— Mamo, przecież przyjedziemy. Naprawdę. Słyszysz mnie? Tylko proszę cię, nie dotykaj tego kranu.

— Mamo, przecież przyjedziemy. Naprawdę. Słyszysz mnie? Tylko proszę cię, nie dotykaj tego kranu. Zostaw go w spokoju, dobrze? Nic się nie stanie przez jedną noc. Nie zalejesz sąsiadów, to tylko trochę wilgoci i skroplin. Spokojnie. Jutro będziemy na miejscu. Obiecuję.

Przerwałam na chwilę, słuchając jej nerwowego oddechu.

— Weź swoje lekarstwa, połóż się i spróbuj zasnąć. Dobrze, mamusiu? Rano wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej.

Rozłączyłam się i odłożyłam telefon na blat.

Przez chwilę patrzyłam na ekran, jakbym spodziewała się, że za moment znowu zadzwoni.

Siergiej siedział naprzeciwko mnie. W jego twarzy było coś, co znałam aż za dobrze — zmęczenie pomieszane z rezygnacją.

— Znowu? — zapytał.

Nie odpowiedziałam.

— Marta, ile razy jeszcze będziemy przeżywać tę samą historię? — ciągnął. — Kran kapie, mama dzwoni, ty się denerwujesz, a my rzucamy wszystko i jedziemy. Przecież ten kran się nie rozpadnie do rana.

— Słyszałeś ją — powiedziałam cicho. — Ona naprawdę się boi.

— Boi się kranu?

— Nie kranu. Tego, że coś się stanie i nie będzie miała kogo poprosić o pomoc.

Siergiej westchnął.

— I oczywiście tym „kimś” zawsze jesteś ty.

Poczułam znajome napięcie w skroniach.

— Ona jest już starsza. Wszystko przeżywa mocniej niż kiedyś. Wystarczy drobiazg i od razu wpada w panikę.

— Bo wie, że ty przyjedziesz.

Spojrzałam na niego.

— Co to ma znaczyć?

— Dokładnie to, co powiedziałem.

Siergiej odsunął talerz.

— A gdzie jest twój brat? Ten słynny Mateusz? Człowiek sukcesu? Biznesmen? Dlaczego jego telefon jakoś nigdy nie dzwoni w takich sytuacjach?

— Jest w Warszawie.

— Wiem, gdzie jest.

— Ma mnóstwo pracy.

Siergiej zaśmiał się krótko, ale bez cienia rozbawienia.

— Oczywiście. Zawsze ma „mnóstwo pracy”.

Wstał od stołu.

— Wiesz, co mnie najbardziej denerwuje? Nie to, że twoja mama potrzebuje pomocy. Tylko to, że wszyscy doskonale wiedzą, kto tę pomoc zapewni.

Zaczął zbierać puste szklanki.

— Ty.

— To moja mama.

— A on jest jej synem.

Zamilkłam.

Trafił w najczulszy punkt.

— Mateusz pomógłby, gdyby tylko miał możliwość — powiedziałam, choć sama ledwo wierzyłam w swoje słowa.

— Marta…

Siergiej pokręcił głową.

— Ty naprawdę nadal go usprawiedliwiasz.

— Nie usprawiedliwiam.

— Robisz to od lat.

Odwróciłam wzrok.

Nie chciałam się z nim kłócić.

Nie tej nocy.

Nie po tym telefonie.

— Mama nigdy go nie poprosi — powiedziałam po chwili. — Zawsze mówi, że nie chce mu przeszkadzać. Że ma pracę. Że jest zmęczony. Ona go po prostu chroni.

— A ciebie kto chroni?

To pytanie zabolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze słowa.

Nie znalazłam odpowiedzi.

Siergiej również nic już nie mówił.

W końcu westchnął ciężko.

— Dobrze. Jutro pojedziemy.

— Naprawdę?

— Tak.

Wziął talerz i ruszył w stronę zlewu.

— Powiedz jej tylko, żeby niczego nie odkręcała, nie rozkręcała i nie próbowała naprawiać sama. Postawi miskę pod kranem i poczeka do jutra.

— Dziękuję.

— Nie dziękuj mi.

Odwrócił się do mnie.

— Po prostu nie mam już dzisiaj siły być bohaterem.


Następnego dnia po pracy pojechaliśmy do mamy.

Miałam wrażenie, że tym razem wszystko będzie wyglądało dokładnie tak jak zwykle.

Mama otworzy nam drzwi.

Zacznie opowiadać o kranie.

Siergiej naprawi usterkę.

Potem wypijemy herbatę i wrócimy do domu.

Ale kiedy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania, coś od razu wydało mi się nie na miejscu.

Na wieszaku wisiało eleganckie, długie kaszmirowe palto.

Zdecydowanie zbyt drogie jak na możliwości mamy.

Spojrzałam na Siergieja.

On również je zauważył.

Z kuchni dobiegł nas męski głos.

Znałam go doskonale.

Mateusz.

Weszliśmy do środka.

Mój brat siedział przy kuchennym stole, wygodnie rozparty na krześle. W jednej ręce trzymał najnowszego smartfona, a drugą bezmyślnie przesuwał po ekranie.

Kiedy nas zobaczył, uniósł głowę.

— No, nareszcie.

Ani drgnął, żeby wstać.

— Marta, możesz mi powiedzieć, dlaczego ten przeklęty kran nadal cieknie?

Przez moment myślałam, że się przesłyszałam.

— Co?

— Kran w łazience. Mama mówiła, że znowu kapie.

— Wymienialiśmy uszczelkę kilka dni temu.

Mateusz wzruszył ramionami.

— To najwyraźniej coś zrobiliście nie tak.

Siergiej stał za mną.

Poczułam, jak napięcie w pomieszczeniu rośnie.

— Można było przecież zadzwonić po hydraulika — ciągnął Mateusz. — To naprawdę nie jest żadna filozofia.

Miał na sobie idealnie wyprasowaną białą koszulę. Drogie buty. Zegarek, którego wartość prawdopodobnie przekraczała kilka miesięcznych pensji mamy.

Nagle wszystko wydało mi się absurdalne.

Człowiek, który przez większość czasu był setki kilometrów od niej, właśnie robił nam wyrzuty, że kran nie został naprawiony wystarczająco szybko.

— Mateusz, nie wiedziałam, że jesteś tutaj — powiedziałam.

— Przyjechałem.

Jakby to było wystarczające wyjaśnienie.

Po chwili dodał:

— Mama mówiła jeszcze o lekach. Zróbcie mi listę tego, czego potrzebuje. Zapłacę kartą.

Spojrzałam na niego.

— Ty zapłacisz?

— No tak. A co?

— Nic.

Odwróciłam się.

Siergiej milczał.

Ale znałam go na tyle dobrze, że wiedziałam, o czym myśli.

I chyba pierwszy raz od dawna pomyślałam dokładnie o tym samym.

Mateusz miał pieniądze.

Miał samochód.

Miał możliwości.

Miał czas, skoro właśnie siedział teraz w mieszkaniu mamy.

A mimo to przez ostatnie miesiące to my przyjeżdżaliśmy tutaj po pracy, w weekendy i późnymi wieczorami.

To my wymienialiśmy żarówki.

To my robiliśmy zakupy.

To my jeździliśmy z mamą do lekarza.

To my odbieraliśmy telefony o cieknących kranach, zepsutych zamkach i dziwnych dźwiękach dochodzących z lodówki.

A Mateusz?

Mateusz płacił.

I najwyraźniej uważał, że w ten sposób jego obowiązki wobec własnej matki zostały w pełni wykonane.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: