Zbigniew Kowalik, mąż nauczycielki emerytki z Radomia

Osiemdziesiąt cztery lata i pierwszy raz w życiu ktoś powiedział mi w oczy, że jestem podejrzany. Nie od razu, tylko takim tonem, jakby przez chwilę zastanawiał się, czy zadzwonić po kogoś. Doktor Wroński z poradni przy ulicy Focha, młody, może czterdzieści lat, patrzył na wynik badania mojej żony, a potem na mnie, jakby porównywał dwie różne historie.

Halina upadła w łazience w niedzielę rano, po mszy. Nic złamane, ale lekarz na SOR-ze przy Szpitalu Miejskim kazał zrobić prześwietlenie całego ciała, „na wszelki wypadek", bo miała osiemdziesiąt dwa lata i cukrzycę. I wtedy wyszły te stare blizny, ślady po urazach, o których ja sam dawno zapomniałem, choć to ja je znalazłem pierwszy, wtedy, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim.

Kazali mi wyjść z gabinetu. Siedziałem na plastikowym krześle na korytarzu, obok automatu z kawą, który akurat się zaciął, i słuchałem, jak ktoś w środku pyta moją żonę o mnie takim głosem, jakby czekał na przyznanie się do winy. Nie wiedziałem wtedy, co ona mówi. Dowiedziałem się dopiero później, gdy drzwi się otworzyły i doktor Wroński popatrzył na mnie tak, że poczułem chłód mimo trzydziestu stopni na zewnątrz.

— Panie Zbigniewie, proszę wejść.

Halina siedziała na leżance, uśmiechnięta, jakby to wszystko było jakimś nieporozumieniem, które zaraz się wyjaśni. A ja stanąłem w drzwiach i czułem, że zaraz ktoś mnie o coś oskarży, choć nie miałem pojęcia, o co konkretnie.

— Pana żona powiedziała mi, że od pięćdziesięciu czterech lat zmusza ją pan co wieczór, żeby pozwoliła panu oglądać jej ciało.

Powiedziałem tylko jej imię. Nic więcej mi nie wyszło z gardła.

A ona parsknęła tym swoim śmiechem, który znałem lepiej niż własny głos, i powiedziała: — Bez obaw, Zbyszku. Opowiedziałam mu wszystko.

Usiadłem obok niej, bo nogi mi się trochę ugięły, i dopiero wtedy pomyślałem, że w tym wszystkim jest jakaś sprawiedliwość, choć niewygodna. Bo ja rzeczywiście, każdego wieczoru od pięćdziesięciu czterech lat, każę jej zdejmować kapcie i siadać pod lampą w łazience. Sprawdzam stopy, dłonie, plecy. Każę się odwrócić. Podnieść ręce. Podciągnąć nogawkę piżamy. I ona miała rację, mówiąc lekarzowi, że ją do tego zmuszam — bo naprawdę zmuszałem. Tylko nikt jeszcze nie zapytał mnie, dlaczego.

To zaczęło się w siedemdziesiątym drugim, dwa lata po ślubie, kiedy Halina wracała z Radomia autobusem ze szkoły, w której uczyła geografii, i kierowca stracił panowanie nad pojazdem na oblodzonym wiadukcie koło Wolanowa. Przeżyła. Chodziła. Poruszała rękami tak samo sprawnie jak dawniej. Z zewnątrz wyglądało, że wróciła do zdrowia niemal całkowicie. Ale wypadek uszkodził jej nerwy w stopach i częściowo w dłoniach — czucie bólu i temperatury w tych miejscach zostało prawie wyzerowane.

Na początku żartowaliśmy z tego. Mówiła: no i dobrze, przynajmniej nogi mnie nie bolą, kiedy prasuję cały dzień na stojąco. Ale pewnego wieczoru, w naszym mieszkaniu na Osiedlu XV-lecia, zobaczyłem krew na podłodze kuchennej, pod jej stopą. Nadepnęła na kawałek stłuczonego słoika po ogórkach i chodziła tak przez całe popołudnie, nie czując nic. Innym razem sparzyła sobie stopę w za gorącej wodzie i zauważyła to dopiero po kilku godzinach. A trzeci raz — to było najgorsze — mały kawałek blachy wbił się jej w podeszwę przez but, i chodziła z tym cały dzień, aż wieczorem musieliśmy jechać na pogotowie, bo zaczynało się ropieć.

Lekarz na izbie przyjęć powiedział mi wtedy zdanie, które zapamiętałem na całe życie: — Największym zagrożeniem będzie dla niej to, czego nie poczuje. Rana. Oparzenie. Zakażenie. Odleżyna. To, co u innego człowieka ból zmusiłby zauważyć od razu, u niej może przejść niezauważone przez wiele godzin, a czasem dni.

Od tej nocy postanowiłem, że będę jej systemem alarmowym, skoro własne ciało już nie mogło nim być w pełni.

Pierwszej nocy powiedziałem: — Pokaż mi stopy.

Odpowiedziała: — Nie jestem dzieckiem.

— Wiem.

— To zostaw mnie w spokoju.

— Nie zostawię.

Robiłem to samo następnego dnia. I kolejnego. Po kilku miesiącach miała mnie dość. Raz krzyknęła na mnie w kuchni, że ją kontroluję, że traktuję ją jak przedmiot, że nie potrafi już oddychać. Powiedziałem jej wtedy coś, co wściekło ją jeszcze bardziej: — Jeśli to ma być kontrola, żeby cię ochronić, to owszem, kontroluję.

Nasze dzieci, Marek i Ewa, przez lata nie rozumiały, dlaczego ojciec nie pozwala matce iść spać bez tego rytuału. Halina śmiała się przy sąsiadach, że wyszła za mąż za najbardziej upierdliwego mężczyznę w powiecie. Woziłem w schowku samochodu małe lusterko na wysięgniku, takie do sprawdzania podwozia, kupione u mechanika przy trasie na Kielce, i w dłuższych trasach zatrzymywałem auto na parkingu, mówiąc: — Pokaż stopy.

Raz, gdy była młodsza, wściekła się tak bardzo, że wyrzuciła to lusterko przez okno samochodu, gdzieś koło Przysuchy. Zatrzymałem auto, wysiadłem, znalazłem je w rowie i wróciłem, wkładając je z powrotem do schowka.

— Możesz mnie za to nienawidzić — powiedziałem — ale nie przestanę tego robić.

Były noce, kiedy to niewygodne przyzwyczajenie ją ratowało. Raz zauważyłem ciemną plamę na podeszwie jej stopy. Nic nie czuła. Następnego dnia lekarz w przychodni znalazł tam wbitą drzazgę i zaczynające się zakażenie. Innym razem zobaczyłem podrażnioną skórę na jej plecach, o której nawet nie wiedziała. Jeszcze innym razem — małe oparzenie na dłoni, którego pochodzenia sama nie potrafiła sobie przypomnieć.

Przez pięćdziesiąt cztery lata robiłem prawie to samo każdego wieczoru. Kiedy mówiła: „Dziś jestem zmęczona", odpowiadałem: „Pięć minut. Potem możesz spać".

Doktor Wroński, kiedy skończyłem to wszystko tłumaczyć, siedział przez chwilę bez słowa, z długopisem odłożonym na biurko obok papierów. Potem sięgnął po jedno ze zdjęć z badania i powiedział: — Tym razem coś panu jednak umknęło.

Pokazał na prawą stopę Haliny. Kilka dni wcześniej musiała doznać drobnego urazu, którego zupełnie nie zauważyliśmy — było to między palcami, tam gdzie łatwo przeoczyć. Na szczęście nic poważnego. Ale lekarz dodał, że gdyby to zostało niezauważone jeszcze przez kilka tygodni, mogłoby się zrobić naprawdę groźnie.

Popatrzyłem na Halinę. Ona popatrzyła na mnie.

— Nawet nie zaczynaj — powiedziała.

— Od teraz będę sprawdzał też między palcami.

— Zbyszku.

— Pan doktor właśnie powiedział…

Doktor Wroński nie wytrzymał i się roześmiał. Ja też. I wtedy popatrzyłem na swoje dłonie — postarzałe, palce już nie tak pewne jak kiedyś, drżące trochę, kiedy trzymam długopis.

Halina wzięła mnie za rękę, tam, na leżance w gabinecie przy Focha.

— Naprawdę zmuszałeś mnie przez połowę mojego życia.

— Wiem.

— A wiesz, co jest najgorsze?

— Co?

— Teraz ja zacznę zmuszać ciebie.

— Do czego?

— Do kupienia nowych okularów. Dziś coś ci umknęło.

Wyszliśmy ze szpitala trzymając się za ręce, ja z receptą na jej stopę w kieszeni marynarki, ona z plastikową torebką z maścią z apteki na rogu. Szliśmy powoli przez parking, w stronę naszego starego passata, a ona co kilka kroków powtarzała, że jutro pierwsza rzecz z rana — okulista, i żebym nie próbował się wykręcać.

Otworzyłem jej drzwi od strony pasażera, jak zawsze, i zanim wsiadła, powiedziałem odruchowo:

— Pokaż stopy.

— Zbyszku, jesteśmy na parkingu.

— Wiem.

Pokazała.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: