Dwadzieścia kilogramów w plecaku i pies na osiedlu

Osiemdziesięciotrzyletnia Zofia Marczak karmi kota sąsiadki, kiedy zaczyna opowiadać. Robi to codziennie o siódmej rano, zanim jeszcze w bloku przy ulicy Kościuszki w Radomiu ktokolwiek otworzy okno na wietrzenie. Kot nazywa się Pyza, jest rudy i głuchy na jedno ucho, a Zofia twierdzi, że rozumie go lepiej niż niejednego człowieka.

— Ja się na zwierzętach znam, bo całe życie byłam sama sobie panią — mówi i stawia miskę na betonowych schodach.

Czterdzieści jeden lat temu wyszła z tego samego bloku z jednym plecakiem i sześcioletnią córką Martą za rękę. Miała trzydzieści lat, rozwód za sobą i wizę do Szwecji, którą dostała dzięki znajomej z pracy w bibliotece. Nie miała pieniędzy na bilet lotniczy dla dwóch osób, więc pojechały pociągiem do Berlina Zachodniego, a stamtąd autostopem — bo tyle jej zostało w portfelu, sto dwadzieścia marek.

— Marta miała gorączkę w ciężarówce pod Hamburgiem. Kierowca, Niemiec, chyba miał na imię Rolf, zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił jej syrop, chociaż nie mówiliśmy tym samym językiem. Do dziś pamiętam etykietę tej butelki.

W Szwecji zamieszkały w Malmö, w wynajętym pokoju u starszej kobiety, która trzymała trzy koty i nie znosiła hałasu. Zofia sprzątała biura po nocach, a w dzień uczyła się szwedzkiego z gazet wyrzuconych do kosza na stacji. Przez pierwsze osiemnaście miesięcy nie miała żadnych znajomych poza sąsiadką i jej kotami.

— Najgorsze były niedziele. Marta pytała, kiedy wrócimy do babci. Ja nie miałam odpowiedzi, bo sama nie wiedziałam.

Punktem zwrotnym był kurs wieczorowy z historii starożytnej, na który zapisała się przypadkiem — organizowała go biblioteka, w której sprzątała. Prowadząca, Ingrid, zauważyła, że Zofia zostaje po zajęciach i dopytuje. Zaproponowała jej stypendium na studia zaoczne. Zofia miała wtedy trzydzieści cztery lata i osiem lat zaległości szkolnych do nadrobienia.

Skończyła historię dziesięć lat później, mając czterdzieści cztery lata, z dyplomem w ręku i córką, która zdążyła już pójść na swoje studia w Lund. Po drodze nauczyła się piętnastu języków — nie dla certyfikatu, tylko bo, jak mówi, „język to jedyny bagaż, którego nikt ci nie zabierze na granicy”. Rosyjski opanowała od sąsiada z klatki, fiński od kolegi z pracy, arabski od rodziny uchodźców, której pomagała z papierami w latach dziewięćdziesiątych.

Podróżowała autostopem po trzydziestu siedmiu krajach, licząc od tamtej ciężarówki spod Hamburga. W Turcji przez trzy tygodnie mieszkała w wiosce pasterskiej i uczyła dzieci liczyć po angielsku w zamian za nocleg. W Gruzji kierowca ciężarówki z winem podwiózł ją i zostawił skrzynkę na pożegnanie, mówiąc, że nikt nie powinien jechać stopem o głodzie.

Do Radomia wróciła osiem lat temu, kiedy zmarła jej matka i trzeba było zająć się mieszkaniem. Zostawiła Szwecję, emeryturę, krąg znajomych z czterdziestu lat — i wróciła do tego samego bloku, w którym zaczynała.

— Myślałam, że to będzie na chwilę, żeby uporządkować papiery. Zostałam, bo zrozumiałam, że stąd też można żyć w świecie, nie trzeba stąd uciekać.

Dziś prowadzi dla sąsiadów bezpłatne lekcje angielskiego w świetlicy spółdzielni, dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki o siedemnastej. Przychodzi na nie ośmioro dzieci z bloku i jedna emerytka, która chce w końcu przeczytać instrukcję do nowego telefonu bez pomocy wnuka.

Marta mieszka teraz w Göteborgu, ma własne dzieci i co roku latem przyjeżdża do Radomia na trzy tygodnie. W tym roku przywiozła ze sobą dwunastoletnią córkę, która pierwszy raz zobaczyła blok, z którego jej matka wyjechała jako sześciolatka.

— Zapytała mnie, czy się bałam. Powiedziałam jej prawdę: bałam się codziennie przez półtora roku. Ale bardziej bałabym się zostać.

Pyza kończy jeść i ociera się o nogę Zofii. Ona schyla się, sprawdza miskę na wodę, dolewa trochę ze swojej butelki, bo kran na klatce od miesiąca nie działa jak trzeba. Potem wraca do mieszkania na drugim piętrze, gdzie na półce, obok zdjęcia z Tbilisi i słownika fińskiego z odklejającą się okładką, stoi mały zeszyt w kratkę — spis wszystkich języków, których się nauczyła, z datą przy każdym, kiedy poczuła, że już naprawdę nim myśli, a nie tylko tłumaczy.

Ostatni wpis, sprzed trzech lat, to gruziński. Miejsce pod kolejny wpis zostawiła puste — mówi, że jeszcze nie zdecydowała, który język będzie następny, ale że coś już próbuje w głowie układać, kiedy wieczorem karmi Pyzę i patrzy na światła w oknach bloku, w którym kiedyś było jej tylko sto dwadzieścia marek i córka za rękę.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: