Dwadzieścia osiem złotych pięćdziesiąt — tyle wyniósł rachunek za dwie kawy i kawałek szarlotki, które Beata Nowakowska zamówiła tego wtorkowego popołudnia w kawiarni na Rynku Głównym w Krakowie, siedząc naprzeciwko pustego krzesła.
Puste nie było zawsze. Dziewięć lat siedział tam Marek — jej mąż, z którym zbudowała dom na Woli Justowskiej, zaciągnęła kredyt na dwadzieścia pięć lat i planowała wspólną emeryturę gdzieś w Beskidach. Rozstali się w marcu, kiedy w jego telefonie znalazła zdjęcia, których żona znaleźć nie powinna. Żadnych krzyków, żadnego trzaskania drzwiami. Marek spakował dwie walizki, przelał jeszcze swoją połowę kwietniowej raty i wyprowadził się do wynajętego mieszkania na Podgórzu. Beata nie załamała się — pojechała do fryzjera i po dwudziestu latach po raz pierwszy obcięła włosy na krótko.
Koleżanki ze szkoły — uczyła matematyki w liceum na Starowiślnej — dopytywały, czy nie szuka już kogoś nowego. Zakładały jej konta w aplikacjach, przesyłały zdjęcia jakichś inżynierów z Katowic i lekarzy z Warszawy. Przytakiwała, obiecywała, że się zastanowi, i jechała do domu, gdzie na balkonie suszyła zioła w starych słoikach po ogórkach i podlewała geranium, które kiedyś zasadził Marek, a które teraz należało tylko do niej.
W sąsiednim mieszkaniu mieszkał emerytowany kolejarz, pan Zieliński, który co rano wyprowadzał swojego jamnika imieniem Kuba, a potem zawsze stukał do jej drzwi, żeby przynieść gazetę, choć ona od miesięcy żadnej nie zamawiała. To był rytuał, nie potrzeba. Ona to wiedziała, on to wiedział, ale żadne z nich nigdy tego nie powiedziało.
Prawdziwy problem zaczął się, gdy w sierpniu zadzwonił Marek. Powiedział, że firma, w którą zainwestowali wspólnie sto dwadzieścia tysięcy złotych, żeby otworzyć warsztat samochodowy przy obwodnicy, potrzebuje jeszcze pieniędzy — a konkretnie, że chce, by przepisała na niego swoje udziały, bo tak będzie mu wygodniej podatkowo, teraz, kiedy są już po rozwodzie. Powiedział to tak od niechcenia, jakby prosił o pożyczenie odkurzacza.
Beata nie odpowiedziała od razu. Zapytała tylko, ile po roku działalności jest teraz wart warsztat. Marek się zawahał, powiedział, że jeszcze nie wie, księgowa dopiero liczy. Wiedziała, że zmyśla — sama przez dwa lata ślęczała nad tabelkami w Excelu, kiedy jeszcze wspólnie planowali ten biznes, i wiedziała, że warsztat z trzema podnośnikami i umową z firmą kurierską jest teraz wart dobrze ponad siedemset tysięcy złotych.
Zamiast się kłócić, umówiła się na wizytę u notariusza na ulicy Floriańskiej — akurat u tego samego, u którego jedenaście lat wcześniej brali ślub cywilny, co nikt oprócz niej nie zauważył. Przyniosła teczkę z umową spółki, wydrukiem z konta firmy i kopią aktu notarialnego dotyczącego udziałów. Marek zjawił się w garniturze, jakby szedł na rozmowę o pracę, a nie na spotkanie z byłą żoną.
— Podpiszesz to — powiedział, kładąc przed nią dokument przygotowany przez jego prawnika. — Czysta formalność.
Ona otworzyła swoją teczkę i położyła na stole wycenę rzeczoznawcy, którą zamówiła tydzień wcześniej, po cichu, bez pytania go o zgodę.
— Ta formalność kosztuje sto trzydzieści tysięcy złotych, Marku. Tyle jest warta moja połowa udziałów według niezależnej wyceny. Podpiszę, jak pieniądze znajdą się na moim koncie.
Notariuszka, kobieta w okularach, która przy tym biurku widziała już nie jedno rozstanie, nie powiedziała ani słowa, tylko poprawiła papiery na blacie. Marek zbladł, powiedział, że nie ma takiej gotówki, że firma dopiero się rozkręca. Beata spokojnie zamknęła swoją teczkę.
— Więc poczekam. Udziały zostają moje, dopóki nie zapłacisz. A jeśli nie zapłacisz do końca roku, złożę wniosek o wypłatę dywidendy proporcjonalnej do mojej części — mam do tego prawo, sprawdziłam.
Wyszła z kancelarii, kupiła po drodze bochenek chleba na zakwasie w piekarni na Kazimierzu i wróciła do domu, gdzie przed drzwiami już szczekał Kuba, bo pan Zieliński właśnie wracał z psem ze spaceru. Usiadła z filiżanką własnoręcznie suszonej melisy na balkonie i patrzyła, jak słońce chowa się za dachem kamienicy po drugiej stronie ulicy.
Marek zapłacił w listopadzie — nie sto trzydzieści, a sto dziesięć tysięcy, po długich targach przez prawników, ale to jej wystarczyło, żeby podpisać papiery i zamknąć sprawę raz na zawsze. Przelew przyszedł w piątek, dokładnie w rocznicę rozwodu. Beata sprawdziła saldo konta w telefonie, siedząc w tej samej kawiarni na Rynku, zamknęła aplikację i zamówiła sobie drugi kawałek szarlotki — tym razem bez nikogo po drugiej stronie stolika i bez potrzeby, żeby ktokolwiek tam jeszcze musiał siedzieć.
