Nazywam się Bożena Wirkus, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam w Sierakowicach, dwie posesje od studni przy skrzyżowaniu ze starą kuźnią. Dziś nikt już z niej wody nie bierze, bo w każdym domu jest hydrofor, ale ja tam wciąż chodzę wieczorami – niby po nic, a jednak.
Tamtego lata, kiedy w telewizji ciągle pokazywali powódź na Odrze, a w sklepie pani Grażyny chleb podskoczył do czterech złotych osiemdziesięciu, przy studni zaczęły się kłócić dwie sąsiadki. Halina Necel, córka starego Necla, który miał tartak, i Renata Bławat, która przyjechała do wsi po ślubie z Gdańska i nigdy się tu do końca nie przyzwyczaiła. Mieszkały obok siebie, płot w płot, a między ich domami rosła stara grusza, której nikt nie chciał ściąć, bo niby czyja to własność.
Kłótnia zaczęła się od głupstwa – od tego, czyj pies zdeptał grządkę z pietruszką. Ale ja, słuchając ich przez uchylone okno kuchni, gdzie akurat obierałam ziemniaki na kolację, wiedziałam, że to nie o pietruszkę chodzi. Renata od miesięcy powtarzała po wsi, że Halina „bierze forsę od syna, a jego samego nie chce znać”, bo ten wyjechał do Norwegii i nie odzywał się od Bożego Narodzenia. A Halina, jak tylko miała okazję, wypominała Renacie, że ta wcale nie jest stąd i „niech się nie wtrąca, co tu komu wolno".
Stałam tego wieczoru z pustym wiadrem, bo akurat mi się zepsuła pompa w studzience na podwórku, i patrzyłam, jak obie kobiety stoją naprzeciw siebie przy cembrowinie, każda z wiadrem w ręce, i krzyczą tak, że słychać było aż pod remizę. Halina miała na sobie ten swój wyblakły fartuch w kwiatki, Renata – bluzę z napisem po angielsku, którą przywiozła jeszcze z Gdańska. Nie chciałam się wtrącać. Nie moja sprawa, pomyślałam, postawiłam wiadro na trawie i czekałam, aż się wykrzyczą.
Wtedy właśnie przyszła Wandzia, wnuczka Haliny, dziewczynka może dziewięcioletnia, w gumowcach dwa numery za dużych. Stanęła między kobietami, popatrzyła to na babcię, to na sąsiadkę, i powiedziała cicho, że babcia płakała w nocy, bo tata dzwonił i mówił, że nie przyjedzie na Wszystkich Świętych. Nikt się nie odezwał. Renata odstawiła wiadro na ziemię, powoli, jakby jej nagle zabrakło siły w rękach. Halina odwróciła twarz w stronę gruszy.
To był ten moment, w którym coś pękło – nie w dobrym sensie ani w złym, po prostu ktoś przypomniał obu kobietom, że kłócą się nie o pietruszkę i nie o to, kto skąd przyjechał, tylko o coś dużo starszego: o samotność, której żadna z nich nie umiała nazwać na głos.
Przez dwa tygodnie potem mijały się przy studni bez słowa. Ja tam nadal przychodziłam, bo pompa u mnie wciąż nawalała, i widziałam, jak Renata raz zostawiła Halinie na płocie słoik ogórków kiszonych – bez kartki, bez niczego, po prostu postawiła i poszła. Halina nie podziękowała, ale następnego dnia grusza między ich posesjami była podcięta z jednej strony, tej, która rzucała cień na grządki Renaty. Nikt tego nie omawiał. Tak się tu czasem załatwia sprawy – bez gadania, samym gestem.
We wrześniu syn Haliny w końcu zadzwonił, że jednak przyjedzie, tylko na dwa dni, bo w Norwegii ma zmianę w porcie i nie może dłużej. Halina powiedziała to Renacie, kiedy się mijały przy studni, tak jakby nigdy się nie kłóciły, jakby to była zwykła rozmowa sąsiadek. Renata zaproponowała, że upiecze sernik na jego przyjazd, bo pamiętała, że kiedyś, dawno temu, chwalił jej sernik na weselu kuzynki.
Przyjechał w piątek po południu, zakurzonym oplem z norweskimi tablicami, i została mu jedna rzecz do zrobienia, zanim w niedzielę wieczorem musiał wracać na prom – naprawić matce pompę, którą też miała zepsutą, i moją, bo się okazało, że to ta sama część, jakiś zawór, którego w Sierakowicach nikt nie miał na stanie. Pojechał po niego aż do Kartuz. Wandzia siedziała na cembrowinie studni i patrzyła, jak ojciec kręci kluczem, a obok stały razem, pierwszy raz od miesięcy, Halina i Renata, z sernikiem na talerzu przykrytym ściereczką.
Kiedy pompa wreszcie zaskoczyła i woda z kranu Haliny popłynęła czysta, syn wytarł ręce w szmatę i powiedział, że w przyszłym roku weźmie dłuższy urlop, bo w porcie obiecali mu zmianę grafiku. Halina nic nie powiedziała, tylko przyniosła z domu stary zeszyt w kratkę – ten sam, w którym od lat zapisywała, ile kto jej pożyczył i ile ona komu, bo pamięć już nie ta – i na ostatniej wolnej stronie zapisała datę, dwudziestego drugiego września, i jedno zdanie: „syn wrócił, pompa działa, sernik od Renaty".
Ja stałam wtedy obok z pełnym już wiadrem, bo zawór w mojej studzience też wreszcie ktoś naprawił, i pomyślałam, że to jest dokładnie to, po co ludzie kiedyś tu przychodzili – nie po wodę, tylko po to, żeby ktoś zapisał w zeszycie, że się wróciło.
