Nazywam się Tomasz Kowalik, mam trzydzieści cztery lata i przez ostatnie osiem dni nie potrafiłem spać dłużej niż dwie godziny z rzędu. Piszę to nie po to, żeby ktoś mnie rozgrzeszył. Piszę, bo ludzie w internecie już zdążyli mnie osądzić, a nikt nie zapytał, jak to w ogóle wyglądało od mojej strony.
Berek trafił do mnie cztery lata temu, kiedy mieszkałem jeszcze z Kasią na Woli. Rozstaliśmy się rok temu, ja zostałem z psem, ona zabrała kota i większość mebli. Przeprowadziłem się do wynajętej kawalerki na Bemowie, do bloku z podziemnym garażem, i tam właśnie zaczął się ten koszmar, o którym teraz wszyscy piszą w komentarzach, nie znając połowy faktów.
Straciłem pracę w firmie transportowej pod koniec czerwca. Redukcja etatów, papiery na biurku, dwa tygodnie na spakowanie rzeczy z biura. Miałem oszczędności na jakieś półtora miesiąca czynszu, nie miałem rodziny w Warszawie, do której mógłbym się wprowadzić z psem tej wielkości – Berek to mieszaniec owczarka, ważący prawie czterdzieści kilogramów. Dzwoniłem do trzech schronisk. Wszędzie ta sama odpowiedź: lista oczekujących, brak miejsc, może za pół roku.
Tamtego wieczoru, dwudziestego drugiego sierpnia, zapakowałem Berka do samochodu, zjechałem na poziom -2 garażu podziemnego przy bloku, w którym już nie mieszkałem, bo wymówiłem umowę najmu tydzień wcześniej. Zostawiłem okno uchylone na kilka centymetrów. Zostawiłem miskę z wodą i pół worka karmy. I to jest ta część, której nikt nie chce słyszeć: siedziałem w aucie obok niego przez czterdzieści minut, zanim wysiadłem. Nie zdjąłem tablic rejestracyjnych, jak twierdzą niektórzy komentujący pod filmikiem, który ktoś nagrał telefonem – to nieprawda, sprawdzała to później straż miejska, tablice były na miejscu, tylko zapisane w innym systemie, bo auto było leasingowane na firmę, której już nie było.
Wróciłem po trzy dni. Miałem plan: znajomy z Ursusa miał podobno wolne miejsce w komórce lokatorskiej, gdzie mogłem trzymać Berka tymczasowo. Kiedy zjechałem do garażu, auta już nie było. Ktoś je odholował – miejsce postojowe nie było moje, formalnie parkowałem tam nielegalnie, bo umowa najmu i miejsce garażowe wygasły tego samego dnia. Dzwoniłem na policję, dzwoniłem na parking depozytowy przy Krakowiaków, nikt nie wiedział, gdzie odholowano konkretnie ten pojazd – system się zaciął, urzędnik kazał zadzwonić w poniedziałek.
Dziewięć dni. Tyle Berek przesiedział zamknięty w bagażniku i na tylnej kanapie tego auta, zanim jeden z pracowników parkingu przy ulicy Połczyńskiej usłyszał skomlenie i zawiadomił fundację zajmującą się interwencjami. Kiedy otworzyli drzwi, był odwodniony, miał otarte łapy od drapania w tapicerkę, ale kiedy wolontariuszka wyciągnęła rękę, on polizał ją po dłoni. Nie warknął. Nie ugryzł. Po tym wszystkim.
Zobaczyłem zdjęcia w mediach społecznościowych fundacji, zanim ktokolwiek skojarzył, że to mój samochód. Rozpoznałem obrożę. Pojechałem tam tego samego dnia, do siedziby przy Obrzeżnej, z dowodem rejestracyjnym i wszystkimi papierami szczepień Berka, które trzymałem w schowku.
Nie wpuścili mnie do środka. Kierowniczka fundacji, pani Ewa, wyszła na parking i powiedziała mi wprost, że nie oddadzą mi psa, że złożą zawiadomienie o znęcaniu się nad zwierzęciem z artykułu trzydziestego piątego ustawy o ochronie zwierząt, i że mogę się tłumaczyć prokuratorowi. Miała rację, żeby tak zrobić. Nie mam co do tego złudzeń.
Trzy tygodnie później dostałem wezwanie na komisariat przy Białobrzeskiej. Zeznawałem dwie godziny. Powiedziałem wszystko: o utracie pracy, o eksmisji z kawalerki, o telefonach do schronisk, o tym, że nie miałem gdzie go zabrać i że w głowie kołatała mi myśl, że ktoś go znajdzie szybciej, niż faktycznie się stało. To była kalkulacja rozpaczliwego człowieka, nie plan kogoś, kto chciał skrzywdzić psa.
Sprawa trafiła do sądu rejonowego dla Warszawy-Mokotowa w grudniu. Nie znam jeszcze wyroku – rozprawa jest wyznaczona na piąty listopada. Prokurator wnioskuje o zakaz posiadania zwierząt na pięć lat i grzywnę w wysokości ośmiu tysięcy złotych. Mój obrońca z urzędu mówi, że mam szansę na wyrok w zawieszeniu, biorąc pod uwagę, że nie miałem wcześniej żadnych wpisów w Krajowym Rejestrze Karnym i że współpracowałem od pierwszego dnia.
Fundacja umieściła zdjęcie Berka na Facebooku trzy miesiące temu z podpisem, że szuka domu, w którym nikt nigdy nie zostawi go samego w ciemności. Sto dwadzieścia tysięcy udostępnień. Napisała do nich rodzina z Piaseczna, małżeństwo z dwójką dzieci i ogrodzoną działką, którzy mieli wcześniej owczarka przez jedenaście lat, aż zwierzę zmarło ze starości. Zabrali Berka do domu we wrześniu. Widziałem zdjęcie, które pani Ewa opublikowała bez mojej wiedzy – ktoś mi je przesłał: Berek śpi na kocu przy kominku, mając pod łapą starą piłkę tenisową.
Nie mam prawa prosić, żeby ktokolwiek mi wybaczył. Nie proszę o to. Ale jeżeli czytacie to i jesteście w sytuacji, w której nie stać was na zwierzę, zadzwońcie do fundacji, zanim zjedziecie do jakiegokolwiek garażu. Zostawcie go u sąsiada, u rodziny, gdziekolwiek, gdzie ktoś otworzy drzwi następnego dnia, a nie dziewięć dni później. Ja tego nie zrobiłem. On czekał w ciemności, a ja się bałem wrócić i zobaczyć, co zrobiłem. Piąty listopada pokaże, ile to będzie kosztować mnie w złotówkach i w latach bez prawa do posiadania psa. Berka to już nie dotyczy. On ma teraz kominek, ogród w Piasecznie i ludzi, którzy nie znikają.
