Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od jedenastu lat pracuję jako kasjerka w Biedronce przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy. Widziałam tysiące twarzy przez tę szybę przy kasie. Ale twarz Marioli Wachowiak zapamiętam do końca życia.
Przyszła do mnie pierwszy raz gdzieś w połowie stycznia. Chuda, w za dużej kurtce, z dzieckiem uczepionym nogi. Kupowała najtańsze mrożone warzywa, chleb za dwa dziewięćdziesiąt dziewięć i margarynę. Płaciła drobnymi, liczonymi wcześniej w kieszeni. Nic dziwnego, pół miasta tak robi pod koniec miesiąca. Zapytałam tylko, czy synek chce chałwę, bo akurat mieliśmy przecenioną. Uśmiechnęła się, ale oczy miała jakby zamknięte na kłódkę.
Zaczęła przychodzić co drugi dzień. Zawsze o tej samej porze, koło siedemnastej, zaraz po tym jak odbierała chłopca z przedszkola przy kościele. Kasjerki plotkowały w zapleczu — że mąż podobno ją zostawił dla jakiejś księgowej z pracy, że mieszka teraz z synem u swojej matki na Wyżynach, że matka niby jej nie znosi, ale mieszkanie ma trzy pokoje, to i tak lepiej niż na ulicy.
Ja się w cudze sprawy nie wtrącam. Ale pewnego wieczoru, może ze dwa tygodnie temu, wychodziłam z pracy o dwudziestej pierwszej, bo miałam zamknięcie kasy. Padał deszcz taki drobny, marcowy, wszędzie kałuże i ten zapach mokrego asfaltu zmieszany z frytkami z budki obok. I widzę: przy wjeździe na parking, przy wózku na zakupy, stoi Mariola. Sama, bez dziecka. Płacze tak, jakby nikt nie miał jej zobaczyć.
Miałam akurat zapalić papierosa, bo pozwalam sobie na jednego po zmianie, mimo że lekarz zabronił. Podeszłam bliżej, nie żeby węszyć, tylko zapytać czy wszystko gra. Powiedziała, że właśnie wyszła od matki z awantury. Że teściowa — bo tak ją zawsze nazywała, chociaż to była jej rodzona matka, ale kiedyś była teściową dla jej byłego męża i tak już zostało w rodzinie to słowo — kazała jej się wynosić do końca miesiąca. Że dość ma utrzymywania „darmozjada z bachorem".
Zapytałam, dlaczego akurat teraz, po tylu miesiącach. Odpowiedziała, że matka dowiedziała się o czymś, co Mariola trzymała w tajemnicy od rozwodu: że jej były mąż, Krzysztof, zapisał na nią udziały w swoim warsztacie samochodowym przy Fordońskiej, zanim odszedł do tamtej księgowej. Trzydzieści pięć procent. Nie z miłości, tylko żeby uniknąć podziału majątku przy rozwodzie, bo firma formalnie miała dwóch współwłaścicieli i tak było mu wygodniej na papierze. Mariola o tym nie mówiła nikomu, bo się bała, że matka zacznie żądać, żeby sprzedała swoją część i oddała pieniądze na czynsz, na „utrzymanie", na wszystko.
Stałam tam z tym papierosem, który już mi zgasł od deszczu, i słuchałam, jak ona tłumaczy, że nie chciała się chwalić czymś, co i tak nie dawało jej żadnych pieniędzy na co dzień — bo warsztat ledwo wychodził na zero, a wspólnik, ten drugi udziałowiec, w ogóle nie chciał z nią rozmawiać, traktował ją jak intruza. Papierowa właścicielka, tyle że bez głosu.
Powiedziałam jej wtedy tylko jedno zdanie, bo nie moja rola była radzić więcej: że jak ktoś każe ci się wynosić z powodu pieniędzy, których i tak nie widzisz, to znaczy że czas zobaczyć, ile one naprawdę są warte.
Nie widziałam jej potem przez dwa tygodnie. Myślałam już, że się przeprowadziła gdzieś dalej, może do siostry w Toruniu, o której czasem wspominała. Aż w zeszły czwartek przyszła znowu, ale inna. Nie w tej znoszonej kurtce — w płaszczu, nowym, choć nie drogim, i z synkiem, który trzymał w ręku paczkę wafelków, nie musząc się o to prosić trzy razy.
Podeszła prosto do mojej kasy, chociaż była kolejka gdzie indziej krótsza. Powiedziała, że chciała mi podziękować. Że po tamtej rozmowie na parkingu poszła następnego dnia do kancelarii przy placu Wolności, bo zobaczyła tam tabliczkę „prawo rodzinne i gospodarcze" i po prostu weszła, bez umówienia. Prawniczka wyciągnęła z niej całą historię o tych trzydziestu pięciu procentach i powiedziała jedno: że skoro Mariola jest współwłaścicielką na papierach, to ma prawo żądać wglądu w księgi, wyceny udziałów i, jeśli chce, sprzedaży swojej części — nawet jeśli wspólnik się z tym nie zgadza, bo prawo do tego dawało jej pierwszeństwo odkupu albo zgodę sądu na sprzedaż osobie trzeciej.
Mariola się nie bała. Wysłała wspólnikowi pismo przez kancelarię z żądaniem wyceny. Ten się wściekł, dzwonił, groził, że ją „zniszczy w tym mieście", że nikt jej nie kupi udziałów, bo warsztat to jego życie. Ale wycena wyszła na sto dwadzieścia tysięcy złotych za jej część, bo firma miała umowy serwisowe z dwiema flotami taksówek i to się liczyło. Wspólnik nie miał tyle gotówki, więc musiał wziąć kredyt, żeby ją spłacić i odkupić udziały, bo nie chciał wpuszczać obcego inwestora do biznesu.
Powiedziała mi, że pieniądze już są na koncie, część poszła na kaucję za mieszkanie w bloku przy Kapuściskach, resztę odłożyła na żłobek i na przedszkolne obiady, żeby syn miał ciepłe jedzenie codziennie, a nie tylko wtedy gdy babcia była w dobrym humorze.
Zapytałam, jak matka to przyjęła. Powiedziała, że matka dzwoniła trzy razy tego samego dnia, kiedy przelew wpłynął — jakby wiedziała, jakby ktoś jej doniósł z sąsiedztwa. Chciała pożyczki, „tylko na chwilę", na spłatę jakiegoś zobowiązania. Mariola nie odebrała. Po prostu wyłączyła telefon na resztę wieczoru i poszła z synem na spacer nad Brdę, bo akurat przestało padać i pachniało wiosną pierwszy raz w tym roku.
Zapłaciła za zakupy, wzięła torby, pomachała mi od drzwi. Chłopiec zjadł jednego wafelka jeszcze zanim wyszli z parkingu — widziałam to przez szybę, bo akurat nie było kolejki.
