Zadzwonił do mnie mecenas Białek we wtorek, dwadzieścia minut po ósmej rano. Numer miałam zapisany jeszcze z czasów, kiedy pomagał ojcu ogarniać papiery po dziadku. Powiedział, że testament jest gotowy do odczytania i żebym przyjechała do kancelarii w czwartek.
Tata nigdy nie należał do ludzi, którzy kolekcjonują majątki. Całe życie pracował jako technik w zakładach azotowych w Tarnowie, potem dorabiał na stacji diagnostycznej. Byłam jego jedynym dzieckiem, mama zmarła jedenaście lat temu, więc właściwie nie spodziewałam się niczego poza mieszkaniem na osiedlu Zielonym i może starą dacią. Byłam przekonana, że formalności zamkniemy w dwadzieścia minut i wrócę do pracy.
W czwartek kancelaria pachniała pastą do podłóg i papierosem z klatki schodowej. Mecenas Białek poprawił okulary, odchrząknął i zaczął czytać. Przy pierwszych zdaniach patrzyłam na parapet, na którym stał doniczkowy fikus z obumarłym listkiem.
— Zgodnie z wolą spadkodawcy, nieruchomość przy ulicy Akacjowej numer czternaście w Radłowie, wraz z działką o powierzchni osiemnastu arów, przechodzi na własność córki zmarłego.
Zamarłam z torebką na kolanach.
— Jakiej nieruchomości?
— To nie jest lokal, w którym zmarły zamieszkiwał na stałe — dodał mecenas, jakby czytał z notatki. — Druga pozycja w masie spadkowej.
Przesunął w moją stronę teczkę. W środku leżał wypis z księgi wieczystej i adres, którego nigdy w życiu nie widziałam. Radłów. To miasteczko osiemnaście kilometrów od Tarnowa. Przejeżdżałam przez nie może trzy razy, zawsze drogą krajową, zawsze za szybko.
— Proszę pana — zaczęłam — tata nigdy nie mówił, że ma cokolwiek poza mieszkaniem.
Mecenas rozłożył dłonie, ten gest oznaczający, że on tu tylko wykonuje polecenia. Dodał, że za odczytanie testamentu mam zapłacić czterysta złotych, jakby to było najważniejsze zdanie tego spotkania.
Przez dwa dni chodziłam z tym adresem jak z cudzym dowodem osobistym. Nie wiedziałam, co z nim zrobić. Ojciec był człowiekiem, który notował cenę paliwa na paragonie, a tu nagle wychodzi, że miał drugą nieruchomość. Ukrywaną. To do niego nie pasowało choćby z jednego powodu: on nie umiał kłamać. Zawsze mówił za dużo, nie za mało.
W sobotę rano wzięłam kluczyki od swojego forda i pojechałam.
Dom stał na samym końcu ulicy Akacjowej, tam gdzie asfalt przechodził w utwardzoną drogę. Schowany za starymi lipami, z gankiem, na którym stały dwie donice z wrzosami. Świeżo podlane, ziemia jeszcze ciemna. Trawnik był skoszony. Ktoś niedawno wymienił rynnę — nowa blacha odcinała się od wyblakłej elewacji.
Nikt tu nie mieszkał na stałe, to się czuło. Ale ktoś tu bywał. Regularnie.
Podeszłam do okna od frontu. Przez firankę zobaczyłam fragment kuchni: stół nakryty ceratą w kratę, na blacie emaliowany czajnik. Wszystko inne tonęło w półmroku. Przyłożyłam czoło do szyby, żeby zobaczyć głębiej.
Wtedy otworzyły się drzwi wejściowe.
Na progu stanęła kobieta po siedemdziesiątce, w roboczym fartuchu, z rękawiczkami ogrodniczymi w jednej ręce. Drugą trzymała klamkę, jakby było coś, czego nie chciała za mną zamykać. Nad jej lewym obojczykiem zauważyłam cienki łańcuszek z medalikiem. Patrzyła na mnie bez zdziwienia, jakby od lat czekała, aż w końcu przyjadę. To było najgorsze — ten brak zdziwienia. Bo to znaczyło, że ojciec zdradził mnie wcześniej, niż umarł.
— Nazywam się Janka Mróz — powiedziałam, bo nikt z nas nie zaczynał. — To chyba teraz mój dom.
Kobieta bardzo powoli zdjęła jedną rękawiczkę, potem drugą. Ułożyła je na poręczy ganku, płasko, jedna na drugiej, dokładnie tak jak ojciec składał ścierki.
— Wiem — odpowiedziała. — Od tygodnia wiem. Wejdź, Justyno.
Wymieniła moje imię, zanim ja zdążyłam podać swoje. Coś we mnie zrobiło się zupełnie ciche i twarde jednocześnie. Ojciec mówił jej o mnie. Ojciec, który w domu wspominał tylko sąsiada spod dwójki i cenę oleju napędowego. Cudzej kobiecie powiedział, jak ma na imię jego córka.
Weszłam.
Kuchnia, ta sama, którą widziałam przez okno. Cerata, czajnik. Kawa stała na gazie, ktoś najwyraźniej szykował śniadanie. Na parapecie talerzyk z obranym jabłkiem, pokrojonym w ósemki, jak dla dziecka. Jedna ósemka leżała skórką w dół, już obsychała.
Kobieta nalała wrzątku do dwóch szklanek, ale żadnej z nich nie postawiła przede mną. Usiadła naprzeciwko, oparła łokcie o blat, i wtedy zobaczyłam, że drżą jej palce — nie ze starości, tylko ze zmęczenia, które zostaje po długim płaczu.
— Pani Justyno — zaczęła — to nie będzie rozmowa, po której pani mnie podziękuje do widzenia i wyjdzie. Ale muszę powiedzieć wszystko od początku, bo inaczej zrozumie pani tylko połowę, a połowa zawsze kłamie.
Nazywała się Regina Stępień. Pracowała w Tarnowie jako pielęgniarka w przychodni przy ulicy Lwowskiej, tej samej, do której ojciec chodził z nadciśnieniem. Znała go piętnaście lat.
Piętnaście.
Mówiła równym głosem, jak się mówi komuś w poczekalni, kiedy trzeba podać wyniki, które nic nie zmienią, ale trzeba je podać. Wiedziałam, co ojciec jadał w niedzielę, bo ona powiedziała „rosół z kury, zawsze z lane kluski”. Wiedziałam, że pod koniec życia jeździł do niej do Radłowa we wtorki i piątki, bo wtedy miała po dyżurze. Wiedziałam, że planował jej pomóc z dachem, „jeszcze przed zimą”.
Siedziałam i oglądałam własne kłykcie. W środku zrobiło się we mnie coś bardzo trzeźwego, jak przed egzaminem, na który nie przyszedł nikt oprócz mnie.
— Dlaczego ten dom jest teraz mój? — zapytałam w końcu.
Regina wstała i podeszła do szafki pod oknem. Wyciągnęła z niej czarny segregator, z tych biurowych, z etykietą na grzbiecie. Położyła go na stole między nami. Nie otworzyła.
— Bo twój ojciec chciał, żebym miała gdzie dożyć — powiedziała. — I równocześnie nie chciał, żebyś ty myślała, że mi zapłacił tobą.
Nie zrozumiałam. Poprosiłam, żeby mówiła dalej. Poprosiłam dwa razy, bo za pierwszym nie wydobyłam głosu.
Okazało się, że dom nie jest wart tego, co sobie wyobrażałam, bo nie o wartość chodziło. Ojciec kupił go piętnaście lat temu, zaraz po śmierci mamy, ale zapisał na siebie, a Reginie zostawił tylko umowę dożywocia — w testamencie. Tak to skonstruował. Własność przechodzi teraz na mnie. A ona ma prawo mieszkać w tym domu do swojej śmierci. W umowie było czarno na białym: „dożywotnie, bezczynszowe prawo zamieszkiwania w części parterowej”. Ojciec tłumaczył jej podobno, że tak będzie bezpieczniej. Że jego córka jest porządna i nie ruszy starej kobiety. Że jak jego zabraknie, to mam zrobić z domem, co zechcę. Sprzedać, remontować, cokolwiek.
Ale ona tu zostaje.
Regina nie miała dokąd wracać. W Radłowie pracowała do emerytury, córka wyjechała na stałe do Edynburga, zięć nie odzywa się od lat. Została sama. Ojciec był jedynym człowiekiem, który w tygodniu dopytywał, czy wzięła leki.
O tym, że jestem dla niej tym „kimś”, kto może ją stąd wyrzucić, powiedziała mi nie ona. Powiedział mi to list. Cały czas leżał w segregatorze: dwie kartki zapisane ręką ojca, z datą sprzed trzech miesięcy. Litery duże, jak zawsze, pochylone w prawo. „Nie sprzedawaj od razu, Justynko. Pani Regina ma w tym domu kącik. Ty masz resztę. Daję słowo, że tak jest sprawiedliwie. Mama by to zrozumiała. Tata.”
Przypomniałam sobie, jak mama na trzy dni przed śmiercią poprosiła, żeby ojciec nikogo nie zostawiał samego. Nie chodziło jej wtedy o nikogo konkretnego. Tak mi się zawsze wydawało.
Regina tymczasem mówiła coś o tym, że dom podzielony jest na parter i piętro i że jak mi będzie przeszkadzać, to ona może przenieść wszystkie swoje rzeczy na górę, zupełnie jakby chodziło o wspólną kwaterę w sanatorium.
Tu przerwałam.
— Mam córkę — powiedziałam.
Nie wiem, po co to powiedziałam. Może dlatego, że chciałam w tej całej historii coś dodać od siebie. Może dlatego, że przez dwie godziny wszystko było o ojcu i Reginie, a mój dom, mój mąż Marek i nasza Ola zostali w Tarnowie tak daleko, że przestali być realni. Ale kiedy to powiedziałam, Regina popatrzyła na mnie tak, jak czasami patrzą bardzo zmęczone kobiety na młodsze: z czymś, co wygląda na rozpoznanie.
— Wiem — powtórzyła. — Twój ojciec był z ciebie dumny.
To zdanie, akurat to, mnie rozłożyło. Mnie, dorosłą babę, matkę, urzędniczkę księgową. Ojciec nigdy mi tego nie powiedział w twarz. Zamiast tego raz na kwartał przysyłał esemes: „Sprawdziłaś poziom oleju?”. A dumny był na tyle, żeby zdradzać to sąsiadce z Radłowa, której córka siedzi w Edynburgu i nie dzwoni.
Wstałam i podeszłam do drzwi. Regina nie drgnęła. Pewnie myślała, że wychodzę.
— Którego dnia przyjeżdżał we wtorki? — zapytałam, nie odwracając się.
— Po popołudniowym dyżurze, jakoś przed piątą.
— To znaczy, że we wtorki kłamał, że jedzie po części do tira.
— Tak — powiedziała Regina cicho. — Tak, to znaczy.
Zapamiętałam to sobie. Wtorek. Dzień, w którym ojciec znikał na cztery godziny, żeby „wybrać wtryski” i „dogadać się z hurtownią”. Przez piętnaście lat.
Podeszłam z powrotem do stołu. Otworzyłam czarny segregator. List ojca włożyłam do torebki, nie pytając o pozwolenie, bo było moje. Znalazłam umowę dożywocia. Znalazłam rachunki za prąd i wywóz szamba — wszystko na ojca, ostatni zapłacony tydzień przed śmiercią. Na górze leżała kartka z numerem telefonu do kominiarza i dopisek: „Wtorek, po 16”.
— Zostaję dzisiaj w Radłowie — powiedziałam.
— Nie ma takiej potrzeby, naprawdę.
— Nie ma. Ale zostaję, bo jutro rano chcę zobaczyć piętro. Muszę wiedzieć, co to za budynek i ile to będzie kosztować.
Regina popatrzyła na mnie z mieszaniną czegoś, czego nie potrafię nazwać: jakby spodziewała się ciosu, a ta kawa dalej stała nietknięta. Powiedziała, że pokaże mi cały dom, nawet strych, i że zaparzy świeżą herbatę.
— Mnie nie trzeba dziękować — odparłam. — Ja tu nie jestem miła. Ja tu jestem po rachunki. Co zrobimy z dachem, to się okaże.
Zostałam. Nie odjechałam w sobotę wieczorem. W niedzielę rano pani Regina usmażyła jajecznicę na boczku — pachniała tak, jak u mamy na wsi. Potem pojechałyśmy razem na targ do Radłowa. Kupiła ziemniaki od chłopa, a ja zapłaciłam za jej wrzosy przy ganku, bo sama mi powiedziała, że są już do wyrzucenia.
Po południu zadzwoniłam do Marka. Przyjechał z Olą. Ola przez pierwsze trzy minuty nie chciała wysiąść z auta, bo nie znała tej babci. Potem Regina dała jej kromkę chleba z miodem. Czwartą z rzędu. I poszły do ogrodu zbierać śliwki, które nie zdążyły opaść.
Mam w torebce list od ojca. Nie powiesiłam go na lodówce, nie wiem, czy kiedykolwiek powieszę. Ale jak wracam do Tarnowa, to czasem wyjmuję go i czytam ostatnie zdanie: „Mama by to zrozumiała. Tata.” I myślę o tym, że we wtorki przez piętnaście lat ojciec jeździł do kobiety, która robiła mu rosół. A mnie zostawił dom, w którym ja będę jej robić jajecznicę w niedzielę.
Czy jestem na niego zła? Chyba tak. Ale złość szybciej się gotuje niż woda. Została mi po niej tylko ta jedna, konkretna rzecz: w najbliższy czwartek jadę do kancelarii i pokażę mecenasowi Białkowi umowę dożywocia. Niech sprawdzi, czy da się ją rozszerzyć. Tak, żeby Regina miała też prawo do tej części ogrodu, gdzie rosną maliny. Bo ojciec wykupił dla niej dom, ale o malinach zapomniał.
A ja nie chcę, żeby po mnie została tylko posesja.
