Matka Grażyny umarła, gdy ta miała dziewiętnaście lat. Po pogrzebie, kiedy wszyscy już poszli, Grażyna usiadła na kuchennym stołku matki i przez godzinę nie mogła wstać. Matka zawsze mówiła, że kobiety w ich rodzinie są jak słupy wysokiego napięcia — trzymają wszystko, ale dotykać ich nie wolno, bo porażą.

Dwadzieścia dwa lata później Grażyna sama patrzyła, jak jej córka pakuje rzeczy do kartonów po bananach.

— Mamo, przestań. Wiem, co robię — powiedziała córka, Irmina, i zakleiła karton taśmą tak, że pękła. — Daj mi odejść. Miłosz to nie tata.

— Twój ojciec też nie był „tata”, dopóki się nie okazało, że dom jest tylko na niego — Grażyna podniosła rolkę taśmy, która potoczyła się pod stół. — A klucz do piwnicy? Też ci dał?

Irmina zesztywniała. Klucz do piwnicy, a właściwie do skrytki, o której wiedziały tylko one dwie, leżał w szufladzie od ośmiu lat. Szuflada była teraz pusta. Irmina miała na palcach kurz z dna szuflady, a pod paznokciem ciemną nitkę — to po tym, jak rano wyjmowała klucz i chowała do kieszeni, zanim matka zdążyła wstać.

— Nie wiem, o czym mówisz — powiedziała, ale nie patrzyła na matkę. Patrzyła w okno, za którym czekać miał Miłosz, bo właśnie podjechał srebrną Dacią i trąbił dwa razy.

Grażyna nic więcej nie powiedziała. Usiadła na brzegu wanny, bo tylko tam nie stały kartony, i czekała, aż Irmina zniesie ostatnie pudło. Słychać było, jak Miłosz mówi do niej na klatce schodowej: „No wreszcie, pół godziny czekam. Co ty tam, testament przepisujesz?”. Irmina zaśmiała się krótko. Śmiech zabrzmiał jak stuknięcie w szybę.

Wieczorem Grażyna poszła do piwnicy. Nie po to, żeby sprawdzić — dokładnie wiedziała, co zobaczy. Skrytka stała pusta, drzwiczki uchylone. Na ziemi leżał samotny kluczyk na sznurku, jakby Irmina chciała, żeby matka go znalazła. Metal zdążył ostygnąć.

W skrytce matka Grażyny trzymała kiedyś złote kolczyki po prababce, a od śmierci teścia — koperty z umowami. Grażyna trzymała tam dwie rzeczy. Pierwszą była oprawiona w skórę lista długów, które jej mąż, ojciec Irminy, zostawił po sobie. Druga — akt notarialny na to mieszkanie, w którym teraz stały puste kartony.

Aktu nie było.

Grażyna zamknęła drzwiczki. Zamiast wracać na górę, wyszła przed kamienicę. W Lubartowie przy Starej 3 panowała cisza, tylko pies sąsiadki, taki rudy kundel, obszczekiwał kogoś po drugiej stronie podwórka. Przez chwilę miała ochotę powiedzieć mu, żeby się zamknął, bo noc będzie długa. Ale pies nie był niczemu winien.

Następnego dnia Grażyna zadzwoniła do notariusza.

— Pani Grażyno — powiedział notariusz, a w jego głosie było coś takiego, jakby już raz to przerabiał. — Akt był na panią. Wypłata udziału, pełnomocnictwo… córka ma akt w ręku, ale bez pani podpisu to papier. Może podrobić.

— Niech podrabia — powiedziała Grażyna. — To niech chociaż wie, za co odpowiada.

Notariusz milczał. Potem zapytał, czy ona wie, że Miłosz z Irminą podpisali na siebie umowę najmu na mieszkanie po babce. Grażyna nie wiedziała. Oparła czoło o zimną ścianę w przedpokoju i patrzyła na puste miejsce po wieszaku, na którym jeszcze rano wisiał płaszcz córki.

— Pani Grażyno? — odezwał się notariusz.

— Proszę przygotować dokument — powiedziała. — Cesję na rzecz hospicjum. Cały udział.

Przez słuchawkę usłyszała, jak notariusz odkłada wieczne pióro, a potem zamyka szufladę. Jakby chciał powiedzieć: „Pani, to wiążąca decyzja”, ale zamiast tego powiedział: „Czwartek, godzina jedenasta”.

Irmina przyjechała w czwartek rano. Miłosz został w aucie, tym razem nie trąbił. Może czuł, że coś jest inaczej. Irmina wpadła do przedpokoju w tej swojej jasnej kurtce, którą nosiła od matury, i od progu mówiła, że nie chcą niczego złego, że to tylko zabezpieczenie i że przecież każdy normalny człowiek by to zrobił.

— Mamo, zrozum, ja musiałam. Miłosz powiedział, że bez tego nie weźmie mnie w ogóle na poważnie. No nie patrz tak na mnie.

Grażyna nie patrzyła. Składała serwetki lniane, które zostały po matce, w idealny kwadrat. Na stole przed nią leżał dokument, a obok mały notes z adresem hospicjum w Kijanach, zapisany ołówkiem.

— Rozumiem — powiedziała. — Idziemy.

W kancelarii Irmina zorientowała się dopiero, kiedy notariusz przeczytał na głos, kto zostaje wyłącznym beneficjentem udziału. Obok niej siedział Miłosz i pierwszy raz, odkąd Grażyna go znała, nie sięgał po telefon. Ściskał oparcie krzesła, aż zbielały mu kostki. A Irmina patrzyła na akt, jakby to nie był papier, tylko prześwietlenie.

— Nie podpiszę — powiedziała.

— Ty nie musisz — odpowiedziała Grażyna. Wzięła pióro. Atrament zostawił cienką linię, prawie niewidoczną, jakby sama decyzja chciała pozostać lekka.

Później, już na ulicy, Irmina krzyczała coś o tym, że matka zniszczyła jej jedyną szansę i że z Miłoszem koniec, bo on się nie mną, tylko nami. Grażyna stała na chodniku przed kwiaciarnią, w której od dwudziestu lat właściciel mył witrynę o tej samej porze. Woda ciekła po szkle i zniekształcała odbicie córki.

— Jeden — powiedziała Grażyna.

Irmina urwała w pół zdania.

— Co jeden?

— Jeden klucz. Oryginał. Został w skrytce, bo wziąć trzeba było to, co w niebieskiej kopercie. Akt był w szarej.

Twarz Irminy zrobiła się zupełnie biała. Sięgnęła do kieszeni kurtki. Rozerwała zamek, wyciągnęła kartkę. Szara koperta. Rozerwała ją. W środku były dwie fotografie — Irmina z matką na przystani nad Wieprzem, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy, i kartka z pismem prababki: „Nie płacz po winnych. Płacz po tych, co musieli odejść”.

Miłosz sięgnął po kopertę, ale Irmina cofnęła rękę. Po raz pierwszy tego dnia nie zrobiła tego, co od niej chciał. Nie powiedziała ani słowa, tylko wsiadła do taksówki, która akurat parkowała przed kwiaciarnią. Miłosz został na chodniku z wyciągniętą ręką. Wyglądał jak człowiek, który właśnie odkrył, że Dacia nie odpala.

Grażyna nie patrzyła, jak odjeżdżają. Wróciła do domu i odkręciła kaloryfer w przedpokoju, bo od dwóch dni wiało chłodem. Dopiero wtedy pozwoliła sobie usiąść na stołku matki, który Tereska, sąsiadka z dołu, chciała wyrzucić dziesięć lat temu. Stołek zaskrzypiał.

Za oknem, po drugiej stronie podwórka, rudy kundel gonił swój ogon. Wyglądał na szczęśliwego. Grażyna naległa sobie herbaty i posłodziła dwiema łyżkami cukru, choć od dwudziestu lat piła niesłodzoną.

Nikt nie zadzwonił tego wieczoru. I to był pierwszy wieczór od jedenastu lat, kiedy Grażyna nie czekała na żaden telefon.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: