To nie był jej pierwszy wypad do miasta

Zaczęło się od tego, że Anka wróciła nad ranem bez stanika. Miała na sobie tę samą sukienkę co wieczorem, kiedy wychodziła do Magdy, ale pod spodem czegoś brakowało. Zauważyłem to od razu, bo suszyła włosy ręcznikiem w przedpokoju i światło z łazienki padało akurat tak, że wszystko było widać.

— Gdzie twój stanik? — zapytałem, choć w sumie nie chciałem znać odpowiedzi.

— Jaki stanik? — zdziwiła się, jakbym pytał o pogodę na Marsie.

Nie drążyłem. Nie w nocy. A rano okazało się, że spać nie mogłem, więc zszedłem na dół po bułki, choć sklep otwierali dopiero o szóstej. Siedziałem na ławce przed blokiem jak jakiś bezdomny i liczyłem samochody. Cztery taksówki na żółtych tablicach przejechały, zanim zrobiło się widno. Wtedy zadzwoniłem do Roberta. Mąż Magdy, facet, z którym grywaliśmy w piłkę na osiedlowym boisku, zanim dzieciaki z nas wyrosły.

— Robert, słuchaj. Anka wróciła dzisiaj bez stanika. Wychodziła w nim. Sukienka ta sama. Nie chcę zgrywać zazdrośnika, ale coś mi tu śmierdzi.

Po drugiej stronie zapadło milczenie. Takie, w którym słychać, jak facet przełyka ślinę.

Potem Robert powiedział coś, co zmroziło mi kark jak przeciąg z klatki:

— To jeszcze nic. Magda wróciła z bilecikiem w majtkach. Od jakiegoś faceta. „Do zobaczenia w czwartek”. Tylko tyle. Czwartek jest jutro.

Nie wiem, ile siedziałem na tej ławce po tym telefonie. Wiem tylko, że bułek nigdy nie kupiłem. Wróciłem do mieszkania. Anka spała z twarzą wciśniętą w poduszkę, a jej torebka leżała na podłodze obok łóżka, wysypana do połowy, jakby weszła do domu i od razu runęła spać.

Zajrzałem do tej torebki. Starannie, po cichu, jakbym był złodziejem we własnym mieszkaniu. Chusteczki, klucze z zawieszką w kształcie kota, portfel z paragonem z Żabki. I na samym dnie — złożony w czworo bilet z parkingu przy galerii Krakowskiej. Zamkowa, bo tam jest wejście do klubu. Data: wczorajsza. Godzina: 2:14 w nocy.

Co robi baba z dziećmi i z mężem o drugiej w nocy na parkingu przy galerii? Zapięła sukienkę, zgubiła stanik i wraca bez niego.

Wieczorem przyszedł Robert. Bez Magdy. Otworzyłem piwo, drugie, trzecie. Anki nie było, pojechała do matki, bo w niedzielę zawsze zawoziła jej leki. Dzieciaki spały. Robert położył na stole swój telefon, odblokował, nie musiał nic mówić. Wyświetlacz pokazywał zdjęcie bileciku znalezionego u Magdy. Nie całego, bo połowa była schowana w koronce. Ale z bliska dało się przeczytać jedno słowo: „czwartek”. Reszta była napisana tak, jakby ktoś pisał w samochodzie, na opakowaniu po gumie do żucia. Koślawo. „Do zobaczenia w czwartek”.

— To nie pierwszy raz u nas — mruknął Robert. — Majtki wracały w kieszeni kurtki, spodnie się odpinały same. Ale taki bilecik to co innego. Faceci tak robią, jak chcą pamiątkę.

Pytanie: co ja mam z tym zrobić? Robert patrzył na mnie i czekał, aż coś powiem. A ja nie wiedziałem, czy chcę wyważyć drzwi od ich tajemnic, czy po prostu odwrócić się i dalej robić śniadanie dzieciom. Bo tak, codziennie rano robiłem dzieciom kanapki. Mój rytuał. Żółty ser, rzodkiewka, czasem ogórek. Anka nie cierpiała tego zapachu, mówiła, że ser jej się odbija.

W czwartek rano nie zrobiłem dzieciom kanapki. Powiedziałem, że boli mnie głowa, i poszedłem do łazienki, ale tak naprawdę siedziałem na brzegu wanny i przeglądałem zdjęcia z naszego ślubu. Dwanaście lat temu. Anka miała wtedy krótkie włosy i śmiała się w obiektyw, zanim jeszcze zaczęła pogryzać skórki przy paznokciach.

Wieczorem, zamiast wrócić do domu, poszedłem pod galerię. Nie wiem, po co. Może chciałem sprawdzić, czy Anka zaparkuje na tym samym poziomie co wtedy.

Zaparkowałem przy Biedronce obok, wciśnięty między dostawczaka a fiata pandę. Czekałem. Z głośnika w galerii sączyła się jakaś niby-muzyczna interpretacja starych przebojów. Dziesiąta wieczór, parking prawie pusty. W lusterku zobaczyłem, że na poziom wyżej wjeżdża czarny suv. Nie znam się na markach, ale te światła w kratkę, to chyba Range Rover. Za kierownicą siedział facet w czapce z daszkiem.

I wtedy zobaczyłem Ankę. Szła od strony przejścia dla pieszych, w tej samej sukience co wtedy. Pod spodem miała koronkową bieliznę, którą widziałem przez cienki materiał sukienki. Tej bielizny nie widziałem nigdy w życiu.

Nie wysiadłem. Nie trąbiłem. Po prostu patrzyłem.

Siedziała z nim w tym czarnym samochodzie dwadzieścia minut. Przygryzła usta i wsunęła dłoń w jego włosy, a potem facet zapiął jej kurtkę, jakby to on o nią dbał. Coś zaświeciło w jego dłoni — telefon. Potem Anka wyszła, poprawiła sukienkę i ruszyła w stronę przystanku. Nie patrzyła za siebie.

Kiedy wróciłem do domu, była już w łóżku. Spod poduszki wystawał rąbek tego, czego wcześniej nie miała na sobie: złożona w kostkę czarna koronka. Włożyła to do poduszki, jak dziecko chowa znalezioną gwiazdkę.

Usiadłem w kuchni i rozpakowałem zmywarkę. Nie umiałbym powiedzieć, po co. Może chciałem zająć ręce. A potem wyjąłem z szafki pudełko po butach, które trzymałem od przeprowadzki. W środku miałem paszporty, akty urodzenia dzieci i teczkę z dokumentami mieszkania.

Następnego ranka Anka wstała pierwsza. Zastała mnie przy stole z tym pudełkiem.

— Co robisz? — zapytała, wiążąc szlafrok.

— Przepisuję mieszkanie na dzieci. Połowę na Janka, połowę na Helenkę. Idę do notariusza.

Zamarła. Szlafrok się obsunął, ale go nie podciągnęła.

— Co ty mówisz?

— Mówię, że nie zamierzam płacić za twoje przejażdżki z facetem z Range Rovera. Widziałem was wczoraj na parkingu przy Krakowskiej. Dwadzieścia minut w jego samochodzie to nie jest rozmowa o pogodzie.

Anka chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wyszedł tylko krótki, piskliwy dźwięk, jak z czajnika, zanim wyłączy się gaz.

— Byłeś tam? Śledziłeś mnie?

— Byłem. I widziałem bieliznę, której nigdy wcześniej u ciebie nie widziałem. Teraz leży w twojej poduszce, jakbyś schowała ją na pamiątkę.

Wypuściła z ręki pasek szlafroka. Stała tak, a ja zrozumiałem, że mogę na nią patrzeć i nic nie czuć.

— Mieszkanie jest nasze — powiedziała cicho.

— Mieszkanie było nasze, dopóki nie zaczęłaś sypiać z obcym za moimi plecami. Teraz będzie dzieci. A my możemy być dorośli i się rozstać. Akt małżeństwa masz w pudełku obok, jakbyś chciała to załatwić szybko.

Nie powiedziała: „Przepraszam”. Nie rozpłakała się. Zamiast tego podeszła do pudełka, jakby chciała sprawdzić, czy paszporty naprawdę tam są. Gdy dotknęła teczki z aktem małżeństwa, rozległ się dzwonek do drzwi.

To był Robert. Stał w progu w roboczych spodniach i kurtce nie do pary. Twarz miał szarą, jakby nie spał od tamtego telefonu.

— Rozmawiałem z Magdą całą noc — powiedział, nie czekając, aż go zaproszę. — Przyznała się. Ten sam facet, ten sam Range Rover, ten sam parking. Widziałem zdjęcia z jej telefonu, zanim je skasowała. To on. Jeden na dwie żony.

Anka, która stała przy stole, cofnęła się o krok, jakby ktoś ją popchnął.

— Zabieram dzieciaki do mojej matki na jakiś czas — dodał Robert. — Z Magdą się rozstajemy. Nie ma tu o czym gadać, ona sama to powiedziała pierwsza, zanim ja zdążyłem otworzyć usta.

Wyjął z kieszeni kurtki złożony w czworo bilet z parkingu i położył go na stole, obok mojego pudełka.

— To jej. Znalazłem w kurtce. Niech wisi u was w kuchni, żebyście nie zapomnieli, jaki mamy gust do żon.

Anka spojrzała na bilet, ale go nie dotknęła. Odwróciła się bez słowa i wyszła z kuchni. Chwilę później usłyszeliśmy, jak drzwi sypialni zamykają się z cichym, dokładnym kliknięciem — bez trzaskania, bez krzyku, jakby nawet drzwi wiedziały, że nie ma już o co się kłócić.

Robert usiadł na krześle Anki i patrzył na bilet leżący między nami.

— I co teraz? — zapytał.

Wstałem, wyjąłem z szafki dwie szklanki i nalałem po setce z butelki, która stała na parapecie od świąt. Jedną podsunąłem Robertowi, drugą wziąłem sam. Za oknem ktoś odpalał silnik, dzieci piętro wyżej tupały po podłodze, a na stole między nami leżały dwa dowody tego samego kłamstwa: jego bilet od Magdy i akt małżeństwa w moim pudełku.

— Teraz idę do notariusza — powiedziałem. — A ty rób, co musisz.

Wypiliśmy w milczeniu. Bilet z parkingu tak i został na stole, tam gdzie go zostawił Robert, dopóki rano nie wrzuciłem go razem z paragonami do kosza.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: