Druga w nocy dzwonię do męża Kingi i słyszę o karteczce w staniku

Pisze historię drugiego uczestnika konfliktu — męża, który dzwoni do drugiego męża — w realiach polskich, z nowymi imionami, miastem i szczegółami.

Telefon o drugiej w nocy z Bydgoszczy

Ja, Marek, siedziałem na krawędzi wanny i patrzyłem na telefon, jakby miał mi coś wyjaśnić sam z siebie. Ola wróciła dwadzieścia minut wcześniej, pachniała dymem papierosowym i czymś słodkim, jakby ktoś rozlał likier na jej bluzkę. Bez bielizny. Powiedziała, że zgubiła torebkę z rzeczami w klubie, że to nic takiego, że jutro pojedzie odebrać.

Nie wierzyłem jej ani przez sekundę, ale jeszcze bardziej nie wierzyłem sobie — bo pierwsza myśl, jaka mi przyszła, brzmiała: może ja przesadzam. Dwanaście lat małżeństwa uczy człowieka, że czasem lepiej nie drążyć. Tylko że tej nocy nie potrafiłem tego odpuścić.

Zadzwoniłem do Grześka. Mąż Kingi, najlepszej przyjaciółki Oli, z którą razem wybrały się na tę „dziewczyńską imprezę" z okazji rozwodu jakiejś koleżanki z pracy. Znałem Grześka z grilla u teściów, wymienialiśmy się co najwyżej żartami o Lechu Poznań i o tym, kto lepiej grilluje karkówkę. Nigdy nie dzwoniłem do niego o pierwszej w nocy.

— Grzesiek, stary, wybacz porę — powiedziałem. — Ola wróciła bez… no, bez bielizny. Mówi, że zgubiła torbę. Kinga może coś wie?

Cisza po drugiej stronie trwała tak długo, że pomyślałem, że się rozłączył. Potem usłyszałem, jak się śmieje. Nie ze mnie — z czegoś swojego.

— Marek, to nic — powiedział w końcu. — Moja przyjechała z karteczką w staniku z numerem telefonu jakiegoś Kubusia z Torunia. Napisane szminką. Ja się już do tego przyzwyczaiłem.

Zabrakło mi tchu dosłownie, chciałem coś odpowiedzieć i nie wyszło mi nic sensownego. Odłożyłem telefon na brzeg wanny, popatrzyłem na kafelki, które kładliśmy z Olą razem trzy lata temu, kłócąc się o kolor fugi.

W kuchni Ola zdążyła zaparzyć sobie miętę, siedziała przy stole w moim starym swetrze, tym w kolorze musztardy, który nienawidziła, kiedy go kupowałem, a teraz nosiła częściej niż ja. Za oknem, na Śródce, autobus linii 51 turkotał po szynach, a sąsiadka z naprzeciwka, pani Halina, wyprowadzała swojego jamnika mimo późnej pory — to pies, który sika wyłącznie po północy, cała klatka o tym wie i nikt nie ma pojęcia dlaczego.

— Rozmawiałem z Grześkiem — powiedziałem.

Ola podniosła kubek do ust, odstawiła, nie napiła się.

— I co ci powiedział?

— Że to nic. Że Kinga wróciła kiedyś z kartką w staniku. Od jakiegoś Kubusia.

Roześmiała się, ale to nie był śmiech, tylko coś, co miało go udawać.

— Grzesiek zawsze musi przelicytować — powiedziała. — Nawet w tym.

To zdanie zapadło mi w pamięć bardziej niż cała reszta nocy. Bo w nim było przyznanie się, tylko schowane w żarcie o czyimś mężu.

Nie krzyczałem. Nie trzasnąłem drzwiami. Wziąłem tylko kubek po herbacie, umyłem go, odstawiłem do suszarki — te ruchy, powtarzane setki razy, są jedynym sposobem, żeby ręce nie robiły czegoś głupiego, kiedy głowa nie ogarnia. Powiedziałem, że idę spać na kanapie, i że rano pojedziemy razem odebrać tę torebkę z klubu, bo chcę zobaczyć, gdzie dokładnie ją „zgubiła".

Nie pojechaliśmy razem. Rano zadzwoniła do klubu i kazała im wysłać torebkę kurierem. Przyszła dwa dni później, DPD, pod błędnym nazwiskiem na liście — Aleksandra K., choć nazywa się inaczej. W środku była bielizna, owszem, ale też paragon z baru na drugim końcu miasta, godzina 3:47, kiedy miała już od dawna być w domu według jej własnej wersji.

Nie robiłem sceny. Zadzwoniłem do mecenasa Wojciechowskiego, z którym prowadziłem firmę przewozową od ośmiu lat — on zajmuje się też rozwodami, wiedziałem, że nie odmówi mi rady. Powiedział, że przy separacji majątkowej, jaką mieliśmy podpisaną od ślubu, wystarczy, że złożę wniosek o rozwód bez orzekania o winie, żeby sprawa poszła szybko. Firmę transportową, którą razem z bratem prowadzę od dziewięciu lat, i tak zapisaliśmy notarialnie tylko na mnie i na brata — Ola nigdy w niej nie pracowała, tylko czasem prosiła o pożyczkę na przedszkolne obozy dla siostrzenicy.

Dwa tygodnie później siedziałem naprzeciwko niej przy tym samym stole, na którym stał wtedy kubek z miętą. Położyłem przed nią teczkę: pozew, wyciąg z konta wspólnego, które zamknąłem tydzień wcześniej — sto dziewiętnaście tysięcy złotych, podzielone równo, po połowie na każde nasze osobne konto, zgodnie z umową. I klucze do mieszkania na Śródce, które zostawiła na stole, bo umowa przedmałżeńska mówiła jasno: mieszkanie kupione przez moich rodziców zostaje przy mnie.

— To wszystko przez telefon do Grześka? — zapytała, jakby to on był winny, a nie kartka w staniku i paragon o czwartej nad ranem.

— To wszystko przez ciebie — powiedziałem. — Grzesiek tylko powiedział prawdę, której ty nie powiedziałabyś nigdy.

Wyszła tego samego wieczoru, z dwiema walizkami, do siostry w Inowrocławiu. Jamnik pani Haliny szczekał na klatce, kiedy zjeżdżała windą, tak jakby wiedział coś, czego nikt inny w bloku jeszcze nie wiedział. Rozwód dostaliśmy sześć miesięcy później, bez orzekania o winie, tak jak radził mecenas. Grzesiek zadzwonił do mnie tydzień po tym, jak Kinga też się wyprowadziła — powiedział tylko, że ten Kubuś z Torunia w końcu odebrał telefon, i że to nie było nawet zabawne, kiedy się okazało, jak długo to trwało. Nie miałem mu nic do powiedzenia poza tym, że rozumiem.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: