W połowie maja wpadłem na prezentację nowej odmiany róż w jednej ze szkółek poza Krakowem. Nie żebym się znał na ogrodnictwie — przyjechałem po sadzonki agrestu, bo żona od trzech tygodni powtarzała, że na targu w Płaszowie zdrożały o siedem złotych. Ale kiedy zobaczyłem, jak ten wysoki Amerykanin z siwymi włosami stoi przy swoim wózku pełnym doniczek, zatrzymałem się.
Kupił dziesięć krzaków. Gatunek nazywał się „Shania Twain" — pachnąca, jasnoróżowa, ponoć odporna na mróz do minus dwudziestu pięciu. Obsługa nabijała mu paragon, a on z uśmiechem mówił do kobiety, która stała obok, że jej przyjaciółki mogą się niedługo spodziewać kwiatów. Po angielsku, ale sens dało się wychwycić. Kobieta roześmiała się, dotknęła jego ramienia. Żaden teatr. Dwoje ludzi w wieku, w którym większość małżeństw rozmawia już tylko o lekarzach i czynszu.
Podszedłem bliżej, bo akurat pakowali mój agrest. I usłyszałem, jak John — bo tak się przedstawił kasjerce — mówi, że to nie jest zakup pod telewizję. Że jedna z tych róż pojedzie do przyjaciółki Bo, a reszta zostanie w ich ogrodzie na wsi, przy płocie od strony łąki.
Skojarzyłem nazwisko dopiero po chwili. Corbett. Ten od „Seksu w wielkim mieście". A ona — ta od „10", filmu, który kiedyś na kasetach VHS krążył po moim osiedlu jak zakazany owoc. Tyle że tu, między regałami z nawozami, wyglądali po prostu jak para emerytów z domkiem pod miastem. On w rozciągniętym swetrze, ona w polarowej kamizelce. Wózek pełny doniczek, w siatce dwa słoiki miodu od lokalnego pszczelarza.
Ich historia podobno zaczęła się od jednej nocy. W 2002 roku John potrzebował partnerki na imprezę rozdania Oscarów. Jego menedżer obiecał załatwić mu towarzyszkę. I załatwił — Bo Derek, wdowę po reżyserze Johnie Dereku, kobietę, która cztery lata wcześniej pochowała męża po ponad dwudziestu latach małżeństwa. On miał czterdzieści lat i nigdy się nie ożenił. Ona czterdzieści pięć i serce wciąż w rozsypce.
Opowiadał mi to wszystko, czekając na potwierdzenie płatności kartą. Nie pytałem go o nic, ale chyba miał taki dzień, że chciało mu się gadać. A może ja wyglądałem jak gość, który nie pobiegnie z tą historią do brukowca.
— Myśli pan, że to była miłość od pierwszego wejrzenia? — zapytałem, bo głupio było stać w milczeniu.
Pokręcił głową. Powiedział, że Bo nazwała to inaczej: „przyciąganie i wygoda". Nie było fajerwerków, żadnego pędu do ołtarza. On opowiadał jej głupie żarty, ona po raz pierwszy od śmierci męża łapała się na tym, że potrafi się roześmiać przy porannej kawie. Nie prosił, żeby zapomniała o Johnie Dereku. Nie konkurował z cieniem.
Żyli razem osiemnaście lat bez ślubu. Dom na wsi, zwierzęta, wspólne zakupy, czasem cicha wojna o to, kto zostawił mokry ręcznik na łóżku. Zero Hollywood. A pod koniec grudnia 2020 roku, w środku pandemii, wzięli cichy ślub. Bez ekipy filmowej, bez zdjęć w kolorowych magazynach. Dwoje świadków i obiad w domu.
— Nie chcieliśmy, żeby ten rok został zapamiętany tylko przez pryzmat straty — powiedział John, poprawiając doniczkę w wózku. — Chcieliśmy mieć z niego coś dobrego.
Staliśmy przy wyjściu ze szkółki. Padał drobny deszcz, ten typowy dla małopolskich przednówków — niby nic, a po pięciu minutach masz mokre rękawy. Bo czekała w aucie, starym pick-upie z przyczepką. John ułożył róże z tyłu, starannie, jakby to były nie krzaki, tylko szklane wazony. Pomachał mi na do widzenia.
Wracałem do domu z agrestem wciśniętym między fotele. Myślałem o tym, że kupił dziesięć krzaków róży Shania Twain. Nie pięć, nie jedną. Dziesięć. To nie jest liczba przypadkowa. To liczba, którą wybiera człowiek, który wie, że jego żona ma osiem przyjaciółek od serca i jeszcze dwa miejsca na nowe znajomości.
Moja żona stała w kuchni, kiedy wjechałem na podjazd. Zobaczyła agrest, potem moją minę.
— Coś się stało? — zapytała, wycierając ręce w ścierkę.
— Nie — odparłem. — Po prostu zrozumiałem, że niektórzy ludzie naprawdę umieją wybierać się codziennie.
Nie zrozumiała. Wzruszyła ramionami i kazała mi wnieść sadzonki do garażu. Ale wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy herbacie, wszedłem na stronę szkółki i zamówiłem jej krzak tej samej odmiany. Jeden jedyny. Na początek.
Kosztował dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. Przesyłka gratis od stu pięćdziesięciu, więc dorzuciłem jeszcze dwie hortensje, o których od dawna wspominała.
John Corbett wydał na róże ponad dwa tysiące złotych w przeliczeniu. Ja się zmieściłem w trzech stówach. Ale robi się to samo — przywozi się do domu coś, co będzie rosło jeszcze po nas.
Za tydzień ma przyjść paczka. Żona o niczym nie wie. A ja łapię się na tym, że codziennie sprawdzam status przesyłki, jakbym sam zamawiał coś dla siebie.
