Tajemnica pod materacem w Rzeszowie

Siódmy raz w tym tygodniu zmieniałam pościel, zanim w końcu przyznałam przed sobą, że coś jest nie tak. Nazywam się Dorota, mam czterdzieści jeden lat i od dziewięciu lat jestem żoną Marka. On prowadzi firmę transportową, ja pracuję w przychodni na Baranówce jako rejestratorka. Z naszego okna w bloku przy Hetmańskiej widać parking i śmietnik, w którym sąsiad z trzeciego piętra codziennie o siódmej rano wyrzuca puszki po piwie – słyszę to przez ścianę, zanim jeszcze otworzę oczy.

Z początku myślałam, że coś mi się wydaje. Wyprałam wszystko. Pościel, poszewki, nawet ten gumowany pokrowiec na materac, co go kupiłam w Castoramie trzy lata temu. Wywietrzyłam sypialnię, zapaliłam świece zapachowe z jaśminem, kupiłam woreczki z lawendą od zielarki z Rynku – obiecywała, że to usunie każdy zapach. Nic nie pomagało. Woń wracała. Dziwna, wilgotna, trochę słodkawa, trochę zjełczała. I za każdym razem, gdy Marek kładł się obok mnie wieczorem, czułam ją znowu. Robiło mi się niedobrze.

– Masz urojenia, Dorotko – mówił, odwracając się na drugi bok. – Znajdź sobie inne zmartwienie.

Tylko że ja niczego sobie nie wymyślałam. Coś tu się nie zgadzało. I najdziwniejsze nie było to, że śmierdziało. Najdziwniejsza była reakcja Marka, gdy próbowałam sprzątać jego stronę łóżka.

Pewnego wieczoru ściągnęłam pokrowiec, żeby wrzucić go do prania. Ledwie moje ręce dotknęły jego strony materaca, złapał mnie za nadgarstek. Mocno.

– Nie dotykaj tego więcej.

Nie krzyczał. Nie wybuchnął złością. Byłoby łatwiej, gdyby to zrobił. Zamiast tego patrzył na mnie bez słowa. Jakby o mało co nie zdradził czegoś, czego nie powinnam wiedzieć.

Od tamtej nocy zaczęłam spać inaczej. Udawałam, że śpię, a tak naprawdę nasłuchiwałam. Bo mój mąż, z którym byłam dziewięć lat, nagle wydawał mi się obcym człowiekiem.

Marek zaczął więcej jeździć w delegacje. Kraków, Lublin, czasem Warszawa. Za każdym razem inny powód. I z każdym powrotem było w nim coś innego – chłodniejszy, bardziej nieobecny. Telefon zawsze leżał ekranem do dołu na stoliku. Wiadomości znikały zaraz po przeczytaniu. Rozmowy prowadził na balkonie, drzwi szczelnie zamknięte, daleko ode mnie.

Powtarzałam sobie, że wariuję. Aż pewnego piątku po południu znowu spakował swoją czarną torbę podróżną.

– Trzy dni – rzucił. – Nie czekaj na mnie.

Pocałował mnie w czoło i wyszedł. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak jego srebrne passat znika za rogiem Hetmańskiej, mija kiosk z gazetami, który i tak od miesiąca stoi zamknięty. I po raz pierwszy od tygodni nie czułam lęku. Czułam, że w końcu mam prawo działać.

Gdy tylko samochód zniknął za zakrętem, wróciłam do sypialni. Zamknęłam drzwi na klucz. Ściągnęłam materac na podłogę. I wtedy to wyczułam – ważył więcej, niż powinien. Serce zaczęło mi walić jak młotem. Poszłam do kuchni, wzięłam nóż do tapet, ten sam, którym Marek kiedyś przycinał panele. Wróciłam. Ręce mi drżały. Uklękłam przy miejscu, gdzie co noc leżała jego połowa łóżka. I zaczęłam ciąć.

Dźwięk rozdzieranego materiału na chwilę mnie sparaliżował. Drugie cięcie było gorsze. Zapach wydobył się natychmiast, mocniejszy niż kiedykolwiek. Zasłoniłam usta dłonią i cofnęłam się o krok. Cokolwiek siedziało w środku tego materaca, siedziało tam bardzo długo.

Wsunęłam rękę przez rozcięcie. Odgarnęłam piankę, watę, kolejne warstwy tkaniny. I wtedy moje palce natrafiły na coś zimnego. Plastik. Nie jedna paczka – kilka. Wyciągnęłam pierwszą. Owinięta starannie szarą taśmą klejącą, wilgotna, stara, jakby leżała tam od lat.

Ręce trzęsły mi się, gdy ją otwierałam. W środku była damska bluzka. Jeden kolczyk. Coś, co na pewno nie było moje. Pod spodem leżał dokument. Dowód osobisty. Rozłożyłam go powoli. Na zdjęciu młoda kobieta, poważna twarz, ktoś, kogo nigdy w życiu nie widziałam. Wzrok przesunął mi się niżej, po rubrykach formularza. I wtedy zobaczyłam słowo, które zamroziło mi krew w żyłach.

Stan cywilny: ZAMĘŻNA.

Papier wypadł mi z ręki. Bo po dziewięciu latach małżeństwa nagle stałam przed dowodem, że mój mąż ma gdzieś inną żonę. Kobietę, której rzeczy ukryto w naszym materacu. Kobietę powiązaną z zapachem, który od tygodni truł nasze mieszkanie.

Patrzyłam na puste miejsce na podłodze, gdzie co noc sypiał Marek. I jedno pytanie wracało bez przerwy: kim była ta kobieta? I co dokładnie ukrywał przede mną mój mąż?

Wtedy zaświecił się ekran telefonu. Dzwonił Marek. I jakoś – już wiedziałam, że on wie, że ja wiem.

Nie odebrałam od razu. Usiadłam na podłodze między rozprutym materacem a rozłożonymi paczkami, telefon dzwonił, aż umilkł, potem zadzwonił znowu. Za trzecim razem odebrałam, nie mówiąc ani słowa.

– Dorota. – Głos miał spokojny, zbyt spokojny. – Jestem w połowie drogi do domu. Wracam.

– Wiem, co jest w materacu, Marek.

Cisza po drugiej stronie trwała tak długo, że myślałam, że się rozłączył. Potem usłyszałam tylko jego oddech i warkot silnika w tle.

– Zaczekaj, aż wrócę. Wszystko ci wytłumaczę.

Nie czekałam. Zadzwoniłam do mojej siostry Agnieszki, poprosiłam, żeby przyjechała z aparatem w telefonie i żeby zabrała ze sobą męża, bo on jest prawnikiem i będzie wiedział, co zrobić z dokumentami, które właśnie znalazłam. Zanim Agnieszka dotarła, zrobiłam zdjęcia każdej paczki, każdego dowodu – a było ich trzy, trzy różne kobiety, trzy różne adresy, jeden z Rzeszowa, jeden z Dębicy, jeden z Mielca. Przy jednym dowodzie leżała kartka ze spisem rachunków bankowych i numerem PESEL.

Marek wjechał na parking pod blokiem osiemdziesiąt minut później. Zastał mnie na klatce schodowej, nie w mieszkaniu – siedziałam na stopniach przed drzwiami z Agnieszką i jej mężem Pawłem, teczka z wydrukowanymi zdjęciami leżała mi na kolanach.

– Dorota, posłuchaj mnie…

– Kim jest kobieta z Dębicy? – przerwałam mu. – Ta, co ma na imię Marta, urodzona w osiemdziesiątym trzecim. Bo widziałam jej akt ślubu. Z tobą. Sprzed sześciu lat.

Zamilkł. To mi powiedziało wszystko, czego jeszcze nie wiedziałam na pewno.

Paweł wstał, trzymając teczkę tak, żeby Marek widział kopie. Spokojnym głosem, tym samym, jakim pewnie tłumaczy klientom umowy najmu, powiedział, że bigamia w Polsce jest przestępstwem z artykułu sto osiemdziesiąt trzy kodeksu karnego, że grozi za to kara do dwóch lat, i że niezależnie od tego, co Marek teraz powie, kopie dokumentów już trafiły na pocztę elektroniczną do kancelarii.

Nie krzyczałam. Nie płakałam przy nim, choć później, w łazience u Agnieszki, popłakałam się porządnie, z twarzą wciśniętą w ręcznik, żeby nikt nie słyszał. Ale na klatce schodowej byłam spokojna, bo już wiedziałam, co zrobię.

Następnego dnia pojechałam do notariusza przy ulicy Grunwaldzkiej, tego samego, u którego dziewięć lat temu podpisywaliśmy akt notarialny na mieszkanie – w którym, jak się okazało po sprawdzeniu w księdze wieczystej, byłam współwłaścicielką w połowie, bo wkład własny pochodził z mojego spadku po babci. Złożyłam wniosek o wykreślenie pełnomocnictwa, które kiedyś dałam Markowi do dysponowania naszym wspólnym kontem oszczędnościowym – sto dwanaście tysięcy złotych, które odkładaliśmy osiem lat na remont. Zamknęłam to konto tego samego popołudnia i przeniosłam pieniądze na nowy rachunek, tylko na moje nazwisko.

Z kancelarii Pawła poszło zawiadomienie do prokuratury rejonowej w Rzeszowie, załączone kopie trzech dowodów osobistych i aktu ślubu z Dębicy. Trzy tygodnie później Marek dostał wezwanie na przesłuchanie. Ja w tym czasie zmieniłam zamek w drzwiach wejściowych – nowy wkładka, nowe klucze, dałam jeden komplet Agnieszce na wszelki wypadek.

Materac wyniosłam na śmietnik tego samego wieczoru, kiedy go rozcięłam, razem z trzema plastikowymi paczkami, które wcześniej sfotografowałam i oddałam prawnikowi w oryginale. Kupiłam nowy, w markecie przy obwodnicy, dostawa była następnego dnia rano, kurier wniósł go sam, bo byłam wtedy w pracy.

Marek przyszedł pod drzwi może z tydzień później, wieczorem, zapukał, bo klucz już nie pasował. Stałam po drugiej stronie, nie otworzyłam. Powiedział przez drzwi, że to wszystko da się wyjaśnić, że mnie kocha, że tamte kobiety to był błąd sprzed lat. Nie odpowiedziałam. Usłyszałam, jak schodzi po schodach, powoli, a potem trzasnęły drzwi na dole klatki.

Rok później sąd w Rzeszowie skazał go na osiemnaście miesięcy w zawieszeniu i grzywnę. Ja mieszkam w tym samym mieszkaniu, tyle że teraz w całości na mnie, bo sąd podzielił resztę majątku, jak należało. Sypialnia pachnie teraz jaśminem – i tylko jaśminem.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: