– Musi wystarczyć na cały miesiąc! Mój mąż powiedział, że można się wyżywić samymi makaronami, więc zamierzam… nakarmić go właśnie tym.

– Musi wystarczyć na cały miesiąc! Mój mąż powiedział, że można się wyżywić samymi makaronami, więc zamierzam… nakarmić go właśnie tym.

– Po co ci tyle makaronów, Natalio? – zapytała zaskoczona przyjaciółka, widząc, jak wrzucam do wózka ogromny promocyjny pakiet.

– Musi wystarczyć na cały miesiąc! Mój mąż powiedział, że można się wyżywić samymi makaronami, więc zamierzam… nakarmić go właśnie tym – odpowiedziałam wesoło.

Od kiedy urodził się nasz synek, w naszej rodzinie wiele się zmieniło. Jakby to banalnie nie brzmiało, codzienność zatopiła nasz statek miłości. Teraz wszystko wyglądało inaczej. Zrezygnowałam z pracy, a ponieważ pracowałam nieoficjalnie, nie dostawałam żadnych świadczeń macierzyńskich. To mocno uderzyło w nasz rodzinny budżet, ale mąż powtarzał jedno: damy radę!

Z czasem było tylko gorzej. Dziecko wymagało coraz większych wydatków, a mąż wyraźnie nie był na to gotowy.

– Szymkowi potrzebny jest kombinezon na wiosnę. Niedługo w zimowym będzie mu za gorąco – zaczęłam rozmowę.

– Kup za pieniądze z zasiłku na dziecko. Przecież po to go dostajesz – zasugerował mąż.

– Już je wydałam na czynsz za ten miesiąc – od razu „ucieszyłam” go wiadomością.

– To ucz się porządnie gospodarować budżetem! Ja muszę kupić części do samochodu.

Takie kłótnie pojawiały się coraz częściej. Andrzejowi trudno było zaakceptować fakt, że teraz odpowiada nie tylko za siebie, ale za całą naszą rodzinę.

W pewnym momencie znalazłam dorywczą pracę w domu. Praca nie była trudna, ale wymagała czasu. A przy małym, niespokojnym dziecku nie zawsze udawało mi się posprzątać i ugotować, ale jakoś trzeba było się kręcić.

Mąż znowu był niezadowolony:

– Nie mogłaś przez cały dzień przygotować obiadu? Wracam z pracy głodny, a tu wszystko w nieładzie…

– Miałam dużo roboty, Szymek był marudny przez cały dzień, dlatego nic nie zdążyłam – próbowałam się tłumaczyć.

– To organizuj sobie czas, żeby wszystko ogarniać. Przecież cały dzień jesteś w domu! – odpowiedział ze złością Andrzej.

– Andrzeju, nie wydaje ci się, że ja muszę ogarniać za dużo – i pieniądze, i czas, i wychowanie syna? Ty wracasz z pracy i na tym kończą się twoje obowiązki – nie mogłam już powstrzymać emocji.

Andrzej włożył kurtkę i wyszedł, głośno trzaskając drzwiami. W tamtej chwili było mi bardzo przykro. Naprawdę starałam się pomóc mężowi finansowo. Inne młode mamy zrozumieją, jak trudno połączyć niemowlę, pracę i dom. Ale Andrzej tego nie rozumiał. Uważał, że skoro on pracuje i utrzymuje rodzinę, to reszta spada na mnie.

Kiedyś rozmawiałam z moją przyjaciółką Kasią, która też miała małe dziecko. Bardzo się zdziwiłam, że u nich w domu wszystko wygląda zupełnie inaczej. Ona nawet zdążała chodzić do salonów piękności, dbać o siebie i spotykać się z koleżankami.

– Kasiu, wybacz, ale jak ty to robisz? Nie pracujesz, skąd masz czas i pieniądze na siebie? Ja staram się zarobić chociaż na dziecko i nawet to mi nie wychodzi – dziwiłam się.

– A na co masz męża? – odpowiedziała przyjaciółka, nie kryjąc zaskoczenia.

– Mój mąż… Wraca z pracy, kładzie się na kanapie i na tym kończy się jego misja – opowiedziałam ze smutkiem.

– Aha, o to chodzi! To niech ci płaci za nianię albo sprzątaczkę, skoro sam nie chce pomóc. Mój Wiktor po pracy i w weekendy zajmuje się córką, a ja załatwiam swoje sprawy. Od razu ustaliliśmy, że dziecko jest nasze wspólne i wysiłek na wychowanie będziemy dzielić po równo. Nie umrze, jak umyje naczynia czy odkurzy.

– Nianię…? Przesadziłaś! Ja się zastanawiam, skąd wziąć pieniądze na letni wózek, a ty mówisz o niani – zrozumiałam, w jak różnych warunkach żyjemy.

– Jesteś za dobra, Natalio! To powiedz mężowi, żeby zarabiał jak należy, skoro w żaden inny sposób nie potrafi pomóc. To nie mój charakter – stwierdziła przyjaciółka.

Andrzej nigdy nie starał się zarabiać więcej. Stanowisko kierownika w sklepie ze sprzętem sportowym w zupełności mu wystarczało. Nie ciągnęło go do niczego innego i nie miał większych ambicji.

Kiedyś myślałam, że powiedzenie „rodzinny statek rozbił się o życie codzienne” to tylko skrzydlate hasło. Teraz wiem, że to naprawdę prawda. Rzeczywistość okazała się smutniejsza, niż się spodziewałam. Musiałam zrezygnować z dorywczej pracy, bo synek często chorował i nie zostawało mi czasu na zarabianie. Na leki dla syna musiałam prosić moją mamę, ponieważ nie mogłam liczyć na pensję męża. Atmosfera w domu była bardzo napięta. Andrzej coraz później wracał z pracy, a po powrocie od razu szedł spać.

– Potrzebuję zimowej kurtki. W starej już zupełnie nie da się chodzić, ma sześć lat – powiedziałam kiedyś wieczorem do męża.

– Kup sobie kurtkę, a potem sama kombinuj, jak będziesz wydawać pieniądze na jedzenie. Chociaż i tak dużo wydajesz, może w końcu nauczysz się oszczędzać – odpowiedział Andrzej i zatonął w telefonie.

– Dobrze, spróbuję nauczyć się oszczędzać. Myślę, że zasłużyłam raz na sześć lat na kupno ubrania dla siebie! W końcu to ja chodzę z synem pieszo wszędzie i w każdą pogodę, a ty jeździsz samochodem.

W tamtym miesiącu kupiłam sobie ładną kurtkę i nie mogłam się nią nacieszyć. Jeśli chodzi o jedzenie, postanowiłam, że będziemy jeść makarony. Dlaczego nie? Skoro mąż mówił, że nie umiem gospodarować, to się nauczę.

Trzeciego dnia, widząc znowu te same makarony w lodówce, mąż oświadczył:

– Zapomniałaś gotować? Mamy teraz jeść same makarony codziennie?

– Będziemy jeść to, na co nas stać – odpowiedziałam swobodnie.

– To jesteś beznadziejną gospodynią! Skoro nie umiesz planować…

– Przepraszam, Andrzeju, ale nie umiem gotować „kaszy z siekiery”! Jedz to, na co zarobiłeś. Już dawno pora, żebyś pomyślał o lepszej pracy – w końcu powiedziałam mu wszystko, co czułam. – Mamy syna, który rośnie. To nasza wspólna odpowiedzialność. Wiedziałeś, że nie będę mogła pracować przez kilka lat, dopóki Szymek nie pójdzie do przedszkola.

– No i żonę sobie wziąłem! Inni mają normalne żony, a ja mam zrzędę!

Kiedy syn skończył rok, moja mama zgodziła się z nim zostać, żebym mogła wrócić do pracy. W końcu miałam własne pieniądze dla siebie i dla syna. Wydawało się, że życie zaczyna się układać i miałam nadzieję, że nasze życie rodzinne wróci do tego, co było przed narodzinami dziecka. Ale Andrzej nadal był ponury i prawie nie spędzał czasu ze mną i synem. Nawet się z tym oswoiłam, myśląc, że wszyscy tak żyją po kilku latach małżeństwa.

Zrozumiałam, że rodzinny statek nie rozbija się o codzienność, tylko o charaktery ludzi. Wszyscy przechodzą przez trudności małżeństwa i narodzin dzieci. Niektórzy je pokonują, inni nie. Niektórzy mają dość siły woli i odwagi, by wziąć odpowiedzialność, a inni płyną z prądem, obwiniając wszystkich wokół. A co wy sądzicie, drodzy czytelnicy? Czy postąpiłam słusznie, czy powinnam była bardziej wspierać i motywować męża?

P.S. A tak przy okazji, trzy lata później mąż się ze mną rozwiódł. Do tego czasu już od paru lat żyliśmy jak sąsiedzi, a on znalazł sobie kochankę na boku. Ja natomiast dostałam awans w pracy. Teraz z synem żyjemy dobrze i niczego sobie nie odmawiamy.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: