# Natalia
Tata nigdy nie zdecydował się ożenić z Natalią, choć przez cztery lata nie potrafił o niej zapomnieć. Poznał ją, zanim jeszcze spotkał mamę, i to właśnie z jej powodu wyjechał z Radomia do Warszawy — tam, gdzie mama wtedy mieszkała i uczyła się na pielęgniarkę. Wziął z mamą ślub w urzędzie stanu cywilnego, a po ceremonii pokazał jej pudełko po butach wypełnione zdjęciami poprzedniej ukochanej. Mama nie krzyczała, nie wyrzucała ich. Włożyła trzy najlepsze do ramki i postawiła na komodzie w sypialni. Czasem prosiła tatę, żeby opowiedział, jak tańczyli na festynie na Wałowej, jak uciekali przed deszczem, jak pachniały kwitnące lipy na tej ulicy, gdzie po raz pierwszy ją pocałował.
Ojcu wilgotniały oczy.
Sąsiadka z naprzeciwka, pani Halina, mówiła mamie, że powinna spalić te zdjęcia, że takie rzeczy przynoszą nieszczęście, że mężczyzna powinien mieć w domu tylko jedną kobietę. Mama wzruszała ramionami i powtarzała: "Wspomnienia człowieka to święta rzecz".
Dorastałem z tymi fotografiami. Patrzyłem na Natalię jak na daleką ciotkę, której nigdy nie spotkałem. Miała ciemne włosy, trochę krzywy uśmiech i pieprzyk pod prawym okiem. W dzieciństwie czasem myślałem, że to dzięki niej się urodziłem — że gdyby została z tatą, mnie nie byłoby na świecie. Dziwne uczucie: wdzięczność do kobiety, która całowała twojego ojca, zanim istnieć zacząłeś.
Mama zmarła w styczniu 2010 roku. Tydzień przed moimi trzydziestymi urodzinami.
Siedziałem sam w małej kaplicy przed trumną. Kwiaty pachniały tak mocno, że kręciło mi się w głowie. Lilie, goździki, gałązki cyprysu — to wszystko mama lubiła najbardziej. W pewnej chwili z kącika jej ust wypłynęła cienka strużka krwi. Ciemna, prawie czarna na tle bladego policzka. Wiedziałem, że to normalne, że czasem tak bywa po balsamowaniu, ale cofnąłem się o krok. Nie mogłem się ruszyć.
— Pozwól, pomogę — usłyszałem za plecami.
Kobieta w czarnym płaszczu przeszła obok mnie. Miała w dłoni białą chusteczkę. Pochyliła się nad trumną i delikatnie, jakby dotykała śpiącego dziecka, starła krew z twarzy mamy. Potem złożyła chusteczkę, schowała do rękawa i powiedziała:
— Nazywam się Natalia.
Nie mogłem uwierzyć. Stałem tam, patrząc, jak ta kobieta poprawia rąbek koronki przy trumnie, jak przyklęka na chwilę, jak wstaje i oddala się w stronę wyjścia. Wiedziałem tylko tyle, ile pokazał mi ojciec na zdjęciach. Teraz ta sama twarz pojawiła się żywa, starsza o trzydzieści lat, z siwymi pasmami przy skroniach i dłońmi o nabrzmiałych żyłach.
Ruszyłem za nią na zewnątrz, ale najpierw musiałem minąć ciotki, które łapały mnie za ramiona. Kiedy wyszedłem przed kaplicę, Natalia szła już chodnikiem, wolno, przyciskając torebkę do piersi. Nie krzyknąłem. Nie dogoniłem jej. Wróciłem do środka i usiadłem na twardej ławce, i trwałem tam do samego końca.
Trzy dni po pogrzebie przyjechał ojciec. Miał wyprawić stypę wszystkim, którzy pomogli mu załatwić formalności. Rozmawiałem z nim w kuchni, gdy powiedział:
— Spotkałem na cmentarzu tę… Natalię. Stała wczoraj przy bramie, czekała, aż wszyscy sobie pójdą.
Skrzywił się, jakby przełknął coś gorzkiego. Zapytałem, skąd wiedziała o pogrzebie. Ojciec wzruszył ramionami. Powiedział, że w małych miejscowościach każdy wie, kto umarł i gdzie będzie leżał. Pochwalił się, że dał jej znicz i powiedział, że mama by chciała, żeby nie żywić do nikogo żalu. Potem poszedł do łazienki i długo mył ręce, jakby chciał zetrzeć z nich coś więcej niż kurz z drogi.
Byłem na niego wściekły. Za to, że tak spokojnie o tym opowiadał, jakby Natalia była kimś, z kim po prostu minął się na rynku w Radomiu. Za to, że mama przez te wszystkie lata patrzyła na jej zdjęcie i mówiła, że wspomnienia są święte.
Miałem trzydzieści lat i zero pomysłu, co z tym zrobić. A Natalia w ogóle nie zniknęła z mojego życia.
Pojawiła się znowu tydzień później. W mojej firmie, na zebraniu zarządu. Okazuje się, że Natalia Mazurek była konsultantką do spraw funduszy unijnych, którą nasza spółka wynajęła do projektu rewitalizacji. Nie wiedziałem tego wcześniej, bo umowę podpisywał wspólnik.
Siedziała przy stole konferencyjnym, piła kawę z papierowego kubka i patrzyła na mnie z tym samym spokojem, jaki miała w kaplicy. Po spotkaniu została na sali i poprosiła mnie o chwilę rozmowy.
— Twoja matka była niezwykłym człowiekiem. Chciałabym coś zrobić dla ciebie, żeby… — urwała, spuszczając oczy na papiery.
Nie czekałem, aż skończy. Powiedziałem, że jeśli chce coś zrobić, to niech przyjdzie na grób w rocznicę śmierci i powie mamie, co przez te trzydzieści lat robiła z ojcem. Nie wiem, czego się spodziewałem. Chyba tego, że się wycofa, przeprosi, zniknie.
Popatrzyła na mnie uważnie.
— Dobrze. Przyjdę.
Zostałem więc w Radomiu na dłużej, niż planowałem. Wziąłem urlop z pracy, wynająłem kawalerkę w starej kamienicy przy ulicy Wałowej. Prowadziłem ojca na badania kontrolne, załatwiałem przegląd mieszkania, uczyłem się gotować rosół, tak jak robiła mama. I czekałem na kwiecień.
Natalia nie przychodziła, aż w Wielki Piątek, popołudniem, dostałem SMS od nieznanego numeru: "Jutro o 16, brama główna".
Stała tam w czarnym płaszczu. Przez ramię przewiesiła małą torbę, a w ręce niosła białą chusteczkę, chyba tę samą. Bez słowa przeszła za mną przez bramę cmentarza. Szliśmy aleją wzdłuż muru, a ja czułem, jak skrzypi pod butami żwir. Stara, zadbana mogiła rodziców mamy miała świeżo położone zielone płyty. Na nagrobku postawiłem znicz i wiązankę goździków.
Natalia wyjęła z torby małą konewkę i podlała kwiaty na sąsiednim grobie, którego nie znałem. Zauważyłem, że ma na palcu obrączkę, cienką, srebrną, nie pasującą do reszty biżuterii. Może mąż, może symbol czegoś innego.
Odwróciła się i powiedziała:
— Wie pan, ile pańscy rodzice zawdzięczają temu, że odeszłam? Twój ojciec pojechał wtedy do Warszawy, bo ja go zostawiłam. Gdybym została, on by nigdy stąd nie ruszył. Nie poznałby twojej mamy. Nie byłoby pana. Dobrze, że tak się stało. Ale to nie znaczy, że ja wtedy nie czułam… — ścisnęła w dłoni chusteczkę. — To były jedne z najpiękniejszych lat mojego życia.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. A potem, zamiast słów, zrobiłem coś głupiego: wyciągnąłem telefon i zrobiłem zdjęcie tej sceny. Natalia przy grobie, z konewką, na tle muru. Ona nawet nie zareagowała. Zapytała tylko, czy mogę jej przysłać to zdjęcie na e-mail. Podałem jej swoją wizytówkę i odszedłem.
Tydzień później, gdy wróciłem do Warszawy, znalazłem w skrzynce list. Papier był pachnący lawendą. W środku, na kartce z szarego zeszytu, Natalia napisała:
"Twoja matka była jedyną kobietą, która kochała mojego mężczyznę bardziej niż ja. Niech pan to zdjęcie zachowa razem z tymi, które zostawił panu ojciec. Należy się panu cała prawda. Byłam i jestem. Niech pan pamięta."
Nie odpisałem. Do dziś trzymam fotografię Natalii w szufladzie biurka, obok pamiątek po mamie. Nie potrafię jej wyrzucić, choć już nie patrzę na nią tak często, jak kiedyś.
Za każdym razem, gdy porządkuję papiery, przesuwam tę fotografię na sam dół szuflady. Pod nią leży tamten list, złożony na czworo, coraz bardziej pożółkły na zgięciach. Mama nie doczekała odpowiedzi. Ojciec nie chce o tym rozmawiać — kiedy pytam, wychodzi z pokoju i zaczyna szukać czegoś w kredensie, czego nigdy nie znajduje.
