Nazywam się Bronisław Kowal, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia lat byłem nadleśniczym w okolicach Supraśla. To ja, nie kto inny, znalazłem go wtedy pod świerkiem — i to ja, dwanaście lat później, stałem w progu jego chaty, kiedy wszystko się wydarzyło. Opowiem, bo ludzie we wsi do dziś plotą to inaczej, niż było naprawdę.
Dziadek Wojciech Sienkiewicz mieszkał sam na skraju lasu, w drewnianej chałupie bez bieżącej wody, odkąd owdowiał. Emerytowany leśniczy, uparty jak osioł, pachniał zawsze machorką i smołą do butów. Tamtej zimy, dwanaście lat temu, znalazł przy starej drodze leśnej cztery wilcze szczenięta — matka leżała rozjechana kołami ciężarówki wiozącej drewno, a maluchy skomlały przy jej ciele, już na wpół zmarznięte. Mróz dochodził wtedy do minus osiemnastu.
Wiedział, co mówi prawo łowieckie i co mówi zdrowy rozsądek — że dzikich zwierząt się nie oswaja, że to się źle skończy. Ale wziął je. Zawinął w stary kożuch, włożył do skrzynki po jabłkach i poniósł do domu. Przez pierwsze tygodnie karmił je mlekiem w proszku dla cieląt, bo kozy akurat nie miał, tylko dwie kury i psa Burka, który z początku warczał, a potem jakoś się przyzwyczaił. Sypiał na podłodze obok skrzynki, bo szczenięta wyły po nocach, jakby wciąż czuły zapach matki.
Nazwał je — co było niezgodne z zasadą, że dzikiego zwierzęcia się nie nazywa — Kulawy, Szary, Czarnuch i Mały. Kulawy miał złamaną łapkę, która się źle zrosła. Mały był najsłabszy i najdłużej nie chciał jeść.
Kiedy podrosły, miały już z osiem miesięcy, dziadek wiedział, że czas je puścić. Zrobił to bez obroży, bez sznurów — zaprowadził je w głąb lasu koło uroczyska Tajno i po prostu odszedł, nie oglądając się. Opowiadał mi potem, że Kulawy szedł za nim jeszcze z pięćdziesiąt metrów i stanął. A potem zniknęły między drzewami. Rano już ich nie było.
Przez dwa lata widywał je sporadycznie — raz na polanie, raz ślady na śniegu koło chaty. Potem zniknęły zupełnie. We wsi mówiło się, że pewnie zastrzelił je jakiś myśliwy z sąsiedniego koła łowieckiego, bo wilki w tamtych czasach rozliczano na sztuki, a premia za odstrzał szła w setki złotych.
Tymczasem sprawa, która naprawdę wstrząsnęła wsią, zaczęła się od czegoś zupełnie innego — od pieniędzy. Siostrzeniec dziadka, Mirek Sienkiewicz, mechanik z warsztatu w Białymstoku, zaczął co miesiąc przyjeżdżać do wuja z butelką nalewki i uśmiechem szerszym niż trzeba. Wszyscy we wsi wiedzieli, o co chodzi — chałupa stała na dwóch hektarach lasu i łąki, a działka od lat rosła w cenie, bo deweloperzy pytali o grunty pod domki letniskowe.
Ja to widziałem z bliska, bo akurat robiłem inwentaryzację drzewostanu kawałek dalej. Mirek przywoził wódkę, siadał na ławce przed domem, mówił o "zabezpieczeniu starości wujka" i o tym, że "w mieście byłoby łatwiej, przychodnia blisko, nie trzeba samemu rąbać drewna". Dziadek kiwał głową, nic nie mówiąc, ale szczęka mu drżała, kiedy zagryzał cybuch fajki między zębami.
We wrześniu, dwanaście lat po tamtej zimie z wilczętami, Mirek przyjechał z papierami od notariusza. Chciał, żeby wuj podpisał pełnomocnictwo "na wszelki wypadek", "żeby syn mógł załatwiać sprawy, gdyby coś się stało". Dziadek powiedział, że się zastanowi. Mirek nie odpuścił. Wrócił trzy dni później, już bez nalewki, za to z podniesionym głosem — słychać było aż za płotem, jak krzyczy, że wuj jest uparty, że "i tak kiedyś wszystko będzie moje", że "nikt tu nie przyjedzie, jak coś się stanie, bo nikogo pan nie ma".
Dziadek wyszedł na próg i powiedział tylko: "Wyjdź z mojej posesji". Mirek trzasnął furtką tak, że zawias odpadł, i odjechał starym passatem, pyląc na całej drodze gruntowej.
Trzy dni potem, dwudziestego czwartego września, miałem objazd rewiru akurat w tamtej okolicy i chciałem zajrzeć do dziadka, zanadto mi nie dawało spokoju to, co słyszałem. Kiedy podjeżdżałem leśną drogą, zobaczyłem coś, od czego zrobiło mi się zimno mimo kurtki. Przy chałupie, na podwórku, stały cztery wilki. Duże, dorosłe, jeden wyraźnie utykał na przednią łapę.
Stały w półkolu, nieruchomo, jakby kogoś pilnowały. A na schodach, z fajką w ręku, siedział dziadek Wojciech, spokojny, jakby wpuszczał na herbatę sąsiadów. Przy furtce stał Mirek — blady jak ściana, nie mógł zrobić kroku, bo między nim a samochodem stał Szary, albo może to był Czarnuch, trudno rozróżnić po tylu latach.
Zatrzymałem auto kawałek dalej i podszedłem powoli, trzymając się linii drzew, bo wiedziałem, że nagły ruch może je spłoszyć albo sprowokować. Dziadek zobaczył mnie i tylko machnął ręką, żebym się nie zbliżał bardziej.
— Bronek, nic mi nie grozi — powiedział, nie podnosząc głosu. — One mnie pilnują. Przyszły, jak ten tutaj — wskazał fajką na Mirka — znowu zaczął krzyczeć pod oknem o trzeciej w nocy, że mam podpisać papiery, bo inaczej "sąd mnie ubezwłasnowolni za niedołężność".
Mirek wyjąkał coś o tym, że to nieporozumienie, że przyjechał tylko porozmawiać, że wilki go nie puszczają, niech ktoś je odgoni. Kulawy — bo to on stał najbliżej — warknął, kiedy Mirek zrobił krok w stronę domu.
Dziadek wstał, podszedł powoli do Kulawego i położył mu dłoń na karku. Wilk się uspokoił. Reszta nie ruszała się z miejsca.
— Mirek — powiedział dziadek — jedź do Białegostoku i więcej tu nie przyjeżdżaj z papierami. Ziemia zostanie tam, gdzie jest napisane w moim testamencie, a napisane jest co innego, niż myślisz.
Powiedział to spokojnie, trzymając rękę na karku wilka, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Wilki rozstąpiły się same, zrobiły przejście do samochodu. Mirek nie czekał na drugie zaproszenie — wsiadł, zapalił silnik za pierwszym razem, co przy tym starym dieslu było małym cudem, i odjechał, nie patrząc w lusterko.
Trzy tygodnie później pojechałem z dziadkiem do notariusza w Supraślu, bo poprosił mnie, żebym był świadkiem. Zmienił testament, który wcześniej, jeszcze przed tą całą sprawą z pełnomocnictwem, zostawiał dom i działkę Mirkowi jako jedynemu żyjącemu krewnemu. Teraz zapisał dwa hektary lasu i łąki na rzecz lokalnego koła łowieckiego z zastrzeżeniem, że teren ma zostać ostoją dla zwierzyny, bez prawa wycinki i bez prawa polowań na wilki przez pięćdziesiąt lat. Chałupę zostawił mnie, z warunkiem, żebym dokarmiał zimą dzikie zwierzęta w promieniu kilometra. Notariusz, pani Halina, czytała akt dwa razy, bo sama nie dowierzała, że ktoś robi coś takiego z własnej woli, bez nacisku.
Mirek dowiedział się o wszystkim dopiero po pogrzebie, dwa lata później, kiedy dziadek zmarł we śnie, spokojnie, w swoim łóżku, mając osiemdziesiąt cztery lata. Przyjechał na czytanie testamentu w garniturze, pewny, że jednak coś mu się należy, bo przecież rodzina. Kiedy pani Halina przeczytała zapis na rzecz koła łowieckiego i na mnie, Mirek poderwał się z krzesła, czerwony, i zaczął krzyczeć, że to bezprawne, że wuj był niedołężny, że on to zaskarży.
Nic nie zaskarżył. Testament był sporządzony przytomnie, w obecności świadków, bez cienia wątpliwości co do stanu umysłu. Prawnik, którego Mirek wynajął, oddzwonił do niego po tygodniu i powiedział wprost, że nie ma żadnych podstaw.
Dziś mieszkam w tej chałupie. Zimą sypię siano i kukurydzę na skraju łąki, tam gdzie dziadek zawsze to robił. Kulawego już nie widziałem od dwóch lat — pewnie zestarzał się gdzieś w głębi puszczy albo odszedł tak, jak odchodzą stare wilki, samotnie. Ale czasem, kiedy wieczorem zapalam lampę na ganku, między drzewami przemyka cień, który przystaje na chwilę, zanim zniknie w ciemności.
