– Interesujące – powiedział spokojnie Maksym, czekając, aż zejdzie z drabiny. – Czyli doskonale radzisz sobie beze mnie, a noga wcale nie boli? – Przepraszam, synu – westchnęła Wera, spuszczając wzrok. – Lidia mnie namówiła. Powiedziała, że trzeba cię czymś zająć, żeby Irena mogła spotkać się z kimś innym. Jakiś syn znajomej, obiecujący biznesmen…
– Maksymie, mógłbyś mi pomóc w jednej sprawie…? – z trudem wykrztusiła Lidia, starając się nie pokazać, jak nieprzyjemna jest dla niej ta rozmowa. Ależ szczęście miała jej córka, wychodząc za takiego mężczyznę! Były przecież o wiele lepsze kandydatury.
Maksym podniósł wzrok na teściową. Jej twarz, zwykle surowa i wyniosła, teraz wyrażała dziwną mieszankę irytacji i rozpaczy. Uśmiechnął się w duchu: „Czy naprawdę aż tak bardzo tego potrzebuje, że nawet do mnie mówi uprzejmie?”
– Lidio, zaskoczyłaś mnie! – Maksym uśmiechnął się szeroko, wyraźnie ciesząc się chwilą. Doskonale wiedział, co teściowa o nim myśli, więc jej uprzejma prośba wydała mu się czymś nadzwyczajnym. – Niebo się zawaliło, czy co?
– Nie drwij – odparła kobieta surowo, zaciskając usta. – Jeśli to dla ciebie takie trudne…
– Nie, mów śmiało, słucham. Pomogę, w czym będę mógł.
– Moja siostra, Wera… – Lidia zrobiła pauzę, czekając na reakcję. Maksym skinął głową: tak, znał tę kobietę. W przeciwieństwie do innych krewnych zawsze traktowała go z szacunkiem i troską.
Pamiętał, że na ich weselu tylko ona wzniosła toast za szczęście jego i Ireny, zamiast życzyć „żeby ten ślub jak najszybciej się rozpadł”.
– Złamała nogę. Leży w gipsie i ledwo się porusza po domu. Teraz wiosna, a w ogrodzie tyle roboty: przekopać grządki, przyciąć krzewy, przygotować szklarnię… Do tego jej kot Bartuś zachorował – trzeba wezwać weterynarza i kupić leki.
Maksym mimo woli zmarszczył brwi. Planował spędzić weekend na rybach z kolegami – poczuć te godziny nad wodą, ciszę, plusk ryb, zapach ogniska…
Ale nie mógł tak po prostu odmówić – na dobro zawsze odpowiadał dobrem. Poza tym pamiętał Bartusia – puszystego rudego łobuza, który kiedyś ukradł mu kanapkę prosto z talerza.
– No i po planie – pomyślał Maksym. – Ale jak mogę odmówić komuś, kto zawsze był dla mnie dobry?
– To tylko kilka godzin dziennie. Do jej domu jest czterdzieści minut samochodem, a tam praca na dwie godziny. I tak jesteś na urlopie.
– Dobrze – westchnął Maksym. – Ale w zamian przestaniesz zapraszać mnie na wasze rodzinne obiady. Zawsze to samo: najpierw plotki, potem kazania. Mam już dość.
Przypomniał sobie ostatni taki obiad: Lidia, przyciskając koronkową chusteczkę do oczu, skarżyła się na zięcia.
– I wybrał sobie niepoważną pracę (programista – czy to w ogóle zawód?). Zarabia mało, a charakter ma nie do zniesienia.
– A co najgorsze – po kim on taki? Rodzice w ogóle go wychowywali? Porzucili dziecko, więc taki wyrósł!
Maksym tylko się uśmiechał w odpowiedzi. Nie chciał kłócić się z rodziną żony, choć bolało: nikt nie zauważał jego zalet, za to wady wyliczali z przyjemnością.
A on tymczasem był świetnym mężem! Zarabiał bardzo dobrze! Irena nie pracowała, chodziła na jogę, robiła manicure i spa.
W domu było wszystko, co potrzebne do wygodnego życia: robot sprzątający, multicooker, zmywarka, nowoczesna pralka z suszarką.
Maksym sam zrobił remont w ich mieszkaniu – przeprojektował kuchnię i odnowił łazienkę. Majątek rodzinny też był w porządku – przestronne mieszkanie w nowej dzielnicy, samochód, domek letniskowy pod miastem.
– Może oni po prostu nie widzą, ile wkładam w nasze życie? – zastanawiał się Maksym. – Czy nie chcą widzieć?
– Ale najważniejsze, że kocham Irenę. I jeśli dla jej spokoju muszę pomóc ciotce, nawet kosztem zepsutego weekendu – zrobię to.
Gdy Maksym przyjechał do Wery, dzień okazał się wyjątkowo słoneczny. Promienie wiosennego słońca przebijały się przez gołe gałęzie drzew, a z ziemi unosiła się lekka para – wiosna brała swoje prawa.
– Ciociu Wero, jak to się stało? – Maksym pokręcił głową, patrząc, jak kobieta ostrożnie przestępuje z nogi na nogę. Gips sięgał do kolana i wyraźnie trudno jej było się poruszać. Bartuś ocierał się o nogi gościa, zadowolony z nowego „właściciela”.
– Sama nie wiem – westchnęła starsza pani. – Poślizgnęłam się na mokrych kafelkach w łazience. Dziękuję ci, Maksymie! Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
– Lidia proponowała, żebym na jakiś czas przeniosła się do niej, ale nie chcę zostawiać domu. A co jeśli coś się stanie pod moją nieobecność? No i Bartuś beze mnie by się nudził.
– Nie ma za co – uśmiechnął się Maksym, popijając herbatę. – Do końca miesiąca jestem twoim pomocnikiem.
Zabrał się do pracy z entuzjazmem. Przekopał grządki, przyciął suche gałęzie, naprawił furtkę, zrobił zakupy. Wera tylko wzdychała z zachwytem:
– Jaki ty jesteś złoty, Maksymku!
A Bartuś chodził za nim krok w krok, jakby sprawdzał, czy wszystko jest zrobione jak należy.
Pewnego dnia, już podjeżdżając do sklepu, Maksym nagle zorientował się, że zostawił telefon u ciotki. Zaklął, zawrócił i pojechał z powrotem. Klucze miał – Wera dała mu je pierwszego dnia, żeby nie musiał jej niepotrzebnie niepokoić.
Cicho otworzył drzwi i zamarł w progu. Zamiast leżeć w łóżku, Wera żwawo wspinała się po drabinie, sięgając po pudła na strychu. Bartuś siedział na dole i uważnie obserwował swoją panią, jakby aprobował jej zwinność.
– Jak to możliwe? – przemknęło Maksymowi przez głowę. – Jeszcze wczoraj ledwo chodziła, a dziś…
– Interesujące – powiedział spokojnie Maksym, czekając, aż zejdzie. – Czyli doskonale radzisz sobie beze mnie i noga wcale nie boli?
– Oj, Maksymie… – zdenerwowała się starsza pani, czerwieniąc się. – To… Ja…
– Bądźmy szczerzy. Pomagałem ci z całego serca, niczego nie oczekując w zamian. A ty?
– Przepraszam, synu – westchnęła Wera, spuszczając wzrok. – Lidia mnie namówiła. Powiedziała, że trzeba cię czymś zająć, żeby Irena mogła poznać kogoś innego. Jakiś syn znajomej, obiecujący biznesmen… Nie znam szczegółów!
– Syn znajomej? – Maksym poczuł, jak wszystko w nim ziębnie. Przed oczami stanęły ostatnie tygodnie: Irena często wracała późno, była rozkojarzona, czasem odbierała telefony w innym pokoju. „Czy naprawdę byłem aż tak ślepy?”
– Dziś u Lidii będzie Andrzej – ten właśnie. Chce, żeby Irena lepiej go poznała i zrobiła dobre wrażenie!
– Nie myśl, że Irena cię zdradzała, widziała go tylko parę razy! Ale nie będę zaprzeczać, Irenka była tym bardzo podekscytowana…
– Dziękuję, że powiedziałaś – wycedził Maksym. – Chyba też wpadnę z wizytą.
– Tylko nie narób głupstw! – krzyknęła Wera za nim. – Och, co oni narobili… A Bartuś jak się zasmuci, jeśli się rozwiedziecie! On cię tak lubi…
W drodze Maksym starał się uspokoić. Jechał powoli, patrząc, jak mijają drzewa, domy i przechodnie. W głowie kłębiły się myśli: „Jak mogła? Ja się tak starałem, robiłem dla niej wszystko… Czy moje wysiłki nic nie były warte?”
– Robić awanturę? Nie, to nie w moim stylu – postanowił. – Po prostu przyjadę, zobaczę wszystko na własne oczy i podejmę decyzję.
– Mieszkanie kupione przed ślubem, samochód mój, domek letniskowy na rodziców. Sprzęt AGD? Niech zabiera, kupię sobie nowy. Biżuteria? Prezenty – więc jej.
Piąte piętro. Przez drzwi mieszkania Lidii dochodziły śmiech i brzęk kieliszków. Jak sąsiedzi to wytrzymują? Maksym na chwilę zamarł, głęboko odetchnął i nacisnął dzwonek.
– Maksym? – Lidia zamarła w progu zdezorientowana. – Co ty tu robisz? Przecież powinieneś być u Wery?
– Gdzie jest Irena? – Maksym zignorował pytanie.
– W domu pewnie – kobieta nerwowo przełknęła ślinę. Jej plany waliły się w oczach.
– Czyli jej tu nie ma? – Maksym uśmiechnął się, delikatnie odsunął teściową i wszedł do pokoju. Lidia prawie biegła za nim, próbując go zatrzymać.
W salonie przy dużym stole siedzieli goście: Irena, Andrzej, kuzynka z mężem i babcia ze strony ojca. Irena i Andrzej siedzieli blisko siebie; ona coś mu szeptała do ucha, a on się śmiał. Na widok Maksyma wszyscy zamarli.
– Oto odpowiedź – pomyślał Maksym. – Wszystko jasne bez słów.
– A oto i moja żona! – Maksym rozejrzał się po zebranych. W pokoju momentalnie zapanowała cisza. Zauważył, jak Irena pobladła, a jej dłoń spoczywająca na kolanie Andrzeja kurczowo się zacisnęła.
– A pan kim jest, jeśli wolno spytać? – Maksym starał się mówić spokojnie, ale głos mu zadrżał przy ostatnim słowie.
– Irena, jesteś mężatką? – wykrzyknął zaskoczony Andrzej. Jego twarz się wydłużyła, brwi powędrowały w górę. – Dlaczego mi nie powiedziałaś? To nieuczciwe!
Irena zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że przewróciło się z hukiem.
– Maksymie, to nie tak, jak myślisz! – jej głos drżał. – Mamo, powiedz mu!
Lidia pobladła i cofnęła się pod ścianę, jakby chciała wtopić się w tapetę w drobne kwiatuszki.
– A wy milczycie? – Maksym rozejrzał się po wszystkich. Babcia Ireny spuściła wzrok i nerwowo poprawiała koronkową serwetkę na kolanach. Kuzynka nerwowo zachichotała, ale zaraz zakryła usta ręką.
– No to powiem wprost: składam pozew o rozwód. Nie mamy majątku wspólnego ani dzieci. Możecie dalej się spotykać i planować przyszłość…
– Nie, na to się nie pisałem – gwałtownie wstał Andrzej. Odsunął krzesło, nawet nie próbując ukryć ulgi. – Beze mnie!
– Maksymie, proszę… – Irena zrobiła krok naprzód i wyciągnęła rękę. Oczy zaszły jej łzami, na policzkach wystąpiły czerwone plamy. – Pozwól mi wyjaśnić!
Maksym cofnął się o krok, unikając dotyku. Patrzył na żonę – na jej drżące usta, kosmyk włosów opadający na czoło, obrączkę, którą podarował jej w rocznicę – i nagle zrozumiał, że już nie czuje bólu. Tylko lekką melancholię i dziwne poczucie wyzwolenia.
– Rzeczy ci odeślę tutaj – powiedział zimno Maksym. – W moim mieszkaniu nie masz czego szukać.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Lidia próbowała złapać go za rękaw, ale zręcznie się uchylił.
– Maksymie, poczekaj! – krzyknęła Irena za nim. – Moglibyśmy porozmawiać!
Zatrzymał się w progu, ale się nie odwrócił.
– Po tym, co zobaczyłem? Na pewno nie!
Na zewnątrz było chłodno. Wiosenny wiatr bawił się jego włosami, przynosząc zapachy kwitnących drzew i wilgotnej ziemi. Maksym głęboko odetchnął i poszedł w stronę samochodu. Nie spieszył się – teraz miał mnóstwo czasu.
– Czy nic z tego nie było prawdziwe? – myślał Maksym. – A może po prostu zgubiła się wśród rad matki i rodzinnych oczekiwań?
Uruchomił samochód i pojechał nie do domu – nie chciał tam wracać – ale za miasto, do domku letniskowego. Tam, w ciszy, mógł wszystko spokojnie przemyśleć.
Domek przywitał go ciszą i zapachem starego drewna. Maksym otworzył okna, wpuścił świeże powietrze, zaparzył mocną kawę i usiadł na ganku.
Słońce chyliło się ku zachodowi, malując niebo na różowo-pomarańczowe. Gdzieś w oddali krzyczały ptaki, a w trawie grały świerszcze.
– Co dalej? – rozmyślał Maksym. – Mam pracę, mam gdzie mieszkać, mam przyjaciół. Jestem młody, zdrowy i mam wiele planów.
– W końcu mogę zająć się tym projektem, który odkładałem rok za rokiem. Mogę pojechać w góry, jak marzyłem. Mogę po prostu… żyć dla siebie.
Telefon w kieszeni zawibrował. Przyszła wiadomość od Wery:
– Maksymie, wybacz mi, kochany. Czuję się bardzo winna wobec ciebie. Jeśli chcesz, przyjedź jutro w gości, upiekę twój ulubiony placek z wiśniami. Bartuś bardzo za tobą tęskni.
Maksym uśmiechnął się. Palce szybko wystukały odpowiedź:
– Dziękuję, ciociu Wero. Przyjadę. I przyniosę coś smacznego dla Bartusia.
Odłożył telefon i znów spojrzał na zachód słońca. Niebo stało się ciemnopurpurowe. Gdzieś za lasem zahukała sowa. Maksym upił łyk wystygłej kawy i poczuł, że po raz pierwszy od dawna jest naprawdę spokojny.
– Życie toczy się dalej – pomyślał. – I być może to, co najciekawsze, dopiero nadejdzie.
