# Dwie Miski Dla Burka
Pracuję w schronisku dwanaście lat. I powiem tak: ludzie to jednak najdziwniejsze stworzenia. Przyjdą, wezmą psa, obiecują mu raj na ziemi, a za miesiąc dzwonią, że jednak nie, bo dziecko się urodziło, bo przeprowadzka, bo pies za duży. Ale żeby aż tak, jak ta kobieta w zeszły wtorek… Nie, czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Był wtorek, dwadzieścia po trzeciej, akurat kończyłam zmianę. Deszcz lał od rana, woda stała na podwórzu przy ulicy Ogrodowej, a w biurze pachniało mokrą sierścią i płynem do podłóg. Miałam jeszcze wpisać karmę do zeszytu i lecieć po dziecko do szkoły. I wtedy ona weszła. Taka drobna kobieta po pięćdziesiątce, w szarym płaszczu, z mokrymi włosami przy twarzy. W rękach trzymała kartonowe pudło. A w pudle siedział Buras — nasz podopieczny sprzed dwóch lat.
Poznałam go po łapie. Biała skarpetka na przedniej prawej, jakby mu ktoś farbą pomalował. Wyglądał dobrze. Może trochę przytył. Siedział spokojnie, łeb wychylał z pudła i patrzył na mnie, jakby się zastanawiał, czy ja też go zaraz zostawię.
— Pani znalazła psa? — zapytałam, chociaż wiedziałam, że to nie tak.
— Nie. To nasz pies. Mój i męża. Ale musimy go oddać.
Mówiła cicho, ale równo. Bez łez, bez załamywania rąk. Postawiła pudło na podłodze, wyjęła z kieszeni smycz, położyła na blacie. Obok — książeczkę szczepień. Wszystko starannie przygotowane. Jakby już przećwiczyła to w domu przed lustrem.
Zaczęłam standardowo. Formularz, powód oddania. Podałam jej długopis. Wzięła go, ale nie pisała. Gapiła się w rubrykę „przyczyna".
— Proszę pisać tak, jak jest — powiedziałam. — Nikt pani nie ocenia.
A ona mi na to:
— Mąż powiedział, że mam oddać psa. Kropka.
Czekałam. Milczała. Buras westchnął, położył łeb na brzegu pudła. Za oknem rynna grała, jakby ktoś po niej stukał palcami.
Po chwili dodała:
— Wyprowadził się w sobotę. A w niedzielę zadzwonił i powiedział, że mam tydzień. Że pies to jego, nie mój. Że on go kupił, on go karmił, on z nim chodził na spacery. I że jeśli się nie pozbędę psa, to on już nie wróci.
Znałam ten ton. W schronisku słyszę go często: „żona kazała wybierać", „mąż nie zgadza się na kota". Ludzie potrafią postawić najbliższą istotę pod ścianą. Ale żeby mąż kazał żonie wybrać między sobą a psem… To już inna liga.
— I co pani zrobi? — zapytałam.
— Nie wiem. Dzwonił dziś rano. Pytał, czy już załatwione. Powiedziałam, że szukam.
— Pani męża — poprawiłam. — Co pani z psem zrobi.
Popatrzyła na mnie pierwszy raz od wejścia. W jej oczach nie było rozpaczy. Było coś gorszego: sprawdzanie, czy ja jestem po jej stronie, czy po stronie męża.
— Nie wiem, jak pani ma na imię — powiedziałam. — Ale coś pani powiem. Ludzie, którzy stawiają drugiego człowieka przed wyborem, zwykle się nie męczą. Oni już wcześniej wybrali. Tylko potrzebują, żeby pani sama zamknęła drzwi. Żeby pani była tą złą. Żeby nie musiał czuć winy.
Nie dokończyłam. Drzwi otworzyły się z hukiem. Wszedł mężczyzna. Wyższy od niej o głowę, w kurtce przeciwdeszczowej, po której spływały strumyki wody. Twarz czerwona, jakby biegł od parkingu. Buras zeskoczył z pudła i rzucił się do niego. Machał ogonem, skomlał, podskakiwał.
— Zostaw mnie — powiedział mężczyzna i odtrącił psa nogą. Nie mocno, ale wystarczająco. Buras odskoczył, uszy przylegały mu do łba, i wrócił do kobiety.
— Dałaś mu już jeść? — zapytał tonem, jakim się pyta o obiad w domu. Nawet się ze mną nie przywitał.
— Daję mu teraz — odpowiedziała. — Ty o nic się nie martw.
Zaczęło do mnie docierać. Pies jadł. Baba pakowała go do kartonu. A on przychodzi z pretensją, czy pies nakarmiony.
— To jest pani mąż? — zapytałam.
— Były — powiedziała, nie patrząc na niego. — Ale jeszcze nie wie.
Mężczyzna zatkał się. Chyba pierwszy raz od dawna nie znalazł odpowiedzi. Bo babka mówiła dalej. Że nie odda psa. Że pies zostaje. Że skoro on kupił, to niech go wykupi: zrzeczenie się własności, cztery tysiące złotych, na konto schroniska, a wtedy — i tylko wtedy — może go wziąć. Że ona już znalazła psa, co ma na imię Franek, ale to nie ten pies. I że, jeśli on chce, może wracać — ale na jej warunkach.
Mężczyzna wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. A kobieta wyjęła z płaszcza drugą miskę. Nie pytajcie mnie, po co nosiła w kieszeni miskę dla psa. Może na wszelki wypadek. Nalała wody z kranu, postawiła przy pudle.
— Widzi pani — powiedziała. — On karmi psa. I mnie też by karmił, ale ja nie chcę. Pies zje, pies zaszczeka, pies poleci za piłką. A ja chcę z kimś porozmawiać.
Nie odezwałam się. Wpisując do zeszytu, zobaczyłam, że zanim weszła, napisała w formularzu jedno słowo: „zdrada".
Dałam jej nowy formularz. Odebrała go, podziękowała. Zanim wyszła, pochyliła się nad pudłem i powiedziała do Burasa:
— Chodź, wracamy do domu.
I dodała do mnie:
— A ten Franek, to znaczy pies mojej siostry. Miał być u nas na weekend. Mąż myślał, że to jego następny rywal.
Kiedy drzwi się zamknęły, usłyszałam jej kroki na schodach. Za nią biegł pies. A ja stałam tam, z długopisem w ręku, i patrzyłam na pusty formularz. I wie pani, co zrobiłam? Schowałam zeszyt do szuflady. Niech się chociaż jeden dzień skończy normalnie.
