Ciotka Henia zawsze powtarzała, że pies pamięta dłużej niż człowiek. Nie wierzyłam jej, dopóki sama nie zobaczyłam, jak Mula, suczka matki, codziennie o siedemnastej trzydzieści siadała przy furtce i czekała na autobus, którym mama wracała z przychodni. Robiła to jeszcze trzy tygodnie po pogrzebie.
Nazywam się Irena, mam pięćdziesiąt jeden lat i do zeszłego roku mieszkałam w Krakowie, na Podgórzu, w bloku z widokiem na kopiec Krakusa. Mama, Zofia, mieszkała sama w Wałbrzychu, w tym samym domu przy ulicy Sienkiewicza, w którym się wychowałam. Dzieliło nas dwieście czterdzieści kilometrów i jedna przesiadka w Kielcach, jeśli jechałam pociągiem, albo trzy godziny trasą S7, jeśli brałam swoje stare Audi A4.
Dzwoniłyśmy do siebie w każdą niedzielę o dziewiętnastej. Zawsze o tej samej porze, bo w telewizji akurat leciał serial, który obie oglądałyśmy osobno, a potem przez telefon się z niego naśmiewałyśmy. Mama mówiła "Irenko" w taki sposób, że w tym jednym słowie mieściło się wszystko naraz — i wyrzut za to, że rzadko przyjeżdżam, i duma, że jakoś sobie radzę, i to bezwarunkowe "wiem, że jesteś".
Zachorowała w marcu. Najpierw nic — drobny kaszel, zmęczenie, które składałyśmy na karb wieku. W maju lekarz z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ulicy Sokołowskiego powiedział mi wprost: rak trzustki, stadium zaawansowane, liczyć trzeba w miesiącach, nie w latach. Wzięłam urlop bezpłatny w firmie księgowej, gdzie pracuję od jedenastu lat, spakowałam dwie walizki i przeniosłam się do Wałbrzycha.
Te cztery miesiące pamiętam fragmentami, jak kadry z filmu puszczonego nie po kolei. Zapach kawy zbożowej, bo mama od chemii nie mogła już pić prawdziwej. Telewizor włączony cały dzień, bo w ciszy było gorzej. Sąsiadka, pani Basia, która co rano zostawiała pod drzwiami świeże bułki z piekarni na rogu, nie mówiąc ani słowa, tylko pukając dwa razy. Mula, która w ostatnich tygodniach przestała szczekać w ogóle, jakby wiedziała, że trzeba być cicho.
W sierpniu mama przestała wstawać. Siedziałam przy jej łóżku i trzymałam ją za rękę, a ona powtarzała moje imię tak, jak zawsze — ciepło, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę ja. Ostatni raz powiedziała je dwudziestego szóstego sierpnia, nad ranem. Potem już tylko oddychała, coraz rzadziej, aż przestała.
Pogrzeb zorganizowałam na cmentarzu komunalnym przy ulicy Uczniowskiej. Przyszło więcej ludzi, niż się spodziewałam — koleżanki z zakładu włókienniczego, w którym mama przepracowała trzydzieści dwa lata, sąsiedzi z całej ulicy, nawet pani z przychodni, która robiła mamie zastrzyki. Ksiądz mówił o życiu poświęconym innym. Ja stałam i patrzyłam na trumnę, myśląc tylko jedno: że nikt już nigdy nie powie mojego imienia tak jak ona.
Dom po mamie zostawiłam na razie w spokoju. Nie potrafiłam wejść do jej sypialni przez pierwsze dwa miesiące. Mulę zabrałam do Krakowa, choć sąsiedzi ostrzegali, że stary pies trudno znosi przeprowadzkę. Rzeczywiście pierwsze tygodnie były ciężkie — suczka odmawiała jedzenia, leżała pod drzwiami, jakby czekała, że ktoś wejdzie.
Przełom przyszedł przypadkiem, w grudniu, kiedy sprzątałam strych w domu w Wałbrzycha, żeby zdecydować, co zrobić z nieruchomością. W starej skrzyni po dziadku znalazłam teczkę z dokumentami, a w niej — zeszyt w kratkę, zapisany ręką mamy. To nie był pamiętnik w zwykłym sensie. To były listy, które pisała do mnie, ale nigdy nie wysłała. Ostatni wpis miał datę dwudziestego czwartego sierpnia, dwa dni przed śmiercią. Pisała, że boi się, że zapomnę jej głos, i że chce, żebym wiedziała jedno: dom przy Sienkiewicza ma zostać mój, cały, bez dzielenia z kuzynem Robertem, który od lat rościł sobie pretensje, bo "też jest rodziną".
Robert zjawił się w styczniu, dzień po tym, jak ogłoszenie o sprzedaży działki obok trafiło na portal. Przyjechał swoim srebrnym Volkswagenem Passatem, usiadł w kuchni, w której jeszcze stał kubek mamy z napisem "Najlepsza Babcia", i zaczął tłumaczyć, że "sprawiedliwie byłoby się podzielić", że on też jest synem siostry mamy, że "ciotka na pewno by tak chciała".
Nie krzyczałam. Wyjęłam z teczki zeszyt, położyłam przed nim otwarty na stronie z dwudziestego czwartego sierpnia i powiedziałam, żeby przeczytał sam, jej pismem, nie moim. Przeczytał. Zbladł, bo rozpoznał charakter pisma, którego nie da się podrobić ani zakwestionować przed notariuszem. Nazajutrz pojechałam do kancelarii notarialnej przy placu Grunwaldzkim i na podstawie testamentu, który mama spisała jeszcze w 2019 roku u notariusza Kowalskiego — a który Robert próbował podważać, twierdząc, że "to pewnie jakaś pomyłka" — dopełniłam formalności przepisania własności domu wyłącznie na mnie. Dom wart był, według wyceny rzeczoznawcy, czterysta dwadzieścia tysięcy złotych. Zapłaciłam podatek od spadku, odebrałam akt notarialny i zmieniłam zamki w drzwiach — nie z gniewu, tylko dlatego, że to teraz mój dom i sama decyduję, kto dostaje klucz.
Robert dzwonił jeszcze dwa razy, potem przestał. Stał kiedyś przed furtką, kiedy przyjechałam na weekend, i pytał, czy "moglibyśmy to jeszcze omówić". Powiedziałam, że omówione zostało w sierpniu, jej ręką, i zamknęłam furtkę na klucz.
Teraz mieszkam na pół etatu w Krakowie, na pół w Wałbrzychu. Mula, już postarzała, wraca do dawnych nawyków — o siedemnastej trzydzieści siada przy furtce, patrzy w stronę przystanku, a potem, po kilku minutach, wraca na ganek i kładzie się w miejscu, gdzie zawsze leżała mama, kiedy piła poranną kawę. Nie wołam już "Irenko" do nikogo, bo nikt tak nie powie. Ale w zeszycie, który trzymam w szufladzie przy łóżku, zostało jej pismo, a w domu przy Sienkiewicza — jej kubek, wciąż na tej samej półce, nieumyty od tamtego sierpnia, bo nie potrafię go jeszcze przestawić.
