Wracałam z dworca autobusowego w Gorzowie, a w ręku niosłam torbę z dokumentami. Słońce już siadało za blokami z wielkiej płyty, pachniało mokrym asfaltem i cudzym obiadem z otwartych okien. W autobusie linii 126 ktoś zostawił na siedzeniu paragon z Biedronki — cztery złote osiemdziesiąt za bułki. Schowałam go do kieszeni, nie wiem po co. Czasem człowiek trzyma się głupich rzeczy, żeby nie myśleć o ważnych.
Dwa dni wcześniej dostałam telefon od mamy. Żebym przyjechała, bo jest sprawa rodzinna. Nie powiedziała jaka. Głos miała taki, jak wtedy gdy chciała, żebym przywiozła jej leki z apteki i udawała, że to nie prośba, tylko oczywistość.
W mieszkaniu pachniało kapustą i płynem do podłóg. Mama wycierała blat, chociaż był suchy. Zawsze tak robiła, kiedy rozmowa robiła się niewygodna. Przy stole siedziała Karolina, moja młodsza siostra, i obracała w palcach telefon. Obok niej leżała teczka z dokumentami. Ojciec stał przy oknie i udawał, że szuka czegoś w szufladzie.
— Siadaj — powiedziała mama, nie podnosząc oczu znad blatu.
Nie usiadłam. Torba z laptopem ciążyła mi na ramieniu. Miałam za sobą osiem godzin w księgowości i jeszcze faktury, które musiałam sprawdzić w domu.
— Chcemy ci powiedzieć, że przepisujemy dom po babci na Karolinę — oznajmiła mama.
Poczułam, jak woda w czajniku zaczyna cicho szumieć. Chyba nikt jej nie wyłączył.
— Na Karolinę. A ja?
— Ty masz mieszkanie w Gorzowie. A ona wraca z Anglii i musi mieć gdzie zacząć.
Zaczęłam się śmiać. Nie głośno. Tak jakoś z boku, jakby ktoś obcy siedział we mnie i nie mógł uwierzyć.
— Moje mieszkanie to wynajęta kawalerka dwadzieścia osiem metrów, za którą płacę tysiąc czterysta miesięcznie — powiedziałam. — A Karolina wraca, bo rzuciła robotę w magazynie, bo jej się znudziło.
— Nie zaczynaj. — Mama odłożyła ścierkę. — Ona ma trudniej. Ty zawsze byłaś poukładana.
— Poukładana. To znaczy, że jak ktoś sobie radzi, to można mu nie pomagać?
Ojciec w końcu się odezwał, nie odwracając się od okna:
— Nikt ci niczego nie zabiera. Po prostu Karolina dostanie dom, bo jest młodsza i w gorszej sytuacji.
— Ja też byłam młodsza i w gorszej sytuacji, tylko wtedy nikt mi nie proponował domu. Mówiliście: skończ studia, znajdź pracę, dorośnij.
— No i dorosłaś — ucięła mama.
Wtedy zrozumiałam, że to nie jest rozmowa o domu. To była rozmowa o tym, że ja nigdy nie byłam tą, której się coś należy. Tą, której można dać. Byłam tą, która sama bierze, bo wie, że nikt jej nie poda. A teraz mieli pretensję, że przestałam czekać na ich pozwolenie.
Wzięłam z krzesła swoją kurtkę. Karolina uniosła oczy znad telefonu.
— Nie bądź zazdrosna — mruknęła.
— Nie jestem. Ja już wiem, że twoje „trudniej” kosztuje dom. A moje „poukładana” kosztuje tysiąc czterysta co miesiąc i ciszę w święta, bo pracuję, żeby wam nie było wstyd, że córka biedna.
Wyszłam. W korytarzu na wycieraczce leżały buty Karoliny — kozaki na obcasie, rzucone jedne na drugie. Kiedyś bym je ustawiła, żeby mama nie krzyczała. Tym razem przeszłam obok. Zamknęłam za sobą drzwi cicho, ale zamek szczęknął jak wystrzał.
Piszę to teraz, siedząc nad talerzem zimnej pomidorowej u znajomej z pracy. Wynajęłam u niej pokój tydzień temu, po tym jak mój były chłopak wyprowadził się i zostawił po sobie jedynie żółty ręcznik i ratę za lodówkę, którą kupiliśmy na raty. Nie prosiłam nikogo o pomoc. Bo niby kogo?
W sobotę przyjechałam do notariusza. Miałam w torbie wszystkie swoje papiery — umowę o pracę, wyciągi z konta, PIT za ostatnie dwa lata. Siwy mężczyzna w okularach przejrzał je i zmarszczył czoło.
— Pani chce wziąć kredyt na mieszkanie?
— Nie — odparłam. — Chcę kupić działkę. Niewielką, za miastem. Bez domu, bez niczego. Tylko ziemia.
— Po co pani sama działka?
— Bo chcę mieć coś, czego nikt nie może mi przepisać komu innemu dla mojego dobra.
Popatrzył na mnie znad okularów. Nic nie powiedział. Wyciągnął z biurka plik formularzy. Pachniały papierem i tuszem. Podpisałam każdą stronę. Ręka mi nie drżała. To było dziwne — po tylu latach zgody na cudze decyzje, w końcu podpisywałam coś wyłącznie dla siebie.
Zanim wyszłam z kancelarii, zrobiłam jedną rzecz. Poprosiłam o kopię aktu notarialnego. Włożyłam ją do teczki, a na wierzchu napisałam markerem: „Moja ziemia. Nie do ruszenia”.
Dwa dni później mama zadzwoniła.
— Byłaś u notariusza?
— Skąd wiesz?
— Bo twoja chrzestna cię widziała. Mówi, że wyglądałaś, jakbyś szła na egzekucję.
— To nie egzekucja. To inwestycja.
— Nie stać cię na działkę. Do czego ci to?
— Nie chodzi o to, czy mnie stać, mamo. Chodzi o to, żebyście nie mogli mi już powiedzieć, że nic nie mam i że wszystko biorę z łaski. Bo wam się wydaje, że skoro się nie skarżę, to mi nie trzeba.
Po drugiej stronie zapadła cisza, słychać było tylko, jak czajnik się zagotował. Znowu czajnik. Całe dzieciństwo kojarzy mi się z tym dźwiękiem — mama nastawiała wodę, żeby zająć czymś ręce, gdy trzeba było powiedzieć coś trudnego.
— Przyjedź w niedzielę. Porozmawiamy spokojnie — powiedziała.
— Nie.
— Jak to nie?
— Tak. Nie przyjadę. Bo nie chcę już rozmawiać o tym, co wy mi łaskawie dacie albo nie. Mam swoją ziemię. I mam swoje życie. A wy macie Karolinę i dom po babci. Tylko pamiętajcie: dom to pusty budynek, jak w środku nikogo nie ma.
Rozłączyła się pierwszy raz w życiu.
Wieczorem usiadłam na parapecie z kubkiem herbaty z cytryną. Na dworze było już ciemno, ale latarnie pod moim blokiem rzucały pomarańczowe światło na mokre od deszczu liście. Wyjęłam z torby ten paragon z Biedronki. Cztery złote osiemdziesiąt. Schowałam go z powrotem.
A potem zrobiłam coś, czego nie planowałam. Otworzyłam laptopa i założyłam nowy folder. Nazwałam go „Mój grunt”. Wrzuciłam tam skany dokumentów, plan działki i listę rzeczy do załatwienia w przyszłym tygodniu: geodeta we wtorek, ogrodzenie, wycena studni.
A Karolina może sobie mieszkać w domu po babci. Niech tylko pamięta, żeby regularnie odkurzać, bo mama nie znosi kurzu na parapecie. Ja tam nigdy nie umiałam tego robić tak, żeby było dobrze.
Następnego ranka wstałam o szóstej. Zrobiłam kawę, usiadłam na schodku przed klatką i popatrzyłam na swoje buty. Stare, wygodne, z pękniętą podeszwą. U sąsiadki przez ścianę zagwizdał czajnik, ktoś zaśmiał się za oknem. Dopiłam kawę, wróciłam do mieszkania i w przeglądarce wpisałam: „sklep obuwniczy Gorzów, buty trekkingowe, promocja”. Dodałam parę do koszyka, obok listy zakupów na wtorek: kołki geodezyjne, taśma miernicza, dwie butelki wody.
