Nie mam nikogo, kto zjadłby ze mną tort

Mam sto siedem lat i od rana krążę po kuchni jak w transie. Piekarnik u mnie w Żninie jest stary, jeszcze na propan-butan, ale ciągnie równo, więc upiekłem sobie ciasto na urodziny. Sam. Bo nie mam do kogo zadzwonić, nie mam komu podać widelczyk.

Nazywam się Bronisław Kotarba i przez sześćdziesiąt jeden lat byłem lekarzem weterynarii w tym mieście. Zaczynałem jeszcze przy PGR-ach, potem miałem własny gabinet przy rynku, tuż obok apteki, gdzie teraz jest sklep z telefonami. Leczyłem konie, krowy, potem coraz więcej psów i kotów, bo ludzie przestali trzymać inwentarz. Ożeniłem się raz, z Haliną, w pięćdziesiątym trzecim roku. Nie mieliśmy dzieci — ona nie mogła, a ja nigdy jej tego nie wypomniałem, choć moja matka próbowała. Halina zmarła w dwa tysiące drugim. Od tamtej pory jestem sam w tym domu przy Kcyńskiej, z ogrodem, który teraz zarasta, bo już nie mam siły przy nim klęczeć.

Wnuka nie mam, siostrzeńca też właściwie nie mam, bo jedyny, Tadeusz, wyjechał do Irlandii dwadzieścia lat temu i dzwoni raz w roku, w Wigilię, na pięć minut. W tym roku pewnie zapomni, bo urodziny mam w sierpniu, a nie w grudniu, więc nikt mi nie życzy.

Rano wyjąłem ze spiżarki mąkę, cukier, jajka od sąsiadki, pani Grażyny, która co tydzień przynosi mi dwie sztuki, bo ma kury i wie, że sam nie dojadę na targ. Zrobiłem ciasto piaskowe, jak piekła je Halina — bez przepisu, na pamięć, bo tyle razy patrzyłem, jak to robi. Polałem lukrem z cytryny. Postawiłem na stole, zapaliłem jedną świeczkę, bo sto siedem świeczek by mi dom spaliło, i usiadłem.

Za oknem, na podwórku, szczekał pies sąsiadów, jakiś kundelek imieniem Rex, a z telewizora u pani Grażyny dobiegało popołudniowe wydanie wiadomości — słyszę to przez ścianę, bo mieszkamy w bliźniaku. Zapach lukru mieszał się z wonią starego drewna, bo dom mam z tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku, belki jeszcze przedwojenne.

Siedziałem tak z widelczykiem w ręku, kawałek ciasta na talerzyku po Halinie — jednym z ostatnich, jaki został z całego serwisu — i myślałem, że to dziwne uczucie. Nie żal mi się zrobiło, nie. Bardziej zdziwienie, że dożyłem, a nie ma komu tego pokazać. Sto siedem lat i jeden talerzyk.

Wtedy zapukano do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo — poczta u mnie bywa raz w tygodniu, a pani Grażyna była już rano z jajkami. Otworzyłem, a w progu stała kobieta, której nie widziałem chyba piętnaście lat. Ewelina. Córka Haliny z pierwszego małżeństwa, ta, którą Halina urodziła, zanim mnie poznała, i którą ja właściwie wychowałem od jej ósmego roku życia, choć nigdy jej formalnie nie adoptowałem, bo ojciec żył i się nie zgadzał na papiery.

Stała tam z torbą z piekarni na rogu Kcyńskiej i Sądowej, w tej samej, gdzie kiedyś kupowaliśmy chleb z Haliną, i powiedziała, że przeczytała w gminnym biuletynie, że najstarszy mieszkaniec Żnina kończy sto siedem lat, i pomyślała, że to chyba ja, bo przecież ile może być w Żninie ludzi w tym wieku o nazwisku Kotarba.

Zaprosiłem ją do środka. Usiadła przy moim stole, zobaczyła mój samotny kawałek ciasta z jedną świeczką, i coś jej się w twarzy zmieniło — nie powiem, że spojrzała, bo to za mało, ona po prostu zamilkła na dłuższą chwilę, wpatrując się w ten talerzyk.

— Dlaczego pan mi nie dał znać, że to dzisiaj? — zapytała.

Powiedziałem jej prawdę: że nie miałem jej numeru, bo zmieniała telefony, że po pogrzebie matki straciliśmy kontakt, bo ona miała żal, że nie dopilnowałem, żeby po Halinie zostało coś więcej dla niej — trochę biżuterii, może grosz jakiś, a ja wtedy sam byłem w takim dołku, że nie umiałem tego wszystkiego dobrze rozdzielić, i pewnie zrobiłem to niesprawiedliwie, bo połowę oddałem na dom starców w Barcinie, gdzie Halina ostatnie miesiące leżała.

Ewelina wyjęła z torby pudełko z ciastkami z piekarni, postawiła obok mojego tortu i powiedziała, że nie przyszła się kłócić o stare sprawy, tylko dlatego, że akurat dzisiaj, tego samego dnia, pochowała swojego męża — Marka, zmarł tydzień temu na zawał, mieli razem dwadzieścia dziewięć lat małżeństwa — i po pogrzebie, wracając z cmentarza w Barcinie, przejeżdżała akurat przez Żnin i zobaczyła w gablocie urzędu ten wycinek o mnie.

— Pomyślałam, że jak ktoś ma sto siedem lat i nikogo nie ma, to chyba czas przestać się gniewać — powiedziała, kładąc dłoń na moim talerzyku, jakby chciała się upewnić, że jestem prawdziwy.

Siedzieliśmy tak z godzinę, ona opowiadała o swoim życiu w Bydgoszczy, o dwóch córkach, które ma, moich wnuczkach właściwie, choć nigdy ich nie poznałem, a ja opowiadałem jej o gabinecie, o koniach, których już nikt dziś nie trzyma, o tym, jak jej matka piekła to ciasto. W pewnym momencie wstała, poszła do przedpokoju, wyjęła z torby kopertę — dokumenty ze spółdzielni mieszkaniowej w Bydgoszczy, bo po śmierci Marka została jej mieszkanie trzypokojowe, za duże dla jednej osoby, i notarialnie chciała mi zaproponować, żebym się do niej przeprowadził, bo nie chce, żebym kończył sam, tak jak ona teraz sama kończy żałobę.

Podpisaliśmy tego dnia u notariusza w Żninie, dwa dni później, pełnomocnictwo, które pozwoliło jej zająć się moimi sprawami — kontem w banku, domem przy Kcyńskiej, który zdecydowałem się sprzedać sąsiadce, pani Grażynie, za rozsądną cenę sto dwadzieścia tysięcy złotych, bo ona od lat chciała powiększyć swoją działkę, a pieniądze te przekazałem w większości na fundację dla schroniska dla zwierząt w Bydgoszczy, bo przez sześćdziesiąt jeden lat leczyłem stworzenia, które nie miały głosu, i chciałem, żeby to dalej trwało, choćby beze mnie.

Talerzyk po Halinie zabrałem ze sobą, zawinięty w ręcznik, na dnie jedynej walizki, jaką spakowałem. Stoi teraz na kredensie w mieszkaniu Eweliny przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy, a obok niego, codziennie, ktoś stawia drugi talerzyk — jej albo jednej z wnuczek, które w końcu poznałem i które wołają na mnie dziadek, chociaż nigdy formalnie nim nie byłem.

W tym roku, na sto ósme urodziny, świeczek będzie więcej niż jedna. I będzie komu je zdmuchnąć razem ze mną.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: