Teściowa podziękowała mi za ciasto, którego nigdy nie upiekłam. Nie wiedziała, że jednym zdaniem zdradzi mojego męża…

Przy stole panowała przyjemna, rodzinna atmosfera. Rozmowy mieszały się z brzękiem sztućców, a na środku stołu stał elegancki wazon ze świeżymi kwiatami.

Alicja siedziała obok męża, Kostka, i słuchała opowieści jego matki. Anna Nikołajewna nie należała do kobiet, które łatwo okazują sympatię. Przez siedem lat małżeństwa syna zdążyła przyzwyczaić synową do chłodnych uśmiechów i uprzejmości pozbawionej serdeczności.

Tym większym zaskoczeniem okazało się to, co powiedziała chwilę później.

— Alicjo, muszę ci podziękować za ten wspaniały jabłecznik, który Kostek przywiózł mi ostatnio na działkę. Naprawdę nie wiedziałam, że masz taki talent do pieczenia! Ciasto było cudownie puszyste, a cynamon nadawał mu wyjątkowy smak.

Alicja zastygła.

Przez moment wydawało jej się, że źle usłyszała.

Powoli spojrzała na męża.

Kostek właśnie podnosił widelec do ust, ale nagle znieruchomiał. Jego ręka zawisła nad talerzem. Nie odważył się spojrzeć żonie w oczy.

Alicja doskonale znała ten wyraz twarzy.

To nie było zdziwienie.

To był strach człowieka, który właśnie zorientował się, że popełnił błąd.

Mimo wszystko uśmiechnęła się do teściowej.

— Cieszę się, że smakowało, Anno Nikołajewno.

Powiedziała to spokojnie, chociaż w środku poczuła nieprzyjemny ucisk.

Był tylko jeden problem.

Alicja nie piekła jabłeczników.

Co więcej, od ponad roku nie mogła nawet dotykać jabłek. Po konsultacji z alergologiem dowiedziała się, że cierpi na silną alergię krzyżową. Kontakt ze skórką owocu powodował u niej swędzącą wysypkę, a zjedzenie jabłka mogło skończyć się poważną reakcją alergiczną.

Kostek wiedział o tym doskonale.

Nieraz sam kupował jej leki w aptece, kiedy przez nieuwagę zjadła coś, co zawierało jabłka.

W domu wszyscy wiedzieli, że jej ulubionym wypiekiem jest ciasto wiśniowe.

Dlaczego więc teściowa dziękowała jej za szarlotkę?

I dlaczego Kostek nagle wyglądał tak, jakby chciał zniknąć pod stołem?


W samochodzie przez dłuższy czas panowała cisza.

Alicja patrzyła przez szybę na mijane ulice. Kostek prowadził nerwowo, co chwilę zmieniając chwyt na kierownicy.

W końcu sam rozpoczął rozmowę.

— Słuchaj, zanim coś powiesz, chcę ci wszystko wyjaśnić.

Alicja odwróciła głowę.

— Słucham.

— Mama poprosiła mnie o coś domowego. Nie chciałem jechać z pustymi rękami, więc kupiłem szarlotkę w cukierni. Powiedziałem jej, że zrobiłaś ją sama. Tyle. Nie chciałem, żeby było jej przykro.

— Aha.

— No co? Przecież to nic wielkiego! Chciałem tylko sprawić jej przyjemność. Nie rozumiem, dlaczego miałabyś się o to obrażać.

Alicja przyglądała mu się przez chwilę.

— Nie jestem obrażona, Kostek.

Mąż wyraźnie odetchnął.

— No i dobrze. Wiedziałem, że zrozumiesz.

Nie zauważył jednak, że jego żona przestała już słuchać tłumaczeń.

Zaczęła analizować.

Od kilku miesięcy Kostek regularnie spędzał soboty poza domem. Oficjalnie jeździł na działkę matki, żeby pomagać jej przy remontach.

Raz naprawiał dach, innym razem zajmował się instalacją elektryczną, a jeszcze innym porządkował starą szopę.

Alicja nigdy nie miała nic przeciwko tym wyjazdom.

Nie była kobietą, która wymaga od męża, by każdą wolną chwilę spędzał wyłącznie u jej boku. Ufała mu.

Teraz jednak po raz pierwszy pomyślała, że być może ta ufność była jednostronna.


Następnego dnia po pracy Alicja postanowiła sprawdzić jego historię.

Kostek twierdził, że kupił ciasto w niewielkiej piekarni niedaleko ich mieszkania.

W okolicy znajdował się tylko jeden taki lokal.

Alicja zaparkowała przed wejściem i weszła do środka.

Za ladą stała młoda dziewczyna. W witrynie leżały kolorowe torty, serniki, drożdżówki i francuskie rogaliki.

— Dzień dobry. Chciałabym zamówić całą szarlotkę z cynamonem. Podobno mają państwo bardzo dobrą.

Sprzedawczyni spojrzała na nią z zakłopotaniem.

— Szarlotkę? Niestety, nie mamy takiego wypieku.

— Może wczoraj była?

— Nie, proszę pani. My w ogóle nie robimy ciast z jabłkami. Nasza oferta jest raczej francuska. Może chodzi pani o inny lokal?

Alicja podziękowała i wyszła.

Nie było żadnej pomyłki.

Kostek nie kupił ciasta w miejscu, o którym opowiadał.

Ale gdzie je zdobył?

I dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, żeby matka uwierzyła, że upiekła je właśnie jego żona?

Alicja postanowiła nie wyciągać pochopnych wniosków.

Potrzebowała czegoś więcej niż domysłów.


Wieczorem siedziała w salonie, przeglądając wiadomości w telefonie.

Kostek jadł kolację i opowiadał o problemach w pracy. Zachowywał się zupełnie normalnie.

Alicja uznała, że to idealny moment.

— Wiesz, widziałam dzisiaj reklamę tej cukierni, z której podobno przywiozłeś mamie szarlotkę.

— Naprawdę? — zapytał, nie podnosząc wzroku.

— Tak. Zastanawiałam się, czy mają jeszcze takie ciasta. Może kiedyś kupilibyśmy jedno dla siebie?

Kostek natychmiast odpowiedział:

— Jasne, pewnie mają. Mogę jutro podjechać. Tylko pamiętaj, że dla ciebie bez jabłek.

Alicja poczuła, jak żołądek zaciska jej się w supeł.

Znowu skłamał.

Nie tylko podtrzymał poprzednią wersję, ale nawet zaproponował kolejny zakup w miejscu, które nie sprzedawało takich wypieków.

— Dobrze. To może weź coś z malinami — powiedziała, odkładając telefon.

Kostek wrócił do jedzenia.

Nie miał pojęcia, że właśnie zrobił kolejny krok w stronę własnej kompromitacji.

Alicja nie zamierzała jednak przeszukiwać jego telefonu.

Mąż od dawna pilnował urządzenia jak oka w głowie. Miał ustawione hasło, nie zostawiał go na stole i zabierał nawet wtedy, gdy szedł pod prysznic.

Nie chciała też wszczynać awantury bez konkretnych dowodów.

Postanowiła wykorzystać coś znacznie prostszego.

Samochód.


W ich małżeństwie był tylko jeden samochód. Formalnie należał do Alicji, ale na co dzień najczęściej jeździł nim Kostek.

W piątek wieczorem Alicja zatankowała go do pełna.

Zrobiła to celowo, ponieważ chciała mieć punkt odniesienia.

Działka teściowej znajdowała się około stu kilometrów od miasta. Wyjazd i powrót oznaczały więc trasę liczącą mniej więcej dwieście kilometrów.

Jeśli Kostek rzeczywiście tam pojedzie, wskazówka paliwa powinna to pokazać.

W sobotę rano mąż jak zwykle przygotował się do wyjazdu.

Założył stare spodnie, roboczą koszulę i zabrał torbę z ubraniami.

— Jadę do mamy. Muszę wreszcie skończyć dach, bo podobno od przyszłego tygodnia mają być deszcze.

Pocałował Alicję w policzek i wyszedł.

Ona została w mieszkaniu.

Przez cały dzień nie opuszczała domu.

Wieczorem Kostek wrócił.

Był w dobrym humorze, choć udawał zmęczonego.

— Nie uwierzysz, jaki miałem dzień — zaczął, zdejmując buty. — Najpierw korki, później deszcz. Na dachu nie dało się pracować. W zasadzie niczego nie zrobiłem.

— To przykre — odpowiedziała Alicja. — Idź się odśwież, a ja przygotuję kolację.

Mąż odłożył kluczyki na szafkę.

Alicja wzięła je do ręki.

— Muszę jeszcze podjechać do Mariny. Obiecałam jej dostarczyć dokumenty.

Kostek nawet nie zapytał, o której wróci.

Poszedł do łazienki.

Alicja zeszła na parking i usiadła za kierownicą.

Przekręciła kluczyk.

Na wyświetlaczu pojawił się przebieg.

Od piątkowego tankowania samochód przejechał zaledwie dwadzieścia dwa kilometry.

Dwadzieścia dwa.

A nie dwieście.

Wskaźnik paliwa nadal pokazywał pełny bak.

Alicja poczuła, jak wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować.

Kostek nie pojechał na działkę.

Przez cały dzień był gdzieś w mieście.

Ale gdzie?

I z kim?


Została jeszcze jedna osoba, którą musiała zapytać.

Alicja wybrała numer teściowej.

Po kilku sygnałach usłyszała znajomy głos.

— Słucham, Alicjo?

— Dobry wieczór, Anno Nikołajewno. Przepraszam, że zawracam pani głowę. Chciałam tylko zapytać, czy Kostek nie zostawił dzisiaj u pani parasola. Właśnie zauważyłam, że nie ma go w samochodzie, a podobno wieczorem ma padać.

— Parasola? Nie, kochanie. Ale przecież Kostek dzisiaj do mnie nie przyjechał.

Alicja zamknęła oczy.

Właśnie na tę odpowiedź czekała.

— Nie przyjechał?

— Nie. Rano dzwonił, że będzie. Nawet przygotowałam mu obiad. Ale później zadzwonił ponownie i powiedział, że coś mu wypadło. Podobno musiał pilnie załatwić sprawę w mieście.

— Rozumiem — odpowiedziała Alicja, starając się zachować spokojny ton.

— A dlaczego pytasz? Przecież mówił, że dzisiaj będzie u mnie.

— Nic takiego, Anno Nikołajewno. Chciałam tylko upewnić się, gdzie mógł zostawić parasol.

Pożegnała się i rozłączyła.

Przez kilka sekund siedziała nieruchomo.

Teraz wiedziała już, że mąż nie tylko skłamał w sprawie szarlotki.

Skłamał również w sprawie całego sobotniego wyjazdu.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Bo jeśli Kostek nie był u matki, to gdzie spędził cały dzień?

Alicja uruchomiła samochód i powoli wyjechała z parkingu.

Nie pojechała jednak do Mariny.

Skręciła w stronę centrum, przypominając sobie coś, o czym kilka tygodni wcześniej wspomniał jej mąż.

Wtedy jeszcze nie zwróciła na to uwagi.

Teraz każde jego słowo nabierało zupełnie nowego znaczenia.

I nagle przypomniała sobie, że w poprzednią sobotę również wrócił do domu z zapachem obcych perfum na koszuli.

Wtedy powiedział, że pomagał starszej sąsiadce matki przenosić meble.

Alicja uwierzyła.

Teraz już nie zamierzała wierzyć na słowo.

Wyciągnęła telefon i wybrała numer przyjaciółki.

— Marina, potrzebuję twojej pomocy.

— Co się stało?

Alicja spojrzała na drogę przed sobą.

— Chyba przez ostatnie pół roku mój mąż prowadził podwójne życie.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Skąd ten pomysł?

Alicja wzięła głęboki oddech.

— Bo dzisiaj odkryłam, że przez cały dzień nie był u swojej matki. A wczoraj moja teściowa podziękowała mi za ciasto, którego nigdy nie upiekłam. I wiesz, co jest najgorsze?

— Co?

— Kostek doskonale wie, że mam alergię na jabłka. Mimo to powiedział matce, że przygotowałam dla niej szarlotkę.

Marina westchnęła.

— Alicja… może jest jakieś wyjaśnienie?

— Też chciałabym w to wierzyć.

Przez chwilę obie milczały.

W końcu Alicja dodała cicho:

— Ale jutro zamierzam poznać prawdę. Bez względu na to, jak bardzo będzie bolesna.

Nie wiedziała jeszcze, że następnego dnia dowie się czegoś, co całkowicie zmieni jej spojrzenie na siedem lat wspólnego życia.

Bo szarlotka była tylko początkiem.

A największe kłamstwo Kostka nie miało nic wspólnego z pieczeniem.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: