Gdyby zapytać mnie kiedyś, jaką jedną radę dać córce w sprawie mężczyzn, powiedziałabym: patrz nie na to, co obiecuje przy stole, tylko na to, co robi, kiedy myśli, że nikt nie liczy.
Nazywam się Bożena, mam pięćdziesiąt trzy lata, mieszkam w Bydgoszczy, w bloku przy Fordońskiej, tam gdzie tramwaj skrzypi na zakręcie tak, że słychać go przez zamknięte okno. Mój mąż, Ryszard, prowadził lakiernię samochodową na Łęgnowie — dwadzieścia dwa lata pracy, żeby postawić tę halę, kupić kompresor, nauczyć się od zera, ile kosztuje dobra farba bazowa. Zmarł trzy lata temu, w marcu, kiedy jeszcze leżał śnieg pod płotem i nikt nie zdążył go odgarnąć. Lakiernię zapisał na mnie. Na papierze wszystko było proste.
Córka, Agata, ma dwadzieścia dziewięć lat, jest pielęgniarką na oddziale kardiologii w szpitalu przy ulicy Ujejskiego. Poznała Marcina cztery lata temu na weselu kuzynki. Przystojny, gadatliwy, umiał opowiedzieć dowcip tak, że nawet teściowa chichotała po trzecim kieliszku. Pracował jako przedstawiciel handlowy — jeździł czerwoną octavią po całej Kujawsko-Pomorskiem, sprzedawał części zamienne do maszyn rolniczych. Pobrali się dwa lata temu, w sierpniu, w kościele na Bielawach. Na weselu tańczyliśmy do drugiej w nocy, a sąsiad z dołu, pan Zenon, walił w kaloryfer parasolem, bo DJ za głośno puszczał disco polo.
Rok temu Marcin stracił pracę — firma zwijała oddział w regionie. Przyszedł do mnie z Agatą na niedzielny obiad, jedliśmy rosół z kluskami lanymi, i powiedział, że ma pomysł. Że lakiernia stoi w połowie pusta, że mógłby przejąć księgowość i marketing, unowocześnić stronę internetową, przyjmować zlecenia z ubezpieczalni. Że ja jestem zmęczona, że nie muszę się już tym zajmować sama.
Zgodziłam się. Bo to był mąż mojej córki, bo Ryszard by chciał, żeby firma żyła dalej, bo — mówiąc szczerze — bolały mnie kolana i nie miałam siły codziennie o siódmej otwierać bramę.
Przez pierwsze miesiące wszystko wyglądało dobrze. Marcin rzeczywiście ogarnął stronę, zaczął przyjmować więcej zleceń, nawet podpisał umowę z jedną z firm leasingowych na naprawy powypadkowe. Podpisałam mu pełnomocnictwo do konta firmowego — żeby mógł płacić dostawcom, kiedy ja byłam u lekarza albo na działce pod Solcem Kujawskim. To był błąd, ale wtedy tego nie wiedziałam.
We wrześniu zaczęłam zauważać drobiazgi. Faktura za lakier, którego nie pamiętałam, żeby kupowaliśmy. Rachunek za oponę do samochodu, którego u nas nikt nie naprawiał. Zapytałam Marcina — machnął ręką, powiedział, że to pomyłka księgowej, że wyjaśni. Nie wyjaśnił.
W listopadzie przyszedł do mnie mój pracownik, Grzegorz, który maluje w tej lakierni od piętnastu lat, jeszcze za życia Ryszarda. Postawił na stole papierowy kubek z kawą z automatu i powiedział wprost: "Pani Bożeno, ja się nie wtrącam, ale niech pani zajrzy do umowy najmu na tę drugą halę, którą zięć podpisał w październiku". Nie wiedziałam o żadnej drugiej hali.
Pojechałam do notariusza, u którego Ryszard kiedyś załatwiał sprawy spadkowe, i poprosiłam o pomoc w sprawdzeniu dokumentów firmy. Okazało się, że Marcin, mając pełnomocnictwo do konta, wynajął pod moim adresem firmowym dodatkowy magazyn na Wypaleniskach — oficjalnie na potrzeby lakierni, w rzeczywistości trzymał tam części, które kupował i sprzedawał na własny rachunek, przez osobną działalność zarejestrowaną na siebie, o której mi nigdy nie wspomniał. Z konta firmowego zniknęło sto dwadzieścia tysięcy złotych w ciągu ośmiu miesięcy — czynsz za ten magazyn, paliwo do jego prywatnych wyjazdów, a nawet rata za octavię, którą kupił "na firmę", choć jeździł nią wyłącznie on.
Zadzwoniłam do Agaty. Przyjechała po nocnej zmianie, w firmowej bluzie z logo szpitala, z workami pod oczami. Siedziałyśmy przy stole w kuchni, tam gdzie kiedyś Ryszard jadł swój rosół, i pokazałam jej wydruki z konta. Milczała długo. Potem powiedziała tylko: "On mówił, że to inwestycja w przyszłość dla nas obojga".
Nie krzyczałam. Nie robiłam sceny. Zapytałam ją tylko, czy chce być przy rozmowie z Marcinem, czy woli, żebym to załatwiła sama. Wybrała, żeby być przy tym.
Spotkanie umówiłam na sobotę, w samej lakierni, po godzinach pracy, kiedy hala jest pusta i pachnie rozpuszczalnikiem, a przez niedomknięte wrota wpada zimne powietrze z podwórka. Grzegorz zgodził się zostać, na wypadek gdyby Marcin zaczął podnosić głos — nie jako obrońca, tylko jako świadek.
Marcin przyszedł w skórzanej kurtce, spokojny, jakby jechał na zwykłe spotkanie handlowe. Usiadł na stołku przy stole warsztatowym, gdzie zwykle mieszamy kolory. Położyłam przed nim trzy rzeczy: wydruk z konta bankowego z zaznaczonymi transakcjami, kopię umowy najmu magazynu na Wypaleniskach i pismo od mojego prawnika o cofnięciu pełnomocnictwa, które podpisałam dzień wcześniej u notariusza.
— To nie tak, jak myślisz — zaczął, patrząc na Agatę, nie na mnie.
— A jak jest? — spytała Agata. Głos miała cichy, ale nie drżał.
Tłumaczył się długo. Że magazyn miał być tymczasowy, że planował wszystko przepisać na wspólną działalność, że po prostu nie zdążył o tym porozmawiać. Grzegorz stał oparty o regał z farbami i nie odezwał się ani razu — patrzył tylko, jak Marcin gniecie w ręku kubek po kawie, który sam sobie nalał, nie pytając.
Powiedziałam mu wtedy jedno zdanie: — Od poniedziałku konto firmowe jest zamknięte, otwieram nowe, na które masz dostęp tylko ty, Grzegorz, jako mój prokurent. Ty, Marcinie, nie masz już żadnego dostępu do lakierni. Umowę najmu magazynu rozwiążesz na własny koszt do końca miesiąca, bo była podpisana na dane mojej firmy bez mojej wiedzy.
Wstał, chciał jeszcze coś powiedzieć do Agaty, ale ona już wzięła torebkę i wyszła pierwsza, na parking, gdzie stała jej stara corsa. Nie czekała na niego.
Trzy tygodnie później Agata złożyła pozew o rozwód, w sądzie okręgowym przy Wały Jagiellońskie. Wyprowadziła się do mnie, do dawnego pokoju Ryszarda, tego z widokiem na trzepak, gdzie sąsiedzkie dzieciaki wciąż walą piłką o ścianę garażu każdego popołudnia. Kupiłam jej nowy zamek do drzwi tego pokoju — głupi gest, ale chciała mieć klucz, który jest tylko jej.
Lakiernia działa dalej. Grzegorz uczy teraz dwóch młodych chłopaków od podstaw, tak jak kiedyś uczył go Ryszard. W zeszłym tygodniu przyjęliśmy zlecenie na renowację starego forda mustanga, właściciel przyjeżdża z samego Torunia, bo mówi, że u nas farba trzyma najdłużej. Agata czasem wpada po nocnej zmianie, siada na tym samym stołku, na którym siedział Marcin, i pije kawę z tego samego, wyszczerbionego kubka.
O Marcinie nie mówimy prawie wcale. Wiem tylko, że sprzedał octavię, bo raty przestały się spinać bez firmowego konta, z którego wcześniej korzystał.
