Warsztat przy Grójeckiej
Dziewiąty rok pracuję w tym warsztacie, prawie zawsze w recepcji — zapisuję terminy, wystawiam faktury, parzę kawę z ekspresu, który zawsze robi ją za słodką. Tego dnia, czternastego marca, przyszła pani Krystyna. Znałam ją z widzenia — przyprowadzała na przeglądy forda swojego męża, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, zawsze z reklamówką z Biedronki, bo przy okazji robiła zakupy.
Tym razem nie przyszła na usługę. Przyszła, bo jej zięć, Marek, przepisał cały warsztat na siebie — ten sam warsztat, który należał do jej męża, świętej pamięci pana Henryka, zanim zmarł trzy lata temu. Krystyna miała w papierach połowę udziałów, ale wyszło na jaw, że kiedyś podpisała pełnomocnictwo, żeby „było łatwiej z księgową przy rozliczeniach", a Marek to wykorzystał. Po cichu, u notariusza z drugiego końca miasta, o którym wcześniej nikt nie słyszał.
Usiadła przy biurku, z reklamówką w rękach — żółtą, przetartą na rogach — pełną dokumentów, i zapytała, czy może zadzwonić do córki, Doroty, bo sama nie miała odwagi. Powiedziałam, że oczywiście może, ale zapytałam, czy naprawdę chce, żeby córka dowiedziała się w ten sposób, że jej mąż okradł teściową. Zamyśliła się. Akurat przejeżdżał wtedy autobus linii 175, ten sam, którym ja jeżdżę do pracy, i przez chwilę tylko patrzyła, jak przejeżdża.
Marek pojawił się w warsztacie jakieś dwadzieścia minut później, nie wiedząc, że teściowa tam jest. Miał na sobie roboczy kombinezon, ręce czarne od smaru, i poszedł prosto do biura po klucze do szafki ze specjalistycznymi narzędziami — tej, którą zwykle otwierała tylko Krystyna, bo to ona prowadziła spis sprzętu po mężu. Zamek był wymieniony. Stanął w drzwiach, szarpnął klamkę raz, drugi, i wtedy zobaczył ją siedzącą po drugiej stronie recepcji.
— Co pani tu robi? — powiedział, nie jako pytanie, raczej jako oskarżenie.
Krystyna wyjęła z reklamówki teczkę — niebieską, z gumką, z tych za pięć złotych w sklepie papierniczym — i położyła na ladzie. W środku był akt notarialny, ten sam sprzed dwóch tygodni, który jej prawnik, kolega męża ze studiów, zdołał unieważnić przez błąd w pełnomocnictwie. Obok leżało pismo z sądu rejonowego i wyciąg z konta firmy, które sama otworzyła tydzień wcześniej — nowe konto, na które przelała już płatności od trzech klientów flotowych, tych, którzy dawali warsztatowi największe zlecenia.
— Szafka z narzędziami zostaje zamknięta, dopóki nie rozliczymy się z księgową do końca miesiąca — powiedziała, nie podnosząc głosu. — A klienci flotowi wiedzą już, gdzie teraz kierować zlecenia.
Marek nic nie odpowiedział. Stał w drzwiach, z rękami wciąż czarnymi od smaru, patrząc to na nią, to na mnie, jakby czekał, że ktoś stanie po jego stronie. Nikt nie stanął.
Zadzwonił telefon w recepcji — to Dorota, w końcu ktoś do niej zadzwonił, chyba sama Krystyna wcześniej, bo już niczego więcej ode mnie nie potrzebowała. Rozmawiały krótko. Widziałam, jak Krystyna mówi, przytakując: „tak, jestem w warsztacie", „nie, nic mi się nie stało", „porozmawiamy wieczorem, dobrze".
Odłożyła słuchawkę, schowała teczkę z powrotem do reklamówki i zapięła płaszcz. Zanim wyszła, odwróciła się do Marka.
— Klucze od biura oddasz księgowej. Najpóźniej w piątek.
Wyszła w stronę przystanku, tego samego, z którego ja codziennie wracam autobusem do domu. Nie widziałam, czy złapała sto siedemdziesiątkępiątkę, bo akurat wszedł klient w sprawie swojego civica. Ale reklamówka z Biedronki wisiała jej na ramieniu dokładnie tak samo jak zawsze — tylko że teraz było w niej coś więcej niż zakupy na kolację.
