Gadająca papuga z ulicy Krowoderskiej
Pracuję w przedszkolu numer siedemnaście na Krowoderskiej już dwadzieścia trzy lata, od kuchni po recepcję wszystko przeszłam, teraz siedzę na portierni i wydaję identyfikatory rodzicom. Widziałam setki dzieci, setki matek z workami pod oczami i ojców, którzy przychodzą raz na pół roku i chcą od razu zostać "tatą roku". Ale tamtego wrześniowego poranka, kiedy na dworze lało jak z cebra, a w holu obok mnie w klatce skrzeczała Lola, nasza papuga, którą dyrektorka trzyma od lat "dla rozwoju dzieci", do budynku weszła kobieta z chłopcem za rękę, i od razu wiedziałam, że będzie zabawnie.
Chłopiec miał z pięć lat, gumowce w żółte słoneczka i minę kogoś, kogo ciągną na szczepienie. Matka, drobna, w przemoczonym trenczu, trzymała go mocno, jakby się bała, że ucieknie do piaskownicy i już go nie znajdzie.
Pierwsze, na co natknęli się przy wejściu, to nasze tablice. Dyrektorka, pani Bogumiła Szczepaniak, sama je wymyśliła i kazała woźnemu przykręcić każdą na cztery śruby, żeby żaden wiatr nie urwał. Na drzwiach głównych wisiało: "Uwaga! Wprowadzać do budynku nie więcej niż jedną grupę dzieci naraz, celem uniknięcia nadmiernego ubierania!" Obok placu zabaw kolejna: "Aktywne sportowe granie korzystnie wpływa na dziecięcą rośnięcie!" A na stołówce trzecia, moja ulubiona: "Drodzy wychowankowie! Unikajcie gadania podczas jedzenia!"
Kobieta w trenczu przystanęła, przeczytała to wszystko dwa razy, po czym wyjęła telefon i zaczęła fotografować, jedną tablicę po drugiej.
— Wyślę to na grupę w pracy — mruknęła, bardziej do siebie niż do syna. — Niech koleżanki mniej gadają i jedzą, a więcej pracują.
Chłopiec pociągnął ją za rękaw w stronę klatki z papugą, która akurat zaskrzeczała coś niewyraźnego, ale matka już szła dalej, do gabinetu dyrektorki. Na drzwiach wisiała tabliczka: "B. Szczepaniak, dyrektorka placówki przedszkolnej." Kobieta pokręciła głową i też to sfotografowała.
— Ciekawa z niej sztuka — rzuciła pod nosem.
Ja akurat niosłam segregator do sekretariatu i usłyszałam to przez uchylone drzwi. Omal nie upuściłam papierów ze śmiechu, bo znałam panią dyrektor od lat i wiedziałam, co ją czeka.
Pani Szczepaniak to kobieta budowy monumentalnej, biurko w jej gabinecie wygląda przy niej jak mebel z pokoju lalek. Siedziała właśnie i rozmawiała przez telefon, kiedy weszli, brwi namalowane grubą kreską, usta szminką w kolorze wiśni, paznokcie takie błyszczące, że można się było w nich przejrzeć jak w lustrze. Mój mąż zawsze mówi, że taka uroda to pełna amunicja na cały dzień pracy.
— Dzień dobry, pani dyrektor — powiedziała matka. — Przyprowadziłam synka zapisać do przedszkola.
Pani Szczepaniak zerknęła znad okularów, nie przerywając rozmowy, i rzuciła do słuchawki: "Przepraszam, oddzwonię, przyszli się zapisywać." Odłożyła telefon, poprawiła fryzurę i przeniosła uwagę na chłopca, potem na matkę.
— Zobaczmy, co my tu mamy. Ile chłopiec ma latków?
— Pięć — odpowiedziała matka, zanim dziecko zdążyło otworzyć usta.
— A ile kilogramków waży?
Matka podała wagę. Dyrektorka wydęła pomalowane usta, zastanowiła się i spytała, ile centymetrków ma wzrostu. Zauważyłam przez szparę w drzwiach, że matka zaczyna się czerwienić na szyi, dokładnie tak, jak moja córka, kiedy coś ją wkurza, ale jeszcze się trzyma.
— Rodzina pełna? — ciągnęła dyrektorka. — Ojciec jest? Bo niektórzy żyją bez tatusiów.
— Pełna — odparła matka z nutą jadu w głosie. — Wszyscy są w komplecie, i tatusiowie, i mamusie.
— I nawet kotek! — wtrącił chłopiec, chyba licząc, że to spodoba się pani dyrektor.
— To pozytywne! — ucieszyła się Szczepaniak, drapiąc się po namalowanej brwi. — Mieszkacie w mieszkaniu komfortowym, czy w domku osobnym?
Matka zaczęła się wiercić na krześle. Gryzła wewnętrzną stronę policzka, znak, że zaraz wybuchnie, ale jeszcze trzyma fason przez wzgląd na syna.
— Trzeba by sprawdzić poziom wiedzątek pani synka — oznajmiła dyrektorka. — Żeby ustalić, czy jest gotowy do uczęszczania do przedszkolątka.
— Niektórym w tym gabinecie przydałaby się chyba kontrola wiedzątek — rzuciła matka z sarkazmem, już bez hamulców. — Zaczynam wątpić, czy dobrze się tu wychowuje dziecątka.
— Bez ironiątek, proszę! — nadęła się dyrektorka. — I tak brakuje nam kadrątek. Kogo pani chciała zobaczyć za taką pensyjkę? Wielkich geniuszątków?
Tu akurat trafiła, bo "geniusz" wyszedł jej poprawnie, co jeszcze bardziej rozwścieczyło matkę, która liczyła na to, że dyrektorka pomyli nawet to słowo.
— Trzeba będzie przejść badanie lekarzykowe — dodała Szczepaniak, wyciągając pulchną dłoń po dokumentacyjki. — Jak chłopczyk nastawiony? Chcesz chodzić do przedszkolątka i rosnąć z naszym kolektywikiem?
— KOLEKTYWEM! — matka w końcu nie wytrzymała. — Nie wiem, czy pani to przeżyje, pani Szczepaniak, ale poprawnie mówi się nie "kolektywikiem", tylko "kolektywem"! Nie "lekarzykowe", tylko "lekarskie"! Jeszcze chwila i pomyślę, że pani mózg też jest pomalowany jak te paznokcie!
Dyrektorka dotknęła swojej wysokiej, lakierowanej fryzury, jakby chciała sprawdzić, czy mózg jeszcze jest na miejscu. Odciągnęła farbowany kosmyk, obejrzała go uważnie i ułożyła z powrotem.
— Niech pani nie robi mi tu pretensyjek — powiedziała, wydymając usta. — Gdybym miała złe móżdżki, nie wyrosłyby mi takie piękne włosiki.
— E, dajmy spokój — matka wstała gwałtownie, krzesło zazgrzytało na linoleum. — Istny przedszkol jakiś, nie placówka.
— A przecież jesteśmy przedszkolem! — zauważyła trzeźwo dyrektorka. — Tabliczkę na bramie pani widziała?
Wyszli bez zapisu. Widziałam to z mojego okienka, matka ciągnęła syna przez kałuże tak szybko, że chłopiec musiał biec, żeby nie upaść, gumowce chlapały błotem po całych nogawkach. Mijając klatkę z Lolą, papuga zaskrzeczała nagle wyraźnie, jakby ktoś ją tego nauczył specjalnie na tę okazję: "Ile latków, ile kilogramków?" Matka przystanęła na sekundę, spojrzała na ptaka, jakby nie dowierzała własnym uszom, po czym parsknęła krótkim, gorzkim śmiechem i pociągnęła syna do wyjścia. Przy furtce odwróciła się jeszcze raz w stronę budynku i pokazała środkowy palec, chyba sądząc, że nikt nie widzi. Ja widziałam.
Trzy dni później zadzwoniła do mnie moja siostrzenica, która pracuje w przedszkolu przy ulicy Lea, po drugiej stronie miasta. Mówi: przyszła taka jedna, zapisała syna, opowiadała całej grupie na forum dla rodziców o jakiejś "Sztuce z Krowoderskiej", która mówi "dokumentacyjki" i "lekarzykowe", i o papudze, która powtarza po niej lepiej niż niejeden stażysta. Śmiała się, że pół dzielnicy już czyta ten wpis.
A u nas nic się nie zmieniło. Tydzień później przyszła nowa para rodziców, w progu gabinetu dyrektorka pytała ich syna, ile ma latków i ile kilogramków waży, a z klatki w holu Lola powtórzyła to słowo w słowo, zanim jeszcze ojciec zdążył odpowiedzieć. Tabliczki wiszą dalej, każda na czterech śrubach, lakier na fryzurze dyrektorki błyszczy tak samo jak pierwszego dnia, kiedy ją poznałam.
Odkładam swój segregator na portierni, a zza uchylonych drzwi gabinetu słyszę, jak dyrektorka pyta kolejną matkę o "centymetrki wzrostu". Z klatki w holu Lola odpowiada jej echem, nim matka zdąży otworzyć usta.
