spokojnie, w środę po południu, siedząc na balkonie wynajętego mieszkania na Chojnach, patrząc, jak sąsiadka trzepie dywanik trzy piętra niżej.
— Tato. Od poniedziałku kończę współpracę „AgroKwiatu" z „Floraną". Umowa pozwala na wypowiedzenie z trzydziestodniowym okresem. Kamil zostanie z dwunastoma sklepami i bez jednego dostawcy.
Cisza w słuchawce trwała długo.
— Agusiu, ty nie możesz tak.
— Mogę, tato. Umowę sam podpisałeś. U notariusza Sikory, w dwa tysiące dwudziestym pierwszym.
Przyjechał sam, bez Kamila, do jej wynajętego mieszkania, w piątek wieczorem, z butelką soku pomarańczowego, bo pamiętał, że go lubiła jako dziecko. Stał w progu i milczał chwilę.
— Doniczkę z hibiskusem po matce zabrałaś — powiedział w końcu, patrząc na parapet.
— Zabrałam.
Usiadł przy stole, bez zaproszenia, i powiedział to, czego nie powiedział przy torcie: że bał się, że Kamil po wyjściu znowu coś zrobi sobie, że potrzebował dać mu coś w ręce, żeby miał dla kogo żyć, i że o niej nie pomyślał, bo była silna, bo zawsze była silna, a silnych się nie ratuje.
— Tato, ja rozumiem, czemu tak zrobiłeś. Ale ja nie jestem zapasowym kołem.
Podpisali nową umowę tydzień później, u tej samej Renaty. Nie oddała firmy ojcu z powrotem na starych warunkach. „AgroKwiat" pozostał jej, w stu procentach; z „Floraną" podpisała nowy kontrakt na dostawy — trzydzieści dwa procent marży zamiast dawnych osiemnastu, bo teraz negocjowała jako druga strona, nie jako córka. Kamilowi zostawiła dwanaście sklepów detalicznych bez logistyki — niech się uczy, jak umówił ojciec, tylko już bez niej za plecami.
Mieszkanie na Retkini zwolniła sama, zanim ojciec zdążył o nie poprosić drugi raz. Kluczyki oddała administracji spółki w kopercie, razem z pisemną rezygnacją z prawa do lokalu służbowego — nie chciała mieć nic wspólnego z majątkiem, który mógł jej zostać odebrany jednym podpisem przy urodzinowym torcie.
Rozwód z Bartkiem podpisała bez sprzeciwu, bez podziału majątku, bo majątku wspólnego prawie nie było — auto już zabrał, mieszkanie było firmowe. Na ostatniej rozprawie, w listopadzie, na korytarzu sądu przy Piotrkowskiej, Bartek podszedł, chciał coś powiedzieć.
— Aga, słuchaj, ja może przesadziłem wtedy…
— Bartek. — Otworzyła teczkę, wyjęła kopię wyroku, podpisała ostatnią stronę. — Powodzenia w Koperniku.
Odeszła korytarzem, teczka pod pachą, obcasy stukały o terakotę. Nie obejrzała się.
Pół roku później „AgroKwiat" otworzył własną szklarnię pod Rzgowem, osiemset metrów kwadratowych, z automatycznym nawadnianiem, które Agata wybierała sama przez dwa tygodnie, czytając recenzje na forach ogrodniczych do drugiej w nocy. Na furtce powiesiła własny szyld, zielony, z prostym napisem. Klucz do niej nosiła na jednym kółku razem z kluczem od nowego mieszkania — jednopokojowego, ale jej własnego, kupionego za kredyt, który sama negocjowała w banku, bez niczyjego poręczenia.
Ojciec przyjeżdżał czasem, w niedziele, przywoził wnukom sąsiadki cukierki, których nikt go nie prosił przywozić, i pytał o obrót, jakby wciąż był jej szefem. Agata odpowiadała ogólnikami i podlewała paprocie.
Kamil zadzwonił raz, w marcu, zapytać, jak się przycina hortensję na zimę. Powiedziała mu przez telefon, krok po kroku, cierpliwie, bo nie miała mu tego za złe — nigdy o nic nie prosił.
