Od rana nie mogłem znaleźć kluczyków do octavii. Stałem w przedpokoju, macałem po kieszeniach kurtki, zaglądałem do miski z drobiazgami, gdzie zawsze lądują paragony ze spożywczego i ładowarka od elektryka. Nie było. Wtedy z kuchni wyszła Kasia i powiedziała, że auto stoi u jej ojca na podwórku, bo ona sama je tam wczoraj odprowadziła po tym, co zobaczyła na koncie.
— Jakim koncie?
Zamiast odpowiedzi położyła przede mną telefon. Ekran banku. Saldo naszego wspólnego konta oszczędnościowego: dwieście złotych i czterdzieści groszy. Poniżej ostatnia operacja. Przelew na konto mojej matki. Sto dwadzieścia dwa tysiące. Tytuł: „pomoc".
— To nie jest tak, jak myślisz — powiedziałem, chociaż dokładnie tak było.
Matka potrzebowała pieniędzy. Szczerze. U niej zawsze jest coś: wymiana pieca, zaliczka dla dentysty, czwarty raz w tym roku wymiana kół w rowerze, którym jeździ do sklepu po bułki. Trzy miesiące temu powiedziała, że bank chce jej podnieść ratę i że jak jej nie pomogę, przyjdzie do nas mieszkać. Nie powiedziała „przyjdę", tylko „przyjdę do was mieszkać", jakby mój dom był jej domem. I tak od lat. Zanim się ożeniłem, matka powtarzała: ty zarabiasz, ja cię wychowałam, jesteśmy rodziną, rodzina się wspiera. Po ślubie to zdanie nie zniknęło. Tylko się poszerzyło o Kasię.
Dlatego gdy zaczęliśmy odkładać na mieszkanie, matka zaczęła patrzeć na mnie długo, z takim milczeniem w słuchawce, kiedy dzwoniłem raz na tydzień, a nie codziennie. Przyjeżdżała w niedzielę, siadała na kanapie w salonie i wzdychała, że w starym bloku znów nie grzeją, że parapet przy oknie pęka, że sąsiad z góry robi remont i ona nie może spać. Kasia zaciskała wtedy usta tak mocno, że bielały, i szła wycierać blaty w kuchni, chociaż były suche.
Ja się miotałem między nimi. Matka mówiła: Kasia cię odsuwa od rodziny. Kasia mówiła: twoja matka wyciąga ręce po wszystko, a my mamy kredyt.
Kredyt. Na mieszkanie w Krakowie, czterdzieści dwa metry, dwa pokoje z aneksem, które kupiliśmy rok temu za trzysta osiemdziesiąt tysięcy. Bez pomocy matki. Mało tego, po podpisaniu aktu notarialnego matka zapytała kiedy wprowadzimy się do czegoś większego, bo u nas nie ma dla niej osobnego pokoju.
— A po co ci osobny pokój, mamo? Mieszkasz u siebie.
— Na starość cię przygarnę, to się zdziwisz. Twoja żona już pewnie planuje, żeby mnie tam nie było.
Kasia nie planowała. Po prostu przestała zapraszać matkę na niedzielne obiady. Powiedziała: jedna niedziela w miesiącu, nie cztery. Matka uznała, że to jej wina. Moja. Obu.
Pieniądze zniknęły w piątek, wieczorem, kiedy siedziałem w fotelu i udawałem, że oglądam mecz, a tak naprawdę blokowaniem telefonu chowałem wiadomość od matki: „Czy mogę pożyczyć trochę? Tylko nie mów Kasi. Ona i tak mnie nie lubi". Znałem to zdanie. Zaczynało każdą większą prośbę.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Wiem, że było łatwiej niż powiedzieć Kasi. Że gdybym zapytał: „czy możemy pożyczyć mojej matce sto dwadzieścia tysięcy", usłyszałbym: „pożyczyć? a kiedy odda? a z czego? a jak nie odda, to co?”. I nie miałbym na to odpowiedzi. Bo matka nigdy nie oddaje. Kiedyś pożyczyłem jej trzy tysiące na pralkę, potem przez dwa lata udawała, że tematu nie było. W końcu powiedziała: „przecież ja ci gotowałam obiady przez tyle lat, liczysz mi pralkę?".
Więc przelałem jej te sto dwadzieścia dwa tysiące w piątek o dwudziestej trzeciej siedem, przy zgaszonym świetle w salonie, żeby Kasia nie widziała z sypialni, że jeszcze nie śpię. Nie napisałem matce, co to za pieniądze. Napisałem: „oddaj, jak będziesz mogła". Odpisała: „dziękuję, synku". Bez pytania, skąd wziąłem. Bez pytania, czy Kasia wie.
Kasia dowiedziała się w poniedziałek. Bank wysłał SMS o niskim saldzie. Pokazała mi telefon, a ja wtedy wymyśliłem, że to pewnie jakaś pomyłka, na pewno bank coś blokuje, bo przecież my tych pieniędzy nie ruszaliśmy. Kłamałem jej w twarz, stojąc w kuchni, obok suszarki do naczyń.
Potem powiedziała, że bierze samochód i jedzie do ojca. Nie pamiętam, czy krzyczała. Tylko że trzasnęła szafką w przedpokoju, aż spadł mój stary kask rowerowy.
Teraz stoimy naprzeciwko siebie. Ona przy blacie, ja przy lodówce. Między nami leży telefon z bankiem.
— Odda — mówię. — To pożyczka. Matka odda.
— Twoja matka — mówi Kasia — mieszka w Zabrzu. Ma własne mieszkanie, dwadzieścia siedem metrów, po twoim ojcu. Ma samochód segmentu B, który jej kupiłeś cztery lata temu z naszych pieniędzy. Ma rentę i taki styl życia, jakbyśmy to my mieli jej dorabiać.
Mówi to bez podniesienia głosu. I to jest gorsze niż krzyk. Krzyk znaczy, że jeszcze walczy. Ten ton znaczy, że już policzyła.
— Wziąłeś z konta na nasze mieszkanie. Na naszą poduszkę. Bez słowa. Przy moim udziale w kosztach, który wynosi dokładnie połowę, bo pracuję w tej samej firmie, w tym samym mieście i na to samo konto przelewam wypłatę.
— Wiem — mówię.
— Nie wiesz. Gdybyś wiedział, nie zrobiłbyś tego. Zrobiłeś to, bo od dziesięciu lat twoja matka uczy cię, że masz być jej portfelem. A ty się nie postawiłeś. Ani razu.
I wtedy, po raz pierwszy od poniedziałku, naprawdę nie mam co odpowiedzieć.
Bo to jest najgorsze. Nie to, że wziąłem pieniądze. Tylko to, że Kasia widzi całość. Że matka dzwoni do mnie piętnaście razy dziennie, a ja zawsze odbieram, nawet w środku kolacji. Że odkąd podpisaliśmy umowę kredytową, matka pyta co miesiąc, czy nasza rata nie mogłaby być niższa, bo „wtedy moglibyście mi pomagać regularnie". Że na weselu matka wypiła trzy lampki wina i powiedziała przy teściu Kasi, że ma nadzieję, że synowa znajdzie pracę na miejscu, żeby jej syn nie musiał sam ciągnąć budżetu.
I że ja to wszystko zignorowałem. Bo wygodniej było udawać, że to sposób, w jaki matka okazuje miłość.
— Zmienię to — mówię. — Porozmawiam z nią. Niech sprzeda działkę w Karpaczu, o której od lat mówi, że trzyma na czarną godzinę.
— Czarną godzinę — powtarza Kasia. — Ciekawe. U niej każda godzina jest czarna, bo zawsze czegoś brakuje. A jak nie działka, to co? Mój samochód? Moja emerytura?
— Nie chodzi o matkę. Chodzi o to, żebyśmy jakoś to odzyskali.
— A ja jestem po stronie tego, żebyśmy już nigdy niczego nie odzyskiwali od twojej matki. Bo niby co ma do oddania? Weki z ogórków?
Kasia otwiera szufladę, wyjmuje stary notatnik, w którym od roku robi listy spraw do banku. Zaznacza coś długopisem, wyrywa kartkę, kładzie obok telefonu.
— To jest plan spłaty kredytu beze mnie — mówi. — Od dziś prowadzisz swoje konto. Spłacasz ratę sam. Jak matka poprosi cię o czterysta złotych na leki, których nie widziałeś na oczy, to jej dasz, ale nie z mojej wypłaty. A jak przestaniesz odbierać telefon w środku kolacji, to może zrozumiesz, kim jesteś bez tej smyczy.
— Co ty mówisz?
— Mówię, że nie jestem twoją księgową. I nie jestem twoją matką. Jestem żoną, która przez dziesięć lat patrzyła, jak obca kobieta robi z mojego domu przechowalnię twoich wyrzutów sumienia. Koniec.
Chcę coś powiedzieć. Ale wtedy dzwoni telefon. Matka. Po raz pierwszy tego dnia nie odbieram.
Kasia bierze kluczyki, które wczoraj położyła na szafce. Wychodzi do przedpokoju, zakłada kurtkę.
— Dokąd idziesz?
— Do twojej matki. Zawiozę jej butelkę wina na pocieszenie, bo będzie jej potrzebne. Ale najpierw podjadę do notariusza umówić rozdzielność majątkową.
Stoi przy drzwiach. W półświetle z klatki schodowej jej twarz wygląda jak u kogoś, kto już nie negocjuje. W ręku ma kartkę z planem spłaty i mój telefon, w którym matka wciąż próbuje się dodzwonić.
— A w ogóle to sprawdziłam — dodaje, zanim zamknie drzwi. — W zeszłym tygodniu twoja matka wstawiła na Olx to mieszkanie w Zabrzu. Za trzysta dwadzieścia tysięcy. I wiesz co? Zostało podbite w piątek. Dzień po tym, jak zniknęły nasze pieniądze.
Nie czekam, aż wyjaśni. Zbiega po schodach. Słyszę jej kroki przez trzy piętra, potem trzask drzwi na dole i odgłos zapalanego silnika.
Zostaję w przedpokoju. Wokół cisza, jak przed wejściem do mieszkania, które nagle zrobiło się obce.
Patrzę na swój telefon. Osiemnaście nieodebranych połączeń od matki. Otwieram bank. Widzę, jak wczoraj wieczorem, chwilę po naszej kłótni, Kasia zmieniła hasło do wspólnego konta. To była ta sama godzina, o której matka wysłała mi zdjęcie nowego parkanu, a ja nie odpisałem.
Wchodzę do kuchni. Na blacie leży kartka Kasi: „Wrócę jutro. Ty decydujesz, co zrobisz z pieniędzmi. Ja już swoje zrobiłam". Podpis: Kasia. Bez daty.
Biorę kurtkę. Przed wyjściem patrzę jeszcze na lodówkę, na której wisi magnes z Zakopanego, pamiątka sprzed dwóch lat, z wyjazdu, na który matka dzwoniła codziennie, pytając, czy na pewno wrócę w niedzielę przed obiadem.
Gdyby wtedy coś się stało, to bym został. Ale nic się nie stało. Wróciłem.
Dziś wychodzę pierwszy raz, nie odbierając.
